Выбрать главу

— A jednak się nie rzucisz — zagadnął Razwijar niemal wesoło.

Goły, opalony grzbiet z białą szramą na lewej łopatce naprężył się.

— Kochasz życie, prawda? — Razwijar ścisnął boki chimajryda sapogami. Coraz silniej męczył go ból, ale chciał mówić, nie mógł się powstrzymać. — No skocz, spróbuj.

Szarpnął do siebie sznur. Jeniec zacharczał i zakaszlał.

— Poszedł szybciej! — krzyknął Razwijar — Poszedł!

Czworonożny przyspieszył kroku. Potem puścił się galopem, umyślnie ostrym i narowistym, Razwijara zaczęło podrzucać w siodle i z bólu pociemniało mu w oczach.

— Stój!

Jeniec zatrzymał się i jednocześnie zatrzymała się ogniewucha. Razwijar stracił oddech.

Najprościej było zejść z siodła i pójść pieszo, ale on chciał pojawić się na zamku dokładnie tak — wierzchem i z ogniewuchą u nogi.

— Poszedł — zakomenderował Razwijar głucho. — Pomału.

Jego towarzysze zostali w tyle. Po zamku rozeszła się już wieść o tym, jak zakończyło się starcie zaraz po tym, jak młodzi tragarze z osady przynieśli ciężko rannego. Strażnik na baszcie zobaczył Razwijara pierwszy. Na spotkanie wyszedł mu dziesiętnik Bran, który dopiero co wrócił z przełęczy, a z nim strażnicy i młodsza dziesiątka. Niewolnicy zostawili robotę, nadzorcy także pojawili się na wewnętrznym dziedzińcu, aby popatrzeć na niezwykłe zjawisko. Z okien, z galerii, z balustrad patrzyli słudzy i kobiety.

Razwijar wyprostował się w siodle, starając się zapomnieć o bólu. Jego jeniec niżej opuścił głowę. Ogniewucha spokojnie złożyła na grzbiecie szare skrzydła, posypane popiołem jak pyłem.

Przejechał wzdłuż szeregu ciekawskich. Słyszał wstrząśnięte szepty za plecami, ludzie wytrzeszczali oczy na czworonożnego stwora i cofali się przed ogniewuchą ze wstrętem przemieszanym z przerażeniem.

Władca wyszedł na balkon. Razwijar naciągnął sznur, nakazując chimajrydowi zatrzymać się.

Przed zamkiem nie było miejsca, gdzie mógłby zmieścić się lud, który wysypał się z kamiennych nor, dlatego tłum kotłował się, tłoczył, wypływając na galerie, na ściany, wdrapywał się na poprzeczki wciągarek i kołowrotów. Wokół Razwijara–jeźdźca pozostawała wolna przestrzeń, a poranne powietrze drżało, nagrzewając się, nad skrzydłami czarnej larwy.

Nastąpiła cisza; wszyscy patrzyli na Razwijara, a ten po raz pierwszy się zmieszał.

— Po co przyprowadziłeś to coś? — zapytał władca, a w jego głosie wyczuwalne było obrzydzenie.

— To jeniec…

Władca mimochodem spojrzał na tłum.

— Do pracy — powiedział krótko, rzucając spojrzenie ponad głowami. Strażnicy opamiętali się, nadzorcy wydali polecenia i w ciągu kilku chwil galerie i okna opustoszały.

Władca wolno zszedł na spotkanie Razwijarowi. Ten, zaciskając zęby z bólu, zsunął się z siodła. Władca długo przypatrywał się chimajrydowi, a czworonożny milczał i patrzył w ziemię.

— Niepotrzebnie — powiedział władca. — Odprowadź do potoku, rozkaż larwie zabić, a ciało zrzuć.

Razwijar szybciej poczuł, niż zobaczył, jak zamarły pokryte sierścią boki. Półczłowiek wstrzymał oddech.

— Rozkaż larwie skoczyć do potoku. Potem przyjdź do mnie.

Nie doczekawszy się odpowiedzi władca odwrócił się i ruszył z powrotem do zamkowych komnat.

Razwijar szarpnął za sznur; czworonożny poszedł za nim nieoczekiwanie pokornie. Jego łapy zostawiały w pyle okrągłe, niezwykłe ślady.

Mijali składy, kamienne budynki, gdzie zazwyczaj rozładowywano karawany. Nikt nie śmiał iść za nimi. Zeszli po wąskiej ścieżce, a raczej Razwijar zszedł, ogniewucha po prostu zleciała, a chimajryd szedł obok ścieżki i wstrząsające było patrzeć na to, jak lekko stąpa po stromym, osypującym się zboczu.

Zatrzymali się nad potokiem. Z kipieli sterczały czarne skały jak nierówne zęby, a woda kotłowała się między nimi i wpadała dalej w głęboki kocioł, którego powierzchnia była pokryta strzępami piany. Czworonóg patrzył na tę pianę, jakby miał nadzieję, że w jej misternym rysunku odczyta coś bardzo ważnego. Larwa, obojętna, usiadła na kamieniu kilka kroków dalej.

Razwijar obejrzał się na zamek. Stąd, z dołu, widoczne były tylko wierzchołki baszt.

Huczała woda. Czy ogniewucha usłyszy rozkaz? Jej wszystko jedno, przecież nie ma uszu, wypełnia wolę, a nie słowa…

Czworonóg odwrócił z lekka głowę. Razwijar zobaczył jego ucho przykryte zlepionymi strąkami włosów, wklęsłą szczękę i koniuszek zadartego nosa. Milczał i nie wydawał rozkazu.

Mijał czas, władca czekał. Białe strzępki piany krążyły nad kamieniami w potoku.

Razwijar milczał. Ogniewucha siedziała złożywszy skrzydła.

Czworonóg odwrócił się gwałtownie, jakby podjął decyzję. Popatrzył Razwijarowi w oczy i od razu spuścił wzrok, jakby się sparzył.

Popatrzył jeszcze raz — ze strachem, nie wierząc. Zerknął na ogniewuchę i ponownie na Razwijara. Pod stopami ryczała woda.

Chimajryd otworzył usta, nabrał powietrza, drgnęły nagie ramiona. Zerwawszy się z miejsca, półczłowiek jednym skokiem przeskoczył na najbliższy czarny kamień. Razwijar widział, jak jego łapy rozjeżdżają się na mokrej powierzchni. Chimajryd skoczył jeszcze i jeszcze, poślizgnął się, i Razwijar pomyślał, że to już koniec, ale czworonożny wdrapał się na skałę, balansując mokrym ogonem i łapiąc równowagę, jeszcze jeden skok. Chimajryd przeprawił się przez potok po wierzchołkach mokrych kamieni. Dokonał tego, czego nie byłby w stanie zrobić żaden człowiek, a zapewne i nie każdy czworonożny.

Wyskoczył na przeciwległy brzeg potoku — tam, gdzie stromo załamywała się ściana wąwozu. I wyrwał do góry po zarośniętych ścieżkach. Odwrócił się tylko jeden raz, rzucając szybkie spojrzenie przez ramię.

Ogniewucha siedziała obojętna. Razwijar przełknął ślinę; władza jego miała trwać przez trzy dni i dwie noce, ale rana nagle otworzyła się i po rękawie na ziemię znowu spłynęła krew.

— Idź do wody — rozkazał Razwijar ogniewusze.

W czasie drogi powrotnej na górę stracił przytomność.

* * *

— Dobrze się spisałeś, mały Heksie — powiedział władca.

Razwijar stał przed nim, chwiejąc się. Przeleżał tydzień, kilka razy odwiedził go dziesiętnik Bran, wypytując o szczegóły nocnej walki, poza tym zachowywał dystans. Potem w bezsenną noc, Razwijar zrozumiał; dziesiętnik Bran służył w zamku wiele lat, wychowywał i szkolił strażników i żolnierzy, a jemu nigdy nie zawierzono, nigdy nie pozwolono na rozbicie skorupy ogniewuszego jaja. Poza tym, unicestwienie wroga pomocą posłusznego potwora zdawało mu się szyderstwem ze sztuki wojennej.

— Dobrze się spisałeś, chociaż nie bez zarzutu — powiedział Władca. — Możesz usiąść.

Razwijar usiadł na drewnianym taborecie. Nogi nie chciały go utrzymać. Przecenił swoje siły.

— Masz prawo oczekiwać nagrody — obwieścił władca. Mów, czego chcesz.

— Niczego nie potrzebuję — powiedział Razwijar. — Wszystko mam.

Władca sceptycznie zacisnął naznaczone szramą wargi. Razwljar nie odwracał wzroku — patrzył prosto.

— Cóż — cicho zaczął władca — nie chciała z tobą uciec?

Razwijar wzdrygnął się. Władca uśmiechnął się:

— Uznałeś, że jest taka jak wszystkie, dlaczego by więc nie wykorzystywać jej, jak wszyscy strażnicy wykorzystują pozostałe kobiety od wieczornego do porannego dzwonu. To zrozumiałe, przecież nie spędziła samotnie ani jednej nocy, kiedy ty leżałeś ranny.