Выбрать главу

Ze sceptycznie zaciśniętymi wargami Złoty badał jego list uwierzytelniający; Razwijar przypomniał sobie władcę. Transakcja została zawarta, prawo Razwijara do przebywania w tym miejscu zostało potwierdzone i Złociszek, nadęty niczym balon poczuciem własnej ważności, nie może przegnać go tylko dlatego, że Razwijar jest Heksem.

Bibliotekarz odłożył papier. Jego jasnobrązowe, bardzo badawcze oczy wbiły się w gościa drapieżnie i wesoło.

— A więc, niejaki Razwijar — śpiewnie przeciągnął Złoty, nie kryjąc drwiny — Zakazanych przedmiotów nie masz?

— Jedzenie nie jest zakazane? — Razwijar rzucił swoją teczkę na stół przed bibliotekarzem.

— Atrament? Pióra?

— Odpowiadamy pytaniem na pytanie — Złoty zmarszczył brwi, jego brązowe oczy przybrały barwę miodu. — Atrament i pióra dam ci swoje, te zostaw. A jedzenie pokazuj.

Zawartość teczki znowu została wyciągnięta i przejrzana. Bibliotekarz nucił pod nosem, dokładnie oglądając gomółkę sera, którą młodszy intendent Szlop kupił na bazarze po bardzo korzystnej cenie.

— Ser zjesz najpierw, ponieważ zatęchnie w ciągu paru godzin. W komnacie dla przepisywaczy jest wychodek, dokładniej mówiąc wiadro, tak że…

Szydził. Razwijar ostrożnie przesunął dłonią po tym miejscu na pasie, gdzie wcześniej była pochwa.

— Z komnaty nie wychodź, cokolwiek by się działo — kontynuował bibliotekarz, jakby nie zauważył tego gestu.

— Zabiję. Jasne?

— A jeśli będzie pożar?

— Wtedy się spalisz — bibliotekarz beztrosko się uśmiechnął. — Tutaj, mój miły, panują surowe prawa. „One stoją w milczeniu i nie zmuszaj ich do mowy, ponieważ pośród próżnego gadania i słodkich słówek, wypowiedzą słowo, przez które stracisz spokój…”.

— „I umrzesz, kiedy zobaczysz siebie, zamkniętego w skorupie swoich ograniczeń, bezwolnego, tracącego życie” podjął Razwijar, jeszcze nie przypominając sobie, z jakiej to księgi, ale już widząc ciąg dalszy na karcie. — „Dlatego niech stoją na półkach, zaciskając stronice jak szczęki”.

Bibliotekarz zmarszczył czoło. Obrzucił Razwijara badawczym spojrzeniem od stóp do głów.

— A wiesz — powiedział po chwili namysłu — twoje imię powinno brzmieć jak „Rjezwi-arr”. Biorąc pod uwagę osobliwości wymowy Heksów.

* * *

Razwijar oczekiwał, że zobaczy półki, regały, zamknięte drzwi szaf albo coś w tym stylu — jednak to, co ukazało się przed nim, kiedy bibliotekarz wpuścił go do skarbca, zaskoczyło go zupełnie. Płachty, napięte, mocne i gęste, przypominały żagle, w rzeczywistości zaś były to pajęczyny. Ciągnęły się jak zasłony od podłogi do sufitu i niczym pokrowce, otaczały każdą szafę. Patrzeć na to było wręcz strasznie, bowiem księgi jak martwi w szarych całunach stały rzędami, a lekki przeciąg szarpał ich pajęcze łachmany.

— Wilgoć — powiedział bibliotekarz z troską. — Niedaleko jest morze, port, podchodzą wody gruntowe… Wilgoć, pleśń i oto to, co jest nam drogie, obraca się w proch… To stepowe pająki Cza, przywiozłem je z Kamiennej Strzałki, tamtejsi mieszkańcy noszą odzież z tych nici.

Pajęczyna Cza dobrze wciąga wilgoć, Rjezwi. Kiedy będziesz miał swoją bibliotekę, wspomnij moje słowa.

— Kiedy ja będę miał?! — Razwijar potknął się.

— Ostrożnie! Pająki nie lubią, kiedy targa się pajęczynę. Przynoszę im żywe ryby, potem długo wymiatam łuskę. Ryba w bibliotece, co za niedorzeczność. Pająki chcą czegoś żywego, ale ja mam uprzedzenia, Rjezwi. Nie mogę karmić ich psami albo mięsem włóczęgów, to źle wpływałoby na książki… I na mnie, mówiąc szczerze. Wyrosłem w Mirtie, tam u nas nie zabija się nawet szczurów.

Razwijar zatrzymał się. Podniósł oczy. Z wysokich, zasłoniętych kratami okien wdzierało się przytłumione światło dzienne.

— Nawet szczurów?

— Tak. Co z tobą?

— A Heksa?

Bibliotekarz podciął kraj pajęczyny nożycami podobnymi do narzędzia tortur. Podszedł bliżej.

Złoty był o pół głowy wyższy od swojego gościa, chociaż pośród zamkowej straży Razwijar był uważany za „tyczkowatego”.

— A co ty wiesz o Heksach, Rjezwi–arr?

— Nazywaj mnie moim imieniem — odpowiedział rozzłoszczony Razwijar. — A nie przezwiskiem, które sam wymyśliłeś.

— Zrozumiałem — Złoty kiwnął głową. — Nic nie wiesz o Heksach. Ty w ogóle niczego nie wiesz o świecie, tylko znasz na pamięć zapisane przez kogoś wersy.

I, odwróciwszy się, poszedł przodem, dając nurka pod szare płachty, niekiedy podcinając napięte nici, lawirując wśród obciągniętych siecią regałów. Razwijar zacisnął zęby i ruszył za nim. Nie pozostał w nim nawet ślad wolności czy spokoju. Powinien wcześniej wywiedzieć się, że bibliotekarz w Fier to Złoty, wtedy nie byłby zaskoczony i nie straciłby panowania nad sobą.

Żeby odzyskać duchową równowagę Razwijar przypomniał sobie swój las. W miejsce siwych płacht pajęczyny przywołał zielone liany i brązowe pnie, mech, jeziora i świetliki…

— Podejdź tutaj — wezwał go bibliotekarz. Razwijar głęboko odetchnął; ten Złoty nie ma nad nim władzy, Razwijar nie jest jego niewolnikiem, ani podwładnym, niech sobie mówi, co chce.

— Popatrz — bibliotekarz przesunął nożycami po grubej warstwie pajęczyny. Rozpełzły się przerwane brzegi, pokazała się porowata półka, w każdej komórce leżał zwój, podobny do grubej skórzanej rurki. — To zwoje z ludzkiej skóry. Najcenniejsze, każdy w pojedynczym egzemplarzu…

— Ze skóry ludzi?!

— Tak — oczy Złotego znowu zmieniły barwę, z miodowych stając się ciemnobrązowe. — Heksi piszą swoje księgi na skórze wrogów. To osobliwa, wysoce rozwinięta literatura. Oni nic tylko uwieczniają zwycięstwa, ale, powiedzmy, układają wiersze. Są bardzo uczuciowi, niekiedy wręcz sentymentalni. Nie wstydzą się wylewać łez nad zwiędniętym kwiatem.

Razwijar podszedł bliżej. Zwoje były duże i małe, jasne i ciemne, każdy przewiązany wstążką z wyblakłego jedwabiu.

— Pozwól mi…

Słowa wyrwały się same. Razwijar wyobraził sobie, jak będzie rozwijał zwój „ze skóry wroga” i zaciął się.

— Mam robotę — powiedział głucho. — Przyszedłem z zadaniem.

— Tak — bibliotekarz przytaknął. — Do rzeczy… Następnym razem, kiedy nie będziesz zajęty, kiedy będą potrzebne ci pieniądze — przyjdź znowu. Pan tego bogactwa, sławny człowiek o imieniu Paznokieć, nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli ktokolwiek przepisze księgę Heksów na papier, do którego jesteśmy bardziej przyzwyczajeni. Będzie je można sprzedać znawcom, te księgi oprócz wierszy zawierają przepisy na dania z ludzkiego mięsa.

— Zrozumiałem — powiedział Razwijar. — Ale więcej nie będę przepisywał. Jestem strażnikiem w zamku mojego władcy, więc przyjdzie ci szukać kogoś innego… żeby zasłużyć na pochwałę handlarza niewolników Paznokcia, któremu ty służysz, Złoty!

Wykrzyknąwszy ostatnie słowa, odwrócił się od półki ze zwojami. Nad głową coś zaszurało; ogromny cień na moment zasłonił światło, zakołysały się płachty pajęczyny.

* * *

Komnata kopistów okazała się, tak jak obawiał się Razwijar, maleńka i z niskim sufitem.

Zamiast okien miała wietrzniki zaciągnięte pajęczyną. Gruba świeca na wysokim świeczniku.