Выбрать главу

Razwijar nerwowo przełknął ślinę.

— Pytałeś, dlaczego ci ufam… Dlatego, że widzę ciebie na wskroś, maleńki Heksie.

— Jesteś magiem? — wyrwało się Razwijarowi.

— Nie. Niestety. Ale ten zamek jest zbudowany przez maga i mag go chroni.

— Kto to? — Razwijar nie mógł wytrzymać. — Gdzie on jest?

— Chodźmy — władca podniósł się. — Jeśli jesteś w stanie przebierać nogami. Pokażę ci, to niedaleko.

* * *

Drewniana platforma, podwieszona na czterech linach, opuszczała się coraz głębiej w studnię.

Władca trzymał latarenkę, w górę pełzły kamienne ściany ze śladami zębów skalnych robaków.

— Skalniaków było dużo… Na początku siedem, potem przywołał jeszcze jednego i było ich osiem. Skalne robaki zawsze są głodne i trzeba wysokich umiejętności maga, by zmusić je do wygryzania ścian, okien, otworów drzwiowych, ponieważ w nienasyceniu swym połykają od razu cały kamień, do którego mają dostęp. Ale oprócz robaków pracowali tutaj także ludzie: kamieniarze, snycerze, rzeźbiarze, jeszcze nie widziałeś nawet jednej trzeciej pomieszczeń zamku… A teraz schodzimy do korzenia, tak on nazywał ten szyb. Jeśli zaczniesz się dusić, to powiedz.

Platforma zakołysała się. Razwijar ledwie utrzymał się na nogach; władca podtrzymał go za łokieć.

Powiało zatęchłym wiatrem. Platforma zwolniła swój bieg. Prosto przed Razwijarem pojawił się, jakby wypełzł skądś z dołu i zatrzymał się, czarny otwór w ścianie.

— Wejdziemy tam? — Razwijar z trudem przełknął ślinę.

Władca odwrócił pokrytą bliznami twarz.

— Boisz się?

— Tak — powiedział Razwijar.

Władca milczał.

— W takim razie wrócimy. Chciałem, żebyś go zobaczył… Ale jeśli jest to dla ciebie za trudne, to wrócimy.

Razwijar ciężko oddychał. Potężna bryła zamku i masyw skały przygniatały go. Czuł ucisk w uszach. Studnia wisiała nad głową, podziemne wiatry huczały w niej potężnym, nieludzkim basem.

— Pójdę.

— Dobrze. Trzymaj się za mną, jeśli trudno ci iść… maleńki Heksie.

W prostym i wąskim korytarzu dźwięk zachowywał się dziwnie, słychać go bowiem było zewsząd, co tym bardziej potęgowało uczucie zaszczucia. Kamienie nad głową Razwijara dyszały echem jego oddechu; chrapliwie, niczym dziki zwierz, który dopadł ofiarę. Ogień lampki oświetlał podłogę i ściany, po których spływały krople wody — skalnego potu. Płomień niekiedy odbijał się w kałużach, ale przed nimi, jak przedtem, była nieprzenikniona czerń, jakby światło latarenki bało się wyprzedzić idących choćby o kilka kroków. Obezwładniający strach przed zamkniętą przestrzenią, wcześniej niepojęty dla Razwijara, teraz doprowadzał go do szaleństwa.

Tylko ambicja powstrzymywała go, by nie zacząć krzyczeć i nie rzucić się wstecz do wyjścia, rozbijając się o ściany w ślad za własnym krzykiem.

Zaczął myśleć o morzu, jakie jest bezkresne. O górach, jak niedosiężne są ich szczyty. O lesie, w którym można chodzić, gdzie tylko się zechce. Wyobraził sobie, jak wchodzi gdzieś stopień po stopniu po wysokich, szerokich schodach i zrobiło mu się trochę lepiej.

Nie wiadomo, ile minęło czasu, kiedy ręka władcy mocniej ścisnęła jego łokieć:

— Patrz.

Dźwięki rozsypały się, utonęły w pustce. Ostro rozstąpiły się ściany. Razwijar i jego potężny przewodnik znaleźli się w podziemnej sali, pustej i okrągłej. Pośrodku, na kwadratowym kamiennym katafalku, leżały zwłoki człowieka… Nie. Zwłoki chimajryda.

Władca postawił lampkę u jego wezgłowia. Nieboszczyk leżał tu od dawna. Odzież — szyty złotymi nićmi mundur — na ludzkich ramionach była już na wpół zetlała. Ale sam trup zachował się niemal niepodległy rozkładowi; obciągnięte cienką skórą smagłe oblicze, głęboko zapadnięte, szczelnie zamknięte oczy. Martwy spoczywał na boku w pozycji śpiącego, z podciągniętymi pod siebie szerokimi, pazurzastymi łapami i rękami złożonymi na piersi. Na prawej dłoni, na wskazującym palcu jaśniał w świetle latarenki pierścień z wielkim turkusowym kamieniem.

Stali w milczeniu. Płomień lampki także znieruchomiał. Nie było tutaj przewiewu i Razwijar nagle pojął, że zaczyna się dusić.

— Wychodzimy — powiedział władca. I prawie na rękach wyciągnął Razwijara z sali z powrotem do ciasnego korytarza, gdzie, co dziwne, powietrze było bardziej świeże i można było swobodnie oddychać.

— Kto to jest? — Razwijar oparł się o ścianę.

— To ten, który zbudował zamek.

— Jest magiem?

— Tak. Magowie rodzą się wszędzie tam, gdzie w domu jest palenisko, piec…

— Tak, ale on…

— Tak. Gdybyś ty wiedział, jak on nienawidził swoich współplemieńców. To oni go zabili…

Nie chcę teraz o tym mówić. Był moim przyjacielem. Dopóki jego ciało spoczywa tutaj, u podnóża zamku, zamek jest niepokonany.

— Zabili maga?! Jak można zabić maga, przecież… „może latać bez skrzydeł i rozkazywać kamieniom, może zabijać ogniem albo leczyć śmiertelnie chorych, ale głównym jego posłannictwem…”.

Razwijar ugryzł się w język.

— Idziemy — władca pomógł Razwijarowi oderwać się od zimnej ściany. — Idziemy… Czy ty pamiętasz każdy wers ze wszystkiego, co kiedykolwiek przepisywałeś?

— Tak.

— Interesujące… Podejrzewałem coś w tym rodzaju… Maga można zabić, oczywiście, jeśli strzelisz z dalekosiężnego łuku, a mag w tym czasie będzie zajęty czymś innym i strzała wbije mu się w plecy, przeszyje serce… Wtedy mag umrze najszybciej. W imperatorskim pałacu, w grobowcu dziesiątkami, setkami wręcz, leżą martwi magowie i tylko niewielu z nich umarło naturalną śmiercią. Ale powiadają, że dopóki oni tam spoczywają, Imperium jest niepokonane.

Wyszli z korytarza na platformę. Władca z wysiłkiem pociągnął za sznur. Czekali kilka strasznych chwil, a potem rampa drgnęła i ruszyła w górę.

Razwijar upadł na kolana. Władca pomógł mu wstać.

— Co przepisywałeś dla poprzedniego pana? Zapewne wszelakie bzdury?

— „Przygody faworyty”, „Pouczające opowiadania o ludziach, zwierzętach i pozostałych stworzeniach”, „Wyprawę na Osi Nos”, ale nie do końca i jeszcze wiele ksiąg…

— Przypomnij sobie wszystkie i zapisz tytuły— powiedział władca. — Zrób to dzisiaj, a jutro wracasz do służby. Sądzę, że dziesiętnik Bran każe ci słono zapłacić za twoje pierwsze zwycięstwo.

* * *

Okazało się, że władca miał rację. Dziesiętnik Bran miał gdzieś, że Razwijar jest chory i słaby. Dziesiętnik Bran nie miał poważania dla dzielności młodego strażnika. Status Razwijara w zespole znacznie się pogorszył. Bran zlecał mu najbardziej nudne, ciężkie i poślednie prace, równocześnie zdegradował go z ulubionego ucznia do nieledwie sługi.

Razwijar nie narzekał. Wieczorem padał na siennik i zasypiał. W tym czasie pozostali, przekomarzając się, szli „do ptasznika”, gdzie czekała na gości Dżal ze swoim niezmiennym, pełnym nieśmiałości uśmiechem. Starsza służąca stawiała nacięcie obok jej imienia na drewnianej tabliczce. Wypadało nie więcej niż jedno nacięcie za noc i nie mniej niż jedno za trzy noce — tak objaśniał to Razwijarowi Tari–Koło, gaduła, który stał się jeszcze bardziej rozmowny po wydarzeniu podczas ostatniego patrolu; trzech zabito, ocalał tylko Tari–Koło i Krzywulec.

Strażnicy, w przeciwieństwie do dziesiętnika, nabrali do Razwijara szacunku.