Выбрать главу

Ale czy to prawda i czy starczy siły jednego maga, żeby unicestwić ogromne plemię, i czy starczy nienawiści — tego nie wiem i nie mogę wiedzieć do końca. Imieniem Poranka Bez Skazy straszą w klanach dzieci — nawet teraz, po jego śmierci”.

* * *

Ogienek świecy zakołysał się. Do tej pory stał prawie nieruchomo jak słupek i cienie nie ruszały się. A teraz drgnęły i Razwijar podniósł głowę.

W drzwiach stał bibliotekarz.

— Już? — Razwijar aż zakrztusił się. — Tylko dziesięć świec Jeszcze nie minął czas!

— Po prostu zaszedłem sprawdzić, czy wszystko w porządku — powiedział Złoty przepraszająco. — Wyglądasz… nie najlepiej.

Razwijar westchnął. Zapewne miał zaczerwienione oczy. Powieki mu napuchły i paliły ogniem, ale praca szła dobrze i zbliżała się już do końca. Gdyby nie mapa…

— Nie mam zamiaru upiększać twojego życia — powiedział kłótliwie. — Dlatego nieważne, jak wyglądam.

— Dlaczego nie miałbyś się przespać paru godzin? Obudzę cię, kiedy powiesz.

— Nie. — Razwijar pokręcił głową. — Skończę i dopiero wtedy.

— Chcesz wody?

— Nie. Dziękuję. Jeszcze mam.

— Masz rację. Ja służę Paznokciowi, brudnemu handlarzowi niewolników — nie zmieniając intonacji, powiedział Złoty. — Ale mnie to nie martwi… przecież nigdy nie będę mógł wrócić do Mirtie, szybującego miasta.

— Widziałem je — powiedział Razwijar. — Z daleka. Zrzucili mnie do morza ze statku, dlatego, że ani jeden Heks nie może zstąpić na ziemię Mirtie.

— Słuchaj… — po chwili milczenia powiedział Złoty. — Posłuchaj Rjezwi… To jest Razwijar. Wcześniej czy później zechcesz odnaleźć swoją rodzinę. Nie rób tego.

— Dlatego, że piszą wiersze na ludzkiej skórze?

— Także dlatego. Dużo ci zostało?

— Nie. To znaczy… Mapa, na to potrzeba czasu.

— Weź wodę — Złoty postawił na podłodze przy drzwiach dzban z długą szyjką. — Nie bój się, nie jest zatruta.

* * *

Obudził się z powodu głuchego okrzyku. Czy był to dźwięk we śnie czy na jawie, początkowo nie mógł skojarzyć.

W komnacie dla kopistów było ciemno. Razwijar sam zgasił ostatnią świecę, żeby pospać, chociaż trochę. Kopia księgi, dokładna i pełna, z mapą, leżała na wierzchu oryginału, skradzionego z Imperatorskiej biblioteki, a Razwijar spał, siedząc, złożywszy głowę na miękkiej skórzanej oprawie.

Po komnacie ciągnął przeciąg, którego nie było wcześniej. Uchylone drzwi kołysały się, jak dłoń w geście pożegnania. W głębi skarbca ktoś chodził, starając się stąpać po cichu i nie były to kroki Złotego.

Razwijar przycisnął księgę do piersi i po ciemku wyszedł z komnaty. Na zewnątrz była głęboka noc, wysokie okna ledwie co przepuszczały światło może księżyca, a może dalekich latarni. Płachty pajęczyny, chroniącej księgi przed wilgocią, zdawały się czarne i tylko przy suficie, w samym kącie, połyskiwały zielenią fosforyzujące punkty — oczy pająków Cza.

W tym momencie gdzieś z przodu za regałami, przy samym wejściu do skarbca mignął płomyk. Razwijar cofnął się. Wstrzymał oddech. Nie mógłby wyjaśnić, dlaczego się ukrywa, dlaczego raptem włosy stoją mu dęba. Może śni koszmar, w którym kogoś zabito. Może koszmar jeszcze trwa. A może zabójstwo zdarzyło się na jawie.

Znowu dały się słyszeć ciężkie kroki. Zaszurała przesuwana pajęczyna. Ktoś cicho zaklął — ostrym, wysokim głosem. Nie był to jednak głos bibliotekarza.

— Tutaj powinny być jeszcze pokoje — powiedział drugi głos, urywany.

— Szuu! Pajęczyna…

— Wczoraj rano tutaj wszedł człowiek, kopista i nie wyszedł. Szukaj go, Kru.

Zapłonęło jasne światło, były to dwie albo trzy świece związane razem. Poprzez półprzezroczyste sieci Razwijar zobaczył dwa cienie — postacie z mieczami w dłoniach.

Naostrzona stal rozcięła pajęczynę, Razwijar ledwie zdążył odskoczyć za regał.

Był bez broni. Oba miecze zostały u Szlopa.

— Szukaj go Kru. Szybciej.

Klnąc i obrywając szare płachty, cienkogłosy Kru przeszedł o kilka kroków od Razwijara.

Odkrył drzwi do komnaty przepisywaczy.

— Spójrz, no! Tutaj jest teczka, rzeczy… on nie odszedł!

— Nie odszedł — z głębokim zadowoleniem powiedział urywany głos. — Jest tutaj, tak.

Nigdzie zatem nie ucieknie.

W tym momencie Razwijar się uspokoił. Tych dwóch szukało go, żeby zabić, tak jak bibliotekarza, którego — teraz nie miał już wątpliwości — zabili przed chwilą. Życie Razwijara wisiało na włosku, ale ten włosek trzymał on sam. Wiedział, że to w jego mocy jest przeżyć albo zginąć.

Zważył księgę w rękach, przymierzając, jak będzie uderzał i nagle pojął, że to nie kopia, nad którą trudził się przez dwie doby. W ciemnościach, wyrwany ze snu, chwycił oryginał „Kronik chimajrydów” i bardzo dobrze. Ten wolumin był cięższy.

Świat stał się bardzo wyrazisty, Razwijar widział każdą pajęczynkę, każde wypaczenie na drewnianej podłodze, wiedział gdzie stoi lampka i gdzie przyczaił się zabójca. Nie miał zamiaru czekać, aż go znajdą. Skoczył do przodu i włożył w ten skok całą swoją wolę życia.

Ochrypły człowiek wystawił miecz, gwałtownie jak żmija, mierząc Razwijarowi w brzuch.

Razwijar odbił klingę ciężką księgą, obrócił się wokół własnej osi i pięścią prawie sięgnął szczęki ochrypłego, ale ten uchylił się. Razwijar zobaczył kindżał. Zbyt późno zobaczył.

Wiedział, że nie zdąży odbić uderzenia. Patrzył, jak podnosi się ręka z zaciśniętą w niej rękojeścią, jak ostrze wznosi się do jego gardła. Nie zdążył się uchylić, ponieważ ruch ma swoje prawa. Razwijar dawno nauczył się z lekcji dziesiętnika Brana: możesz patrzeć, jak cię zabijają i nie zapobiec uderzeniu, dlatego, że nie zamachnąłeś się w porę.

Ostrze przesunęło się obok, prawie dotknąwszy gardła. Posiadacz zachrypniętego głosu sapnął, wytrzeszczył oczy i upuścił kindżał, po czym upadł na kolana. Za jego plecami w kałuży krwi klęczał bibliotekarz. Chrypłogłosy szarpnął się raz jeszcze i upadł na twarz. Między jego łopatkami sterczała strzała, niczym pisarskie pióro, zaplamione czerwonym atramentem. Zaraz potem upadł Złoty, wypuszczając z rąk maleńki jak zabawka arbalet.

Cienkogłosy Kru wypadł z korytarza między regałami, z rozpędu zaplątał się w szarą płachtę, zaryczał, rozpruwając pajęczynę klingą. Z góry runął pająk i od razu wzleciał z powrotem do sufitu, ponieważ zdobycz okazała się zbyt ciężka do zaatakowania i zjedzenia. Kru wyrywał się rozrzucając strzępki sieci. Razwijar chwycił klingę, która wypadła z ręki nieboszczyka i po raz pierwszy zabił — nie przy pomocy ogniewuchy a własną ręką.

Złoty leżał na boku, a jego oczy z miodowych stawały się bladożółte, prawie przezroczyste.

* * *

— Co tam się stało? Dlaczego milczysz?

Szlop był wzburzony. Razwijar przyszedł do zajazdu o świcie, wcześniej niż się umówili.