Krzywulec, który wcześniej nie przepuścił okazji, żeby zrobić mu coś na przekór, teraz przynosił mleko z kuchni, nalewał Razwijarowi do kubka i prosił, żeby opowiedział „jak to wszystko było”. Razwijar opowiadał, nie upiększając ani o pół słowa.
— Z której strony najpierw uderzył?
— Z prawej. Obszedł mnie z lewej strony.
— Wstrzymałeś go?
— Tylko tyle go utrzymałem, żeby uniknąć ostrza. Zresztą, kto go utrzyma, łatwiej zamek na rękach podnieść…
— Tak — oczy Krzywulca zasnuwały się mgłą. — Oni… Tak sobie myślę, gdybyśmy z Tarim nie rzucili się do ucieczki co sił w nogach, może oni by naszych chłopców nie porąbali?
Może my ich… niepotrzebnie tak, jak myślisz, mały?
— Porąbaliby wszystkich — szczerze odpowiedział Razwijar. — I mnie by też porąbali, gdyby nie ogniewucha. To niehonorowo. Te stwory napadają w dwóch na jednego, w czterech, w sześciu na jednego.
— Niehonorowo — mówił Krzywulec, a twarz jego rozjaśniała się za każdym razem.
Krzywulca, w przeciwieństwie do gaduły Tariego, gryzło sumienie. Razwijar pomniejszał ciężar jego decyzji i mówił z czystego serca. Krzywulec czuł to i nawet zaczął stawać w obronie „małego” przed Branem.
Tydzień za tygodniem Razwijar dyżurował podczas nocnej straży, czyścił wychodki, biegał z nieistotnymi poleceniami — wszystko w milczeniu, nie wykazując niezadowolenia. Kiedy zdarzała się wolna chwila, brał arbalet i szedł na strzelnicę trenować. Codzienne „mechaniczne” życie straciło znaczenie; Razwijar jakby wrócił do tych czasów, kiedy od rana do nocy dźwigał kamienie, woził taczki albo kręcił swój kołowrót. Wtedy jego świadomość odlatywała, nie dbając o zamknięte w niewoli ciało i chodziła po lesie z dziecięcych wspomnień.
Teraz w umyśle Razwijara pojawiło się wiele nowych tematów do rozmyślań. Pod zamkiem, w głębokim szybie leżało ciało chimajryda — będącego za życia magiem — i obecnie jego truchło chroniło zamek.
Razwijar widział oczami wyobraźni skalniaki, zaprzęgnięte magiczną wolą czworonożnej istoty w złotym mundurze. Widział, jak gryzą kamień budując w głębi skał sale i korytarze, komnaty, schody i szyby dla dźwigów. Widział, jak mag chimajryd podnosi ręce i na wskazującym palcu lśni turkusowy kamień, jak wylatuje strzała z dalekosiężnego łuku i przebija czarownikowi serce.
Gdzie był władca, kiedy zabili maga? Czy pomścił przyjaciela? A jeśli pomścił, to w jaki sposób? I najważniejsze — po co pokazał Razwijarowi nieboszczyka spoczywającego pod górą?
On, który widzi na wskroś nie tylko „maleńkiego Heksa”, ale i dziesiętnika Brana i, prawdopodobnie, każdego człowieka w zamku?
Zmęczone ręce drżały, trzymając wzniesiony arbalet. Razwijar celował i strzelał, i znowu strzelał, i znowu. Potem brał łuk — najcięższy, jaki tylko znajdował się w zbrojowni i, odchodząc w daleki koniec korytarza, strzelał w półmroku do ledwie widocznej tarczy.
Pewnego razu strzała zachrobotała po suficie i Razwijar poczuł się nagle całkowicie bezradny; zamknięty w korytarzu z dalekosiężnym łukiem jak poczwarka ogniewuchy w jaju. W kamiennej szczelinie „poprawka na wiatr”, jakież bezsensowne słowa. Tutaj nie ma miejsca, żeby naciągnąć piękny, płynnie wygięty łuk, którego przedłużeniem powinna się stać lecąca strzała.
Przeszkadzały ściany, dławił sufit, męczyła ciemność. Razwijar zapragnął wolności — ale nie takiej, kiedy można iść na wszystkie cztery strony świata.
Wolności myślenia. Splatania całości z części. Widzenia ludzi na wskroś, umiejętności przewidywania cudzych działań, rozumienia magów w całej ich niepojętości. Chciał tego o wiele silniej, niż — całkiem jeszcze niedawno — pragnął dziewczyny o imieniu Dżal.
I, uginając się pod ciężarem własnej niedoskonałości, Razwijar rzucił łuk i zapłakał. Na szczęście nikt go nie widział.
A potem — po kilku minutach — dławiące uczucie minęło. Razwijar zdziwił się: co mu się stało, skąd przyszła ta dziwna tęsknota? Może to wspomnienie o przytłaczających ścianach, tam, w dole, gdzie leży martwy chimajryd, wielki mag?
Podniósł łuk i kontynuował ćwiczenia. Po godzinie zastał go przy tym zajęciu dziesiętnik Bran. Postał za plecami, posapał, potem zdecydowanie podszedł i klnąc, zaczął poprawiać uchwyt na cięciwie, ustawienie nóg, zwrócenie głowy i Razwijar zrozumiał, że mu wybaczył.
Dżal odstąpiła od ściany i stanęła przed nim, kiedy on ledwie żywy powłóczył nogami po wieczornym obchodzie.
Miała na sobie tę samą żółtą sukienkę z wiązaniami na szyi.
Nic nie mówiła. Po prostu stała, zagradzając przejście i wcale się nie uśmiechała.
— Dlaczego tu stoisz? — zapytał Razwijar. — Przecież był już dzwon?
Przycisnęła do zapadniętych policzków zaciśnięte pięści.
Patrzyła na niego i milczała.
— Co tobie? — cicho zapytała Razwijar.
— Czekałam na ciebie — powiedziała Dżal. — Myślałam, że przyjdziesz. Pytałam…
Myślałam, że cię zabili…
— Jeszcze — czuł narastające coraz bardziej w sobie skrępowanie — nie zabili. Poturbowali.
— Jak cię zwą? — zapytała Dżal.
— Co?!
— Jak cię zwą? Każdy woła cię inaczej, to „mały”, to „Heks”, to „pupilek”… Nawet nie powiedziałeś mi… swojego imienia.
— Po co ci ono? — zapytał Razwijar po bardzo długiej pauzie.
Dziewczyna opuściła ręce.
— Po prostu, żeby wiedzieć.
— Razwijar. Tak mnie zwą — powiedział wolno.
Uśmiechnęła się, ale nie tak jak zazwyczaj nieśmiało, tylko szczerze, niemal radośnie:
— Piękne imię. Teraz będę cię tak nazywać. Kiedy będę o tobie myśleć.
— A po co o mnie myśleć?
Rozumiał, że gada głupoty, ale nic nie mógł na to poradzić.
— Więcej nie przyjdziesz? — cicho zapytała Dżal.
— Nie wiem.
— Razwijar… Ucieknijmy?
— Wybacz. Teraz nie czas.
Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale milczała i wciąż patrzyła na niego. Pod tym spojrzeniem przypomniał sobie skazanego chimajryda. Tamten także chciał coś powiedzieć i rozumiał, że to nie ma sensu i czuł, jak uciekają ostatnie chwile.
— Tak, Dżal?
Wciąż się uśmiechała.
Nie mógł zasnąć pomimo zmęczenia. Wiercił się, chodził pić wodę, długo stał na korytarzu, potem siedział, opierając się plecami o ścianę. Zrywał się, żeby iść „do ptasznika”. Zawracał.
Słyszał chrapanie śpiących strażników. Drzemał i budził się. Majaczyła mu subtelna postać w żółtej sukni.
Na drugi dzień zobaczył ją. Dżal zamiatała korytarze szorstką miotełką z piór i nie zauważyła Razwijara.
— Mam dla ciebie pracę, maleńki Heksie.
Władca przyjmował Razwijara w pomieszczeniu, w którym ten nigdy wcześniej nie był. W baszcie, bardzo wysoko nad wąwozem rósł obfity sad, a wijące się rośliny oplatały swoimi pędami ściany, kraty w oknach i ażurowy dach w kształcie kopuły. Wdychając zapach liści i kwiatów, wilgotnej ziemi, zieleni, Razwijar przypomniał sobie las swojego dzieciństwa.
— Znowu mam kogoś zabić?
Władca roześmiał się. Nawet jego oczy, wcześniej patrzące na wskroś Razwijara, zmieniły wyraz i, zdaje się, poweselały.
— Tym razem — nie. Wiesz, że w Fier jest tajemna biblioteka?