Выбрать главу
* * *

Szlop milczał, jakby skleiły się jego cienki wargi. Milczał, kiedy Razwijar pytał przechodniów, jak dojść do tunelu, a ludzie rozbiegali się, bojąc się surowej twarzy ze złamanym nosem i miecza za pasem. Szlop milczał, kiedy Razwijar sam, bez pośredników, odszukał właściciela podziemnego zaprzęgu i zażądał ruszyć do Rer bez zbędnej zwłoki. Dopiero kiedy doszło do ustalania ceny, intendent nie wytrzymał, poczerwieniał i krzyknął:

— Trzydzieści monet?! A żebyś utknął Szuu w zadzie! język swój bezwstydny powstrzymaj i nikomu nie pokazuj! Trzydzieści monet, kiedy wszędzie przewózka warta jest dwadzieścia!

Furman nadął się:

— A wieczorna pora?! A noc pod nosem?

Razwijar uśmiechnął się samymi kącikami ust:

— Gospodarzu, my przecież bez pieniędzy pojechać możemy. Zaraz miecz wyciągnę i powieziesz za darmo.

Po tym incydencie mówili niewiele. Adhezyle z początku szły powoli i powóz na trzech żelaznych kołach toczył się ciężko po gładkiej, wyszlifowanej przyssawkami podłodze. Na wzniesionym przedzie trzykółki paliła się lampka, oświetlająca okrągły tunel z szarego, błyszczącego kamienia. Razwijar znowu poczuł się źle: ściany napierały na niego, dławiły.

Ogrom niewidocznej budowli, wiszącej nad głową, przytłaczał.

Furman krzyknął, poganiając adhezyle. Płaskie, z trójgraniastymi głowami, z okrągłymi przyssawkami na palcach zwierzaki przyśpieszyły biegu. Te, które były zaprzęgnięte po bokach, wskoczyły na ściany i pobiegły po nich, z cmokaniem przestawiając łapy. Przód trzykółki podniósł się, lampka uchwyciła tunel z przodu; czarną, błyszczącą kiszkę, to opadającą w dół, to wznoszącą się dość stromo w górę.

— Poszły! Poszły!

Głos furmana skakał, odbijając się od ścian. Tunel wił się, obchodząc spoistą górską skałę, na ścianie z prawej strony pojawiły się czerwone żyłki, podobne w rysunku do zmasakrowanych ciał zamurowanych ludzi. Trzykółkę rzuciło na lewą ścianę, pasażerów wbiło w ławkę, a adhezyla idąca z lewej wyrwała na sufit i biegła tak dalej do góry nogami, dopóki zakręt nie został daleko w tyle.

Razwijar zacisnął zęby, żeby nie szczękały. Szlop, zakutany w pled, siedział obok milczący i zły. Intendent byłby szczęśliwy widząc Razwijara przerażonym jak małe dziecko. Nie można było dać mu tej satysfakcji.

— A jeśli z naprzeciwka już ktoś jedzie? — zapytał Razwijar, kiedy milczenie stało się nie do zniesienia.

— Zderzymy się — ponuro obwieścił furman. Potem z ukosa popatrzył na Razwijara. — Ale nie bójcie się. W Fier jest teraz mój brat, poza nim nikt nie może jechać z naprzeciwka, a wieczorem on siedzi w oberży… Kto by zapłacił trzy razy więcej niż zwykle. Więc, oczywiście… Któż by mu zapłacił? Jooo! Gnajcie, rzepy zaspane!

* * *

Przenocowali w przydrożnej oberży, oczekującej na podróżników po tej stronie tunelu. Tam też furman znalazł swojego brata pijanego w sztok i śpiącego w objęciach adhezyly. W porcie Fier do rana nie należało pokazywać nosa, tak zgodnym głosem twierdzili i Szlop, i oberżysta, ale Razwijar sam też rozumiał, że jego wolność i dwa miecze mało są warte w obliczu ustanowionych przez wieki tradycji zbójnickiego portu. Fier miało dwa oblicza; nocne i dzienne, i każdy z jego mieszkańców miał dwa oblicza. Wieczorem strażnicy, służący naczelnikowi miasta, odchodzili z miasta, a rano wracali, żeby obchodzić ulice i zabrać trzy, cztery trupy — niekiedy ze śladami tortur na ciele.

Zapach w mieście Fier przypomniał Razwijarowi jeden z najsmutniejszych dni jego życia — dzień, kiedy sprzedali go na tutejszym bazarze. Jego wewnętrzna wolność ukryła się, jakby zamrożona, za to intendent ożywił się jak ryba w świeżej wodzie. Skrępowanie Razwijara dostarczało mu niemałej satysfakcji; nie dochodząc do portu, Szłop skręcił w wąską, ale czystą uliczkę i w ciągu kilku minut doprowadził towarzysza do „lepszej jadłodajni miasta” — miejsca naprawdę godnego uwagi.

— A niechbym zostawił cię, głuptaka, na środku ulicy i dnia nawet nie przeżyjesz. — Szlop obgryzał ptasią kostkę, siedząc na tarasie z widokiem na dalekie żaglowce.

— Pewnie tak — zgodził się Razwijar. Morze przyciągało go; gdzieś tam, w porcie, mógł stać „Skrzydlak”. A może i „Łuska”.

— No i po co się ze mną kłóciłeś? — Szlop uniósł brwi. — Pomyśl, po co?

— Nie kłóciłem się — Razwijar grzebał łyżką w talerzu z polewką. — A że bez twojego doświadczenia będzie mi ciężko… to i dlatego cię ze sobą zabrałem.

— Szczeniak — powiedział Szlop z nieodgadniona intencją. — Zupełnie nie wiem, za co władca cię tak hołubi, mięso ty bazarowe.

— Za „mięso” gardło poderżnę — beznamiętnie, powoli rzekł Razwijar. Szlop napotkał jego spojrzenie i nerwowo się uśmiechnął.

— Dobrze… Do biblioteki cię zaprowadzę, a z powrotem sam drogę zapamiętaj. Tutaj, rano trzeciego dnia, będę na ciebie czekał. Poczekam do wieczora, a potem…

— Wrócisz do zamku beze mnie? — zapytał Razwijar.

Szlop z rozdrażnieniem odepchnął pusty talerz.

* * *

Biblioteka znajdowała się w porcie, w kwartale ze składem drewna, alkoholu, skór, żywności i tkanin. Szlop kroczył po nabrzeżu dumnie i niespiesznie jak stary mieszczanin. Razwijar szedł w ślad za nim, trzymając jedną rękę na rękojeści, a drugą na mieszku.

— Daj kalece! Daj!

Głos nie był ludzki. Razwijar wzdrygnął się, odwrócił głowę i zobaczył żebraka z gadającym ptakiem na ramieniu. Ptak, obojętny na wszystko, powtarzał wyuczone słowa; skrzydła miał podcięte, na nodze łańcuszek. Żebrak siedział, patrząc w dół, prawie tak samo obojętny jak ptak, ale Razwijar go poznał: to był wioślarz z „Łuski”, jeszcze niedawno młody i gadatliwy, a teraz pomarszczony, o poszarzałej twarzy, z gnijącą raną na głowie.

— Ej… Haczyk?

Szlop, odwrócił się i zaklął. Nie zwracając na niego uwagi Razwijar, pochylił się ku siedzącemu; ten podniósł oczy, ale nie poznał dawnego podrostka, wioślarza, z którym kiedyś siedział razem na ławce.

— Haczyk! — Razwijar był coraz bardziej przerażony, zaglądając w jego mętne oczy. To ja, Razwijar… Heks, pamiętasz?

Żebrak milczał.

— Gdzie Arwi i Lu? Gdzie „Łuska”?

— Patrol zabrał — powiedział żebrak z widocznym wysiłkiem. — Jako dowód rzeczowy.

Wszystkich potopili. Moje szczęście, że mnie wcześniej bentalski smok poturbował — i zgarbiwszy się, znowu zaczął wpatrywać się w kikuty swoich nóg wystające spod lnianych nogawek.

* * *

Wejście do biblioteki przypominało wrota do ładowni, ileż tu rygli, zamków, żelaznych łańcuchów i zatrzasków. Razwijar z żalem oddał oba miecze Szlopowi, załadował na ramię teczkę z piśmiennymi przyborami i zapasem jedzenia na trzy dni.

Wpuścili go. Dwóch ochroniarzy przejrzało teczkę, obwąchało kiełbasę i ser, rozłamali piętkę chleba, spróbowali wody z menażki. Potem poprowadzili go nowym, wąskim i ciemnym korytarzem; Razwijar poczuł chłód w żołądku. Czy naprawdę całe życie będzie się męczył, wchodząc do ciasnych pomieszczeń?

W kwadratowej salce, suchej i wymiecionej do czysta, spotkał się z nim człowiek w czarnym odzieniu do kostek; wysoki, smagły, o wystających kościach policzkowych. Jego podłużna czaszka była wygolona, a nad ciemną skórą krótką szczeciną podnosił się złoty zarost.

Razwijarowi zamarło serce. Bibliotekarz był urodzony w Mirlic, był Złotym i przed jego obliczem Razwijar poczuł się jak miernota, jak wtedy na statku, chwilę przed tym, jak wrzucili go do wody.