Dostać się do Fier… W trzy dni — czy to możliwe? Znaleźć Arwiego i Lu, rozkazać ich… — przed oczami Razwijara przemytnicy krzyczeli w śmiertelnym przerażeniu i padali pokonani przez poczwarę, i znowu krzyczeli, i padali. Nawet nie podejrzewał, jak głęboko tkwiła w nim ich zdrada i jak bardzo chciał się zemścić.
Uciekać… dokąd? Ma wszystkiego zaledwie trzy dni. A do Mirtie w trzy dni można się dostać tylko siłą myśli…
Uciekać! Nie stać!
Zrobił kilka kroków. Obejrzał się. Wdrapywanie się po stoku bez larwy ogniewuchy oznaczało, wcześniej czy później, Kluczenie się w dół i śmierć na ostrych kamieniach… Droga, po której wędruje karawana z żywnością znajdowała się niżej… jak się tam dostać? Po trupach?!
Słońce jak przyklejone wisiało w tym samym miejscu nieboskłonu. Nad poczwarą drżało gorące powietrze. Potykając się, Razwijar pobiegł w dół, mając nadzieję dostać się do głównej drogi…
Zza czwartego zakrętu ścieżki, wybiegli mu na spotkanie strażnicy. Nie nadzorcy, a zamkowi żołnierze uzbrojeni w miecze i piki. Wytoczyli się falą. Ci z przodu ostro zwolnili bieg. Stanęli.
Szyk załamał się.
— Szuu — wysapał czerwonolicy człowiek w błyszczącym stalowym napierśniku, z piórami na hełmie. — Ach, Szuu… Staaać!
Razwijar cofnął się. Poczwara ani drgnęła.
Spojrzenie dowódcy błyskawicznie ogarnęło pobojowisku, zatrzymało się na ogniewusze, potem przerzuciło się na Razwijara. Stojący na czele oddziału był żołnierzem i potrafił nad sobą panować, tym niemniej Razwijar zdążył zauważyć w jego oczach przerażenie. Ten sam rozpaczliwy strach, który nazywają „strachem Szuu”.
Czerwonolicy wiedział co trzeba o larwach ogniewuchy i w mig wszystko pojął. Jego życie znalazło się w rękach Razwijara. Miedzy strażnikiem a okrutną śmiercią było tylko mgnienie oka — kapryśna wola podrostka niewolnika.
Ci, którzy zamarli za plecami człowieka w stalowym napierśniku, także to pojęli, po dłuższej chwili.
— Ochraniać! — krzyknął Razwijar.
Jednocześnie brzęknęły dwie albo trzy cięciwy. Poczwara znalazła się pomiędzy strażnikami a swoim nowym panem. Strzały przepadły w gorącej mgle nad rozpostartymi skrzydłami bez śladu, posypał się tylko popiół.
— Do tyłu! — krzyknął czerwonolicy. — Wycofujemy się!
To był czas dla nadrobienia zaległości. Razwijar domyślił się jego intencji, usłyszał ostrzegawcze uderzenie dzwonu. Napuścić ogniewuchę na tych ludzi i po dróżce z popiołu wyrwać się na swobodę…
Ścieżka opustoszała. Strażnicy odchodzili w dół, za zakręt, za kamienny załom. Szczęśliwy moment nadarzył się i minął. Razwijar zrozumiał, że się spóźnił i czerwonolicy znowu był panem sytuacji.
— Czyli to ty rozbiłeś skorupę, chłopcze?
Spokojny, nawet znudzony głos. Strażnik dawno zna odpowiedź na swoje pytanie. Chce zyskać na czasie — domyślił się Razwijar.
— Widziałeś ich? Chimajrydów? Półludzi?
Razwijar milczał.
— To chimajrydzi — powtórzył strażnik z uporem, jakby Razwijar miał jakieś wątpliwości.
— Rozkazałeś ich zabić? Zuch. Jesteś bystry, dobrze zrobiłeś. Także zestrzeliliśmy dwóch…
Było ich dużo, bardzo dużo. Dobrze, że kazałeś larwie ich zabić.
Mówił, nie spuszczając oczu z Razwijara i wyraźnie na coś czekał. Na co?
Świsnęła strzała. Razwijar upadł i strzała uderzyła w kamień, ledwie nie zadrapując mu ucha.
Zapewne strzelec się spieszył. Znowu świst, stuka w kamień stalowy grot…
Poczwara ogniewuchy wzbiła się osłaniając Razwijara. Poleciały jeszcze dwie albo trzy strzały, nie czyniąc mu krzywdy. Razwijar stoczył się ze ścieżki w szczelinę między kamieniami — tam, gdzie leżało drugie jajo. Zupełnie ostygłe. Chłopak wbił się w szczelinę, starając się pojąć, skąd strzelają. Wyglądało na to, że bili zewsząd, strzelcy okrążyli ścieżkę w czasie, kiedy strażnik w stalowym napierśniku chwalił Razwijara za bystrość.
Żyć!
Chwyciwszy kamienny odłamek, z całej siły uderzył w drugie jajo. Skorupa trzasnęła — głucho, bez życia i rozdzieliła się na dwoje. W szczelinie szerokiej na dwa palce pokazała się druga poczwarka — ostygła, martwa.
Jaja ogniewuchy trzeba przechowywać w ogniu… Na powietrzu stygną.
— Ochraaaniaaj! — pisnął Razwijar, kiedy następne strzały mierzyły w kamień obok jego głowy. Strażnicy walili na oślep, nie widząc celu.
Larwa zawisła nad nim rozpostarłszy skrzydła. Bezładny ostrzał ustał.
Razwijar usiadł, wbijając się w szczelinę jak robak.
Przed nim trzy dni i trzy noce.
Słońce zaszło za góry, kiedy pojawił się goniec z zamku.
— Rozkazano wziąć żywego.
— Żywego sam sobie bierz — odpowiedział nieznajomy kłótliwy głos.
— Idź powtórz to władcy! Rozkazano żywego, do zamku, natychmiast!
Jeszcze mi życie miłe!
— Zaczekaj — wmieszał się naczelnik straży. — Ej, chłopcze, odezwij się. Słyszysz?
— Sly… szę — schrypniętym głosem wydukał Razwijar. Strasznie chciało mu się pić.
Nieopodal szemrał potoczek. Larwa siedziała na kamieniu nad jego głową — wstrętna, gorąca, pachnąca dymem. Na Razwijara leciały iskry, przepalały starą koszulę, kłuły skórę.
— Wyjdziesz — nie ruszymy.
Razwijar milczał.
— Ej, głupcze. Co będziesz robił? Trzy dni i trzy noce miną… Co się z tobą dalej stanie, pomyślałeś?
— Nic wygrażaj mi — powiedział Razwijar — bo poszczuję.
— Ach, ty tak…
Zrobiło się cicho.
— Rozkaz słyszeliście? — znudzonym głosem ponownie zapytał goniec.
Naczelnik straży zaklął.
— Słuchaj chłopcze. Nam życie miłe. I tobie także. Słyszysz? Władca chce z jakiegoś powodu widzieć cię… żywym. Łap swoje szczęście, mały. Ty nie będziesz napuszczać — my nie będziemy strzelać.
— Strzelicie.
— Głuchy jesteś, czy co? Rozkazano cię nie zabijać!
— Zaczekaj — powiedział Razwijar. Chwilę się zastanowił. Zakaszlał.
— Ty, zwierzaku, kto mnie zabije, tego zabij od razu. Jasne?
Nie można było oczekiwać odpowiedzi od poczwary. Tym niemniej Razwijar był przekonany, że rozkaz jest dla niej zrozumiały i w pełni wykonalny, zapewne też każdy, kto go usłyszał, podzielał tę pewność.
Odczekawszy jeszcze, Razwijar wyprostował się. W szczelinie zalegał już cień, ale szczyty gór jeszcze łowiły słoneczne promienie. Na ścieżce znajomej do ostatniego kamyka ciasno było od strażników, strzelców i mieczowych.
— Przy mnie — powiedział Razwijar larwie.
Poczwara przysunęła się bliżej. Po jej skrzydłach pełgały blaski i cienie jak po węglach w ognisku. Nienawidził jej i bał się wstrętnego, śmiertelnie niebezpiecznego potwora, a zarazem tylko dzięki niej był jeszcze żywy, chociaż sam nie wiedział jak długo jeszcze.
— Dobrze, prowadźcie.
Odchodząc, zdążył jeszcze raz popatrzeć na wąwóz z jego urwiskami, z rozwiewającymi się wstęgami wodospadów.
Pierwszy raz w życiu Razwijar znalazł się w górnych kondygnacjach pałacu. Tutaj paliły się pochodnie, szeleścił wiatr w ażurowych kratkach balkonów, sączyły się strumyczki, spływając w czyste kamienne czasze. Razwijar przechodził obok nich, słysząc plusk wody, umierając z pragnienia i nie ważył się stanąć, ponieważ obok, promieniując żarem, posuwała się poczwara.