Najpierw nie chcieli go wpuścić, ponieważ noc w Fier to czas bezprawia. Razwijar przybył z dwoma nie swoimi mieczami, z widocznymi śladami krwi i księgą, zawiniętą w cudzy płaszcz.
Wyciągnął Szlopa z ciepłej pościeli i rozkazał natychmiast wyruszać, od razu jak tylko otworzą bramę.
Napotkawszy jego stalowe spojrzenie intendent zaprzestał zadawania pytań. Wyszli z miasta jako pierwsi jeszcze przed tym, jak wrócili strażnicy naczelnika miasta. Razwijar tak często oglądał się za siebie, że Szlop wpadł w panikę i puścił się do przodu niemal biegiem. Dotarli do wejścia tunelu w momencie, kiedy woźnica, nachmurzony i siny z przepicia, szarpał z miejsca senne adhezyle, a w trzykółce siedzieli, zawinięci w koce, tłusty kupiec z Kipieli i jego pulchna żona.
Widząc, jak trzykółka odjeżdża, przez twarz Razwijara przeleciał błysk przerażenia. Rzucił się, żeby przechwycić powóz. Wyskoczył na drogę wiodąca do tunelu, prosto przed nosy zaprzęgniętych adhezyl, te zatrzymały się, przylepiwszy się łapami do kamienia, trzykółka naskoczyła na nie od tyłu i prawie by wywróciła się. Razwijar blady, z czerwonymi oczami i plamami krwi na kurtce, wyciągnął mieszek ze wszystkimi pieniędzmi, które dał mu władca, wszystkimi, których nie zdążył roztrwonić w knajpie młodszy intendent Szlop i rzucił woźnicy.
Awantury nie było. Kupiec i jego żona posłusznie wyleźli z trzykółki. Przedsiębiorczy człowiek często bywał w Fier i uznawał prawo silniejszego, a woźnica także był zadowolony — z opłaty. Razwijar, przyciskając do piersi zawiniątko z księgą, usiadł w trzykółce, woźnica krzyknął, a o intendencie prawie zapomnieli.
Wóz ruszył. Adhezyle nabrały szybkości, wskoczyły na ściany, a te zaprzęgnięte z prawej strony — na sufit.
— Co tam się stało? Dlaczego milczysz, Szuu cię tak potargał?!
— Nie wiem — Razwijar ledwie rozlepił usta. — Nie zrozumiałem.
— Polecenie wypełniłeś? Księgę przepisałeś?
Razwijar przytaknął. Im dalej z tyłu zostawała biblioteka ze zwisającymi płachtami pajęczyny, z trupami w kałużach krwi, tym straszniej mu się robiło na duszy.
Jego kopia mistrzowska, dokładna, kosztująca tak wiele wysiłku, została tam. I Złoty, nie wiedzieć czemu, wygnany z Mirtie, został tam też, na zawsze. Uciekając z biblioteki, Razwijar widział na progu trupy wartowników, nieprzestępne drzwi były wyłamane. Razwijar wciąż nie mógł uwierzyć, że uszedł z życiem.
— Możesz powiedzieć, co tam się stało?
— Zamknij się! — krzyknął Razwijar, aż woźnica drgnął. — Nie mogę! Tobie nic nie powiem i ciesz się z tego!
Trzykółka niosła równo, gruchot kół miotał się w zamkniętej przestrzeni jak spienione piwo w ciasnej butelce. Razwijar, skuliwszy się, podciągnął kolana pod brodę i opuścił głowę na pakunek z księgą.
Wziął płaszcz Złotego. Ani kropla krwi nie padła na gęstą, ciepłą tkaninę płaszcz wisiał na ścianie przy wejściu. Razwijar wierzył, że Złoty by się nie obraził, przecież Razwijar wziął płaszcz nie dla siebie, a dla „Kronik chimajrydów”.
Rytmiczny stukot trzykółki sprawił, że Razwijar przysnął. Śniła mu się bogini Wof z gładką sierścią na bokach, z potężnymi pazurzastymi łapami i ogromną, nagą piersią. Bogini miała twarz Dżal, uśmiechała się i mówiła w obcym języku. Razwijar nie mógł jej zrozumieć, ale dobrze wiedział, że można zapisać te słowa na czystej kartce, przeczytać sto razy i zrozumieć ich sens. A bogini Wof tymczasem odwracała się i odchodziła, dumnie unosząc zwinny ogon. Odeszła, a w następnej chwili Razwijar zobaczył ogon chimajryda, wiszący na drągu, oblazły i zesztywniały i krzyknął.
— Zdurniałeś?! Czego wyjesz?
Jak wcześniej trzykółka niosła się równo. Jak przedtem gruchotały koła. Razwijar siedział, wczepiając się w księgę.
— Razwijar — Szlop po raz pierwszy zwrócił się do młodego strażnika po imieniu. — Chłopcze… co się z tobą dzieje?
W Kipieli zatrzymali się na pół godziny, tylko by zjeść. Razwijar, jak przedtem, nie czuł głodu, ale z osłabienia uginały się pod nim nogi. Pieniędzy już nie mieli, ale w jednym z zajazdów nakarmili ich na kredyt, były to bowiem ziemie władcy.
Szlop nie miał zbytniej ochoty ruszać w dalszą drogę. Intendent chciał posiedzieć na brzegu i pomoczyć nogi w ciepłej wodzie, podrzemać w hamaku, zapomnieć o niepokojach dzisiejszego ranka, ale Razwijar nie dał mu ani minuty odpoczynku.
Wyszli. Księga znajdowała się na plecach Razwijara, w sporządzonym z płaszcza worku na plecy. Szedł, dzierżąc w ręce obnażony miecz, wprawiając w zdumienie i przerażenie obywateli oraz wywołując entuzjazm miejscowych dzieciaków. Na stromych odcinkach drogi Razwijar opierał się na mieczu jak na lasce.
Osada została z tyłu i szybko znikła z pola widzenia, otulona parą z ciepłego jeziora. Droga wznosiła się coraz wyżej. Razwijar szedł szybko. Szlop ledwie za nim nadążał. Wbijając się w drogę, miecz zgrzytał o piasek i kamienie, Razwijar wyciągał go i szedł dalej, nie otrząsając ostrza z przylepionych do niego kawałków gliny.
Szum wody stał się głośniejszy. Zbliżał się most nad potokiem, połowa drogi do przełęczy.
Słońce stało wysoko, cienie skurczyły się, wcisnęły pod kamienie. Razwijar wbił miecz w ziemię i otarł pot z czoła.
— Szuu… — mamrotał Szlop. — Po co ja z tobą… a, niech to wszystko… Daj odpocząć, przecież jestem stary! Zdechnę tu, na drodze! Wyzionę ducha!
Razwijar rozejrzał się. Wysoko na niebie krążyły czerkuny. Na tle zielonkawego nieba już widniała przełęcz.
— Szlop — powiedział Razwijar. — Idź z powrotem.
— Słucham? — Młodszy intendent zakrztusił się.
— Tak— Razwijar kiwnął głową. — Przenocuj. Wyparz nogi. Powiem na przełęczy, żeby kogoś po ciebie przysłali.
Szlop, mrużąc oczy popatrzył w górę, na przełęcz, dokąd wiodła kamienista, zalana słońcem, wijąca się droga. I za siebie, gdzie prowadziła droga, względnie równa, wiodąca w dół.
— Powiem władcy, że opadłeś z sił — powiedział Razwijar. — On zrozumie. Zadanie wykonane.
— Zadanie wykonane — powtórzył Szlop, a spomiędzy żałosnych nutek w jego głosie przebiła się charakterystyczna dla niego kłótliwość. — Zadanie wykonane… Cóż, ty sam?
Razwijar uśmiechnął się spierzchniętymi wargami:
— Sam. Jak zwykle.
— No idź — powiedział Szlop, całkiem już kłótliwie.
— Patrzcie go… Najważniejsze, że zadanie wykonane, a jak ty byś dał sobie radę beze mnie!
I poszedł w dół, coraz szybciej, a jego przygarbione plecy wyprostowały się, a odszedłszy paręset kroków nawet zaczął mruczeć pod nosem piosenkę — zapewne czując już przedsmak cieplej kąpieli i chmielnego piwa w dużym kuflu na tarasie…
Razwijar westchnął, wydarł miecz z ziemi i ruszył w górę. Im wyżej wznosiła się droga, tym lżej mu się robiło; wokół była odkryta przestrzeń, rozległe niebo, żadnych sufitów, żadnych ścian. Kamienne bryły wznoszące się to z prawej, to z lewej strony drogi, przypominały głowy o zamyślonych, surowych obliczach, w ich oczach rósł kolczasty krzew. Za zakrętem ukazał się most. Razwijar rozejrzał się — nikogo. Wstąpił na most, a jego cień wstąpił na cień mostu i nadleciał cień strzały, który wbił się cieniowi człowieka w plecy.
Siła uderzenia rzuciła go na poręcze z powrozów. Utrzymał się na nich i pojął, że księga jest przebita, że ostrze drapie skórę, a krew leje się po plecach. Upadł na trzęsący się most, a obok jego głowy wbiła się nowa strzała. Wtedy przetoczył się pod poręczami i poleciał w dół.