Выбрать главу

Pełny wybór przyborów piśmiennych, czysta oprawa, słoik atramentu.

— Zmarnujesz papier, nowego nie dam.

— Nie zmarnuję.

— Jeśli choć kropla spadnie na stronice księgi; czy kichniesz, czy spluniesz, to odpowiesz głową. Oczywiście nie przede mną, a przed Paznokciem. On jest człowiekiem prostym, ale pomysłowym, jeśli chodzi o zabijanie.

Razwijar wygodniej usiadł na skrzypiącym krześle. Podniósł oczy na Złotego:

— Pozwolisz mi wreszcie pracować?

— Pracuj — bibliotekarz życzliwie kiwnął głową. — Jedna świeca pali się cztery godziny.

Sześć świec — dobę. Kontroluj czas, przepisywaczu.

Wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Razwijar został sam. Kilka minut potrzebował, żeby pokonać ten wewnętrzny, irracjonalny strach przed ciasnym pomieszczeniem.

Skąd ten strach? Przecież tygodniami mieszkał w ładowni, zdarzało się, że siedział w ciemnicy i bał się wielu rzeczy, tylko nie zamkniętej przestrzeni!

Księga „Kroniki chimajrydów” leżała przed nim, „zaciskając stronice jak szczęki”. Razwijar głęboko odetchnął, po czym ją otworzył.

Mapa! Szczegółowa mapa z wielością linii, znaczków, napisów. Rysowano ją najmniej dziesiątką piór o różnej grubości, poprawiano, zmieniano szablony, kreskowano, dorysowywano.

W przyćmionym świetle jednej świeczki Razwijar przyglądał się mapie, zajmującej całą wewnętrzną stronę okładki i stawały mu włosy dęba na głowie.

W zamku, kiedy władca odprawiał go do przepisywania księgi, zadanie wydawało się proste i zwyczajne: „Potrzebna mi ta księga jak najszybciej… Wszystko przepiszesz dokładnie, każda kreseczka może mieć znaczenie…”.

Każda kreseczka ma znaczenie. Razwijar przypomniał sobie młodego chimajryda, którego wypuścił, chociaż powinien był zabić.

Za prawo skopiowania tej księgi, władca oddał żaglowiec. Manuskrypt ten został skradziony z imperatorskiego skarbca i należy do handlarza niewolników, Paznokcia, ale przecież to po prostu książka, jedna z wielu i jeśli jest w niej mapa, Razwijar po prostu ją przerysuje!

Zaczął przeglądać przyrządy. Długo kręcił w palcach najcieńsze pióro, dopóki się nie złamało i Razwijar drgnął na odgłos tego suchego trzasku. Zbyt długo ćwiczył z mieczami i łukiem, palce nabrały siły, tracąc część zwykłej zręczności, ale biegłość powróci. Trzeba tylko zacząć.

Przygotował narzędzia, usiadł wygodniej, otworzył czystą oprawę — i pogrążył się w pracy, zapominając o dławiącym go strachu przed zamkniętą przestrzenią.

* * *

Nazywali siebie Nagórenami. „Chimajrydzi” było określeniem nadanym przez wrogów, nazwa księgi na okładce została zmieniona, wpisana na wierzchu innej, prawie całkowicie wytartej. Nagóreni całe tysiąclecia zamieszkiwali wśród górskich grzbietów pokrytych zielenią i na bezwodnych równinach, wysoko nad poziomem morza na płaskowyżach i na brzegach górskich jezior.

„Matka rodzi zawsze czworo dzieci: dwie przyszłe matki, jednego jeźdźca i jednego podległego. Każdy jeździec ma dwie żony, które przynależą także niewolnemu, jego bratu. Jeśli jeździec ginie w walce albo na polowaniu, w ślad za nim powinien umrzeć jego brat. Jeśli umiera żona, to jeździec może poślubić inną. Jeśli kobieta nie może urodzić czwórki dzieci, ofiarowują ją Jezioru Urodzaju”.

Człowiek piszący księgę miał mocny, zamaszysty, ale bardzo osobliwy charakter pisma.

Razwijar szybko do niego przywykł i przestał zauważać dziwności kaligrafii. Przelewały się klany, ciągnęły i krzyżowały się genealogiczne gałęzie. Razwijar miejscami nie rozumiał tego, co było napisane. Po prostu obejmował wersy oczami i omdlałą ręką przenosił tekst na czystą kartkę. Śpieszył się. W miejscu mapy, otwierającej księgę, cały czas było jeszcze pusto.

Niepokojąc się, czy starczy czasu, Razwijar opuścił ją, decydując się zostawić to zadanie na koniec.

Zapisał podanie o bogini Wof, matce pierwszego Nagórena, która stała się brzemienna od wielkiego wodospadu w górach. Bogini była czworonożna, z gibkim ogonem i wielkimi piersiami i Razwijar doszedł do wniosku, że oto ona stanowi wyjaśnienie, dlaczego z jednych i tych samych matek rodzą się i dwunożni młodzieńcy, i półludzie na czterech łapach. Ale na następnej stronie napotkał podanie o innej bogini, której ciało podobne było do ciała ludzkiej kobiety, ale z głową żmii i ona także urodziła pierwszego Nagórena, stając się brzemienną od kroczącej skały. Tych bogów i bogiń było kilkaset, od nich wzięły swój rodowód różne klany.

Razwijar pracował, nie podnosząc głowy, dopóki świeczka nie zasyczała, dogorywając. Wtedy pośpiesznie zapalił od ogarka nową świecę i, nie zwracając uwagi na ból w plecach, kontynuował obejmowanie wersów wzrokiem i przelewanie ich z końcówki pióra na papier.

Przepisywał długie spisy imion i myślał o autorze tej księgi. Ten nie był chimajrydem, wspominał Imperatora i Szuu, a to znaczy, że pochodził z Imperium. Władca powiedział przecież „imperatorski mierniczy”. Mapa, umieszczona na początku dzieła, była dumą autora, zresztą, co i rusz odwoływał się do niej, nazywając „nowszą i dokładniejszą mapą”. Dopaliła się trzecia świeca, a Razwijar nie przepisał jeszcze nawet jednej czwartej manuskryptu.

Nie chciało mu się jeść. Pił z menażki małymi łyczkami, starając się przeciągnąć przyjemność.

W czasach, kiedy był niewolnikiem u Agla, zdarzało mu się przepisywać po dwie doby na okrągło, a przecież wtedy był małym chłopcem. Teraz więc także sobie poradzi. I mapę przepisze kropka w kropkę.

Nagóreni odmierzali czas okresami panowania swoich klanowych przywódców. Każdy klan miał zatem swój kalendarz. Dwa razy w historii — zgodnie z zapisem w „Kronikach” — podjęli próby zjednoczenia klanów pod władzą jednego przywódcy. Pierwszy raz spróbował to zrobić jeździec o imieniu Biały Ruczaj — na krótki czas zjednoczono trzy najpotężniejsze klany, ale potem nowy przywódca został zarżnięty, sojusz rozpadł się, a sprawa zakończyła bratobójczą wojną. Drugi raz na czele klanów zapragnął stanąć niewolny, pół–człowiek, który był magiem.

Razwijar potarł zaspane oczy. „Kilka lat przed jego narodzinami osadę klanu Rosy odwiedził człowiek, zwany Wędrowną Iskrą… Klan Rosy, w odróżnieniu od wielu sąsiadów, nie zabijał obcych i czasami dawał schronienie błądzącym w górach podróżnikom. W podziękowaniu wędrowiec zbudował kamienny piec w domu wodza. Wkrótce starsza żona wodza urodziła chłopca, niewolnego, który posiadał magiczny dar. Wszystkim wiadome jest, że magowie rodzą się w domach, gdzie Wędrowna Iskra zbuduje palenisko”.

Razwijar w przybliżeniu przeliczył lata i uświadomił sobie — co do tego nie było wątpliwości — ten, o kim teraz czyta, spoczywa w szybie pod kamiennym zamkiem władcy. To on oswoił skalne robaki, on znalazł gniazdo ogniewuchy i on wybudował zamek. To on zapragnął zostać jedynym wodzem wszystkich nagóreńskich klanów.

„Wojna ciągnęła się dwadzieścia lat. Miał na imię Poranek Bez Skazy i dlatego w wielu niepokornych klanach ludzie przestali nazywać poranek porankiem, żeby nie wspominać imienia strasznego czarodzieja–niewolnego”.

Razwijar poczuł, że jego głowa opada na stół. Na chwilę zapadł w ciemność. Ocknął się, leżąc policzkiem na kartce papieru. Świeczka dopalała się, ledwie zdążył zapalić od niej następną.

Która to świeca? Zaczął liczyć i pomylił się w rachunku. Pragnął zgasić przeklęty ogień, lec na kamiennej podłodze, wyciągnąć się i niech się dzieje co chce.

„Przerwał wojnę, ale przeklął każdego, kto nie chciał się przed nim ukorzyć. Od tego czasu Nagórenki nie rodziły, jak wcześniej, dwóch przyszłych matek, jeźdźca i niewolnego, rodziły cztery matki albo trzech niewolnych i jeźdźca, albą jedną matkę i trzech jeźdźców. Mówiono, że w swoim zapiekłym gniewie gotów był wytrzebić wszystkie plemiona Nagórenów. Mówiono także, że stworzył i przeklął jakąś rzecz i jeśli uwolnić przekleństwo — wszyscy Nagóreni umrą.