— Bierz! — szeptał, podchodząc coraz bliżej. — Bierz! Szybciej! Bierz ich!
Jeźdźcy walili się na ziemię jeden za drugim, ale ci, którzy ocaleli nie rzucali się już do ucieczki. W osadzie, gdzie połyskiwały lampki strażników, dał się słyszeć nowy dźwięk; zadzwoniło żelazo o żelazo. Świsnęła strzała; Razwijar zrozumiał, że go zaważyli, że jeźdźcy szukają człowieka, któremu podlega ogniewucha i uświadomił sobie, że zdążą go zabić zanim larwa skończy swoje dzieło.
Wyszarpnął obie klingi.
— Do mnie! Zabijaj wszystkich, póki jestem żywy i dwa razy tyle, kiedy umrę!
Nie zapomniał o tym, aby prawidłowo ułożyć frazę. Wszystko się powtarzało; w półmroku, z lekka rozproszonym bliskością świtu, wyrósł przed nim jeździec na czworonożnym stworzeniu, a twarze obu były zakryte hełmami. W życiu Razwijara to była druga prawdziwa walka.
Półczłowiek prześliznął się, obchodząc Razwijara z lewej strony, jakby z nim igrając. W czerwonym świetle odległego ognia błysnęło ostrze — błyskawiczny, natychmiastowy cios z góry i na ukos. Uderzenie było ciężkie jak sto worków z kamieniami, Razwijar zatrzymał je swoją klingą na moment, ale ten wystarczył, żeby pozostał wśród żywych jeszcze kilka chwil.
Półczłowiek przesunął się obok i ustawił za jego plecami, a na spotkanie wyskoczyło jeszcze dwóch i władczy głos krzyknął z ciemności:
— Strzelaj!
Razwijar rzucił się na ziemię, przepuszczając nad głową lecące strzały. Dziesiętnik Bran uczył go uników w wirze walki, żeby każdy kolejny ruch był nieprzewidywalny dla przeciwnika.
„Wydałem prawidłowy rozkaz i cokolwiek by się stało — zwyciężyłem”.
Zrywając się na nogi, wyłowił ruch za plecami i zdążył podstawić miecz. Uderzył drugim.
Trafił. Usłyszał zdławiony krzyk. Troje jeźdźców krążyło jak kołowrót, a Razwijar kołysał się w przód i w tył, przeczuwając wylatujące z ciemności strzały, wymigując się jak nitka z osnowy tkaniny przeznaczenia, a strzały przelatywały tam, gdzie on był przed sekundą. Ciągnęło się to bardzo długo — kilka chwil, kilka szybkich taktów.
Potem pojawiła się ogniewucha oblewając wszystko wokół żarem, oślepiając. Jeźdźcy rozbiegli się, a Razwijar zauważył, że został ranny — lekko, nieznacznie, w prawe ramię.
Skórzany rękaw był ciepły i lepki. Niebo jaśniało. Łamaną linią odznaczały się góry na horyzoncie. Wydałem prawidłowy rozkaz, pomyślał Razwijar z zadowoleniem. Gdyby ona nie przyszła — już byłbym trupem.
Obrócił się w kierunku osady, która powoli wyłaniała się z ciemności. Dziesiątki domków, szałasy nad wejściami do jaskiń, źródło w kręgu kamieni, a nad źródłem — świętym miejscem dla wszystkich tutaj żyjących — dostojna kamienna statua. Trzeba było szukać strażników, trzeba było uspokoić pasłuchów i zagonić stada, ponieważ wkrótce wzejdzie słońce i wiele przyślepek zginie…
Na ramiona zwalił mu się straszny ciężar. Pazury wbiły się w prawe ramię i w lewy bok.
Razwijar upadł twarzą do ziemi, przytłoczony ciałem wroga, bezwolny jak wór kartofli.
Ogłuszony pozwolił ciężkim łapom trząść sobą, tak, że głowa latała mu jak guzik na nitce.
I dopiero po kilku strasznych chwilach, kiedy przeciwnik już był pewny zwycięstwa, Razwijar z całej siły szarpnął się, w obrocie strącił z siebie pazurzastą łapę — razem ze strzępem mocnej kurtki — i ciął mieczem, trafiając dokładnie w nagą szyję chimajryda poniżej zapięcia hełmu.
Pociekła krew, Razwijara chwyciły za gardło dwie ludzkie ręce — i omdlały; drugie ostrze przycisnął do nieosłoniętego gardła stworzenia, trochę powyżej płytkiego krwawego nacięcia.
Dwoje oczu patrzyło na Razwijara poprzez wycięcie hełmu. Dwoje ludzkich oczu.
Wstawało słońce. Pasterze, bladzi i przerażeni, podobni do swoich wystraszonych zwierzaków, zaganiali stada popiskując glinianymi piszczałkami, pokrzykując drżącymi głosami:
— Za mną! Idziemy! Za mną!
Stada rozbiegły się po całym zboczu, kilkadziesiąt zwierząt utonęło we wzburzonej rzece.
Wszyscy ludzie, którzy przyszli z Razwijarem przeżyli, dwoje było rannych, jeden ciężko.
Dwóch miejscowych podrostków zaniosło go do zamku na noszach. Sam Razwijar z podrapaną twarzą, w porwanej kurtce, ze zranioną ręką stał pośrodku osiedla. U jego nóg siedziała ogniewucha, a trochę dalej leżał, zwinąwszy się w kłębek, jedyny pozostały wśród żywych chimajrydów.
Półczłowiek. Czworonożny. Ten sam, który napadł na Razwijara i omal go nie zabił. Ten sam, którego Razwijar, nie wiedzieć czemu, oszczędził. Możliwe, że kierowała nim ciekawość.
To był pierwszy jeniec, którego sam pojmał, nawet bez pomocy ogniewuchy. Poczwara pojawiła się później, ale Razwijar rozkazał, by chimajryda na razie nie ruszać. Kiedy zdjął z głowy jeńca hełm, okazało się, że jest on bardzo młody, chyba nawet młodszy od Razwijara.
Miał jasne, falujące włosy i cienkie wąsy nad górną wargą. Smagła skóra zdawała się żółta, na czoło i skronie wystąpił pot. Co i rusz oblizywał wargi, w zupełnie ludzkim odruchu; Razwijar milczał zdumiony, jak istota na czterech łapach, pokryta sierścią, może być tak podobna do człowieka.
Na grzbiecie jeńca przymocowane było wysokie siodło ze strzemionami. Na bokach o wystających żebrach widać było dawne i świeże ślady ostróg. Półczłowiek leżał podwinąwszy łapy, starając się sprawiać wrażenie obojętnego i tylko koniuszek ogona go zdradzał; to podrygiwał leciutko, to znów miotał się i bił o ziemię.
Ciała zabitych chimajrydów, wedle rozkazu Razwijara zaciągnięto do rzeki i wrzucono do wody. Kiedy ostatnie przyślepki skryły się w podziemnych korytarzach, Razwijar zebrał wokół siebie wszystkich mieszkańców osady, którzy mogli chodzić i nie byli zajęci pracą na pastwisku.
— Nie jesteście bezbronni — słowo w słowo powtarzał to, co zalecił mu władca. — Danina, jaką płacicie, oznacza śmierć wszystkich waszych wrogów. Te stworzenia nieprędko wrócą — dodał od siebie i popatrzył na leżącego chimajryda. — Wstawaj.
Jeniec poruszył nerwowo nozdrzami, ale się podniósł. Ogniewucha siedziała jak przedtem na kamieniu, a jej widok przerażał górali bardziej, niż całe zastępy czworonożnych rozbójników.
Razwijar podszedł do półczłowieka. Na oczach całej osady i czterech strażników wszedł na kamień, po czym zarzucił nogę na grzbiet. Zadrgała pasiasta skóra na bokach ludzko-zwierzęcego stwora. Razwijar usadowił się w siodle, czując jak grają napięte mięśnie chimajryda.
Namacał strzemiona. Ułożył w nich stopy tak, jak to robili jeźdźcy — piętami do wewnątrz, noskami na ukos i do góry. Przed nim pojawił się tył głowy chimajryda — ludzki pochylony kark, półczłowiek bowiem nisko opuścił głowę.
— Idź za mną — powiedział Razwijar do ogniewuchy — i nie zabijaj go, dopóki nie powiem.
Górale, wybałuszając oczy patrzyli w ślad za nim. Ale nie mniej wstrząśnięci patrzyli jego towarzysze, strażnicy.
Razwijar jechał wierzchem pierwszy raz w życiu. Zaciekłość bitewna wyschła na nim jak woda; bolał poraniony pazurami bok, Coraz silniejszy stawał się ból w prawej ręce, w opuchniętej dłoni palce były jak obce. Lewą ręką trzymał sznur, narzucony na szyję chimajryda zamiast uzdy. Obok przemieszczała się ogniewucha.
Wzeszło słońce. Potok na dnie wąwozu huczał i pluł pianą. Jeniec, wolno przekładając łapy, od czasu do czasu odwracał głowę, jakby mimochodem, w kierunku biegnącej nad przepaścią ścieżki.