— Tajemna?
— Tak, Paznokieć, zarządca miejskiego rynku niewolników, ubóstwia unikatowe przedmioty i księgi. Dla niego przywożą je z całego Imperium, ryzykując życiem, a on kupuje je za duże pieniądze. Nie tylko „Faworyty” i „Wyprawy”, chociaż takie także. Kilka dni temu przywieziono mu „Kroniki chimajrydów”, napisane przez pewnego mierniczego dwadzieścia lat temu.
Oddałem Paznokciowi statek za prawo do jej przepisania.
— Statek?!
— Jeden z moich żaglowców w porcie Fier.
— A co w niej jest takiego, w tej książce? — z zakłopotaniem zapytał Razwijar. Wyobraził sobie „Skrzydlaka” z jego trzema masztami, kajutami i ładownią, z rzeźbionymi drewnianymi słupkami, podtrzymującymi wiatę. Okręt z całą załogą i kapitanem. Posiadać takie cudo i oddać je za księgę?!
— Wiele — władca zatrzymał się przy oknie oplecionym jaskrawozieloną lianą z białymi kwiatami. — Potrzebna mi ta księga jak najszybciej. Kroniki, komentarze, słowniki, genealogie, imiona bogów, tradycje klanów, życiorysy wodzów i bohaterów. Wszystko przepiszesz dokładnie, każda kreseczka może mieć znaczenie.
— Przywiozą ją tutaj?
— Nie. Paznokieć nie wypuszcza z rąk niczego, co już raz udało mu się zagrabić. Pojedziesz do Fier. Dzisiaj, od razu. Pojedzie z tobą chroniący cię towarzysz. Wpuszczą cię do skarbca, przepiszesz księgę i wrócisz z kopią. Dwa dni na drogę w jedną stronę… Trzy dni na pracę. Za siedem dni położysz kopię przede mną na stole, maleńki Heksie, a wtedy nagrodzę cię jak należy.
— Władco — powiedział Razwijar, przypominając sobie, jak długo ciągnęła się po górach karawana niewolników. — Dwa dni na drogę w jedną stronę… nieprawdopodobnie mało.
— Nie pójdziesz piechotą przez przełęcze. Wyruszysz z Kipieli przez tunel, ponieważ zależy mi na czasie, a nie na oszczędnym bilansie wyprawy. Czystą oprawę kupisz w Fier, tam jest doskonały sklepik na bazarze. Jedź, kup wcześniej wodę i weź ją ze sobą do skarbca, ponieważ przez trzy dni cię stamtąd nie wypuszczą. Trzymaj.
Na rzeźbiony stolik upadł mieszek ze skóry przyślepki, pokaźnych rozmiarów, ciężki.
Razwijar zerknął na niego ze strachem.
— O co chodzi? — władca skrzywił przecięte szramą wargi.
— Władco… nie potrzebuję ochrony, sam sobie poradzę. Potrzebny mi człowiek, który… wie, gdzie należy wsiąść na podziemną furmankę i gdzie kupić papier w Fier, i jak znaleźć bibliotekę tego Paznokcia. Dlatego, że ja…
Razwijar zaciął się. Jestem bezradnym niewolnikiem, chciał powiedzieć. Nigdy w życiu nie miał okazji podróżować samodzielnie i to jeszcze z pieniędzmi. Mógłby napaść na Kipiel, osadę przy ciepłym jeziorze, w pełnym rynsztunku, z orężem, ale pojawić się jak wędrowiec i zapytać oberżysty o drogę do tunelu…
— Nie marudź — sucho powiedział władca. — Zaopatrzę cię w list polecający, z nim będą cię przyjmować jak członka rodziny. Pójdzie z tobą… ten, którego sam wybierzesz ze strażników albo spośród sług. Ale w bibliotece pojawisz się już bez broni, co to za kopista z mieczami.
Razwijar wziął do rąk mieszek z pieniędzmi. Ciężko przetoczyły się monety pod miękka, doskonale wyprawioną skórą.
— Władco… wysyłasz mnie do Fier z pieniędzmi? Mnie?
Władca zerwał z liany biały kwiat. Przyłożył do nosa, uśmiechnął się:
— Szuu, nie czuję zapachów, od dawna… Tak, maleńki Heksie, wiem, co robię. Zbieraj się, szybciej. Chcę, żebyś za pół godziny był w drodze.
Rozdział czwarty
Razwijar bywał na przełęczy z patrolem. Idąc po znajomej drodze, nie wierzył, że odchodzi z zamku. Wkroczyli na przełęcz. Minęli basztę z posterunkiem. Na wysokim drągu wisiał ogon chimajryda; wyschnięty, wyliniały, wywieszony dla zabawy i dla postrachu. Wokoło, gdzie tylko wzrok sięgał, ciągnęły się grzbiety górskie; zielone, błękitne, żółte, porosłe trawą i spowite mgłą, z białymi kamienistymi stokami oplecionymi nitkami wodospadów.
— Schodźcie — powiedział Tari–Koło, stojący na czele patrolu. — Droga stąd czysta aż do Kipieli, będziemy osłaniać.
Razwijar uścisnął mu dłoń i, nie oglądając się, ruszył drogą w dół. Horyzont drgnął i zaczął się zwężać; obok, ledwie nadążając, prawie biegł stary Szlop, zamkowy intendent, którego Razwijar siłą wyrwał z codziennej, wygodnej rutyny.
Intendent wiele razy bywał i w Fier, i w okolicznych osadach. Umiał targować się na bazarze i znał wszystkie zajazdy. Dzień wcześniej wrócił z handlowego rejsu, przyprowadził do zamku karawanę z dobrym drzewem i stalowymi posążkami bóstw, i na tym zamierzał poprzestać. Zająć miejsce intendenta, spędzać dni w spokoju pod dachem, a noce pod pierzyną ze słodką służącą, ale jego pragnieniom nie było sądzone się spełnić. Razwijar powiedział, że nie chce za towarzysza nikogo poza Szlopem i ten zmuszony był podporządkować się rozkazowi władcy.
— No, czekaj — burczał pod nosem bez ustanku, od samych bram zamku. — W wygrzebanej jamie będziesz mieszkał i tam też się żywił. Pająki krwiopijcy będą się tobą karmić, drapać się będziesz, cały pokryjesz się wrzodami. Patrzcie go, jaki szybki, zaczekaj. Niańka ci była potrzebna w drodze? No to będzie.
Razwijar nie słuchał. W wewnętrznej kieszeni kurtki miał list polecający, pas obciążał mieszek z pieniędzmi. Kroczył, sam sobie panem, po tej samej drodze, którą całkiem niedawno przyszedł w szeregu niewolników, zakupionych przez tego samego Szlopa, młodszego intendenta, dla pańskiej potrzeby.
Dziewięciu pozostałych do tej pory kręci swój kołowrót. Ktoś został we Wschodniej Ciemnicy, a komuś się nie powiodło i nocuje w Zachodniej. Tam duszno latem i chłodno zimą.
Tak mówią.
Z prawej strony drogi zaszeleściły krzaki. Razwijar chwycił za rękojeść miecza. Zatrzęsły się gałązki, z kolczastych zarośli wyleciał czerkun i, poświstując skrzydłami, wzbił się w niebo.
Razwijar dopiero teraz zauważył, że Szlop już nie mamrocze, grożąc i wyrzekając, a idzie w milczeniu, czujnie rozglądając się na boki.
— Tari powiedział, że droga jest czysta — przypomniał Razwijar.
— Wiele on tam pojmuje, Koło rozpaplane — Szlop czujnie popatrzył w tył. — Rok temu w tym samym miejscu ostrzelali karawanę. Parszywe miejsce. Panoszą się tutaj jak u siebie w domu.
Razwijar uśmiechnął się. Wolność wstępowała w niego jak armia do zdobytego miasta, jak ciepłe powietrze obłoczkiem we wznoszący się balon. Zdawało się, że jeszcze trochę, a wzniesie się przepełniony tą wolnością i wzięci nad zębatymi wierzchołkami skał.
O zmierzchu byli w Kipieli — maleńkiej osadzie nad brzegiem ciepłego jeziora. Nad wodą unosiła się para. Pensjonaty rozlokowane były wzdłuż brzegu, na pomostach wypoczywali goście, głównie starcy, owinięci białymi płaszczami kąpielowymi. Pili z wysokich szklanek i moczyli nogi w gorącej wodzie jeziora.
— Zanocujemy — powiedział Szlop. — Kości pogrzeję, dla mnie to pożyteczne, a tobie niepotrzebne, więc ty ulokujesz się w „Kłębku” — to gospoda w centrum osady, a ja…
— Szlop — powiedział Razwijar, z zadowoleniem czując, że wolność napełniająca jego ciało dotarła już do języka. — Nie będziemy tutaj nocować. Idziemy prosto do tunelu.
— Ty mi będziesz rozkazywać? — młodszy intendent aż się zakrztusił.
— Będę — Razwijar uśmiechał się, ale ton jego głosu nie był żartobliwy, lecz poważny. — A ty będziesz mnie słuchał, stary pniaku.