Uderzył w wodę jak wtedy, kiedy wypadł ze „Skrzydlaka”. Zobaczył dno i cienie srebrzystych rybek i własny cień, rozkładający się na kolorowych kamieniach. Po jego policzkach toczyły się bąbelki powietrza, łaskotały skórę. Razwijar chwycił się kamienia na dnie i zamarł, a z góry leciały strzały, opadały na dno, zostawiając biały, pienisty ślad. I przemknął cień dwunożnego jeźdźca, jadącego wierzchem na czworonożnym chimajrydzie. Potoczyły się grudki gliny, zakołysał się most…
Płynąc pod prąd, Razwijar znalazł schronienie pod wielkim kamieniem i kilka godzin przesiedział w śliskiej szczelinie, ściskając miecz, oczekując nowego ataku. Tak zastał go patrol pod dowództwem Krzywulca, który zszedł z przełęczy.
— To oryginał — powiedział władca. Razwijar po raz pierwszy zobaczył, jak ten traci panowanie nad sobą: oblizuje wargi przecięte szramą, przesuwa dłońmi po długich, przerzedzonych, czarnych włosach, stara się wyrównać nierówny oddech.
— To oryginał… Co ty narobiłeś?!
Księga leżała przed władcą na rzeźbionym stole. Przebita strzałą, przemoczona tak, że rozmazał się atrament. Tylko w samym środku, gdzie stronice były mocno ściśnięte, zostało kilka nietkniętych fragmentów.
— Szuu — władca usiadł, jakby nogi nie chciały go utrzymać. — Szuu…
— Jest kopia — powiedział Razwijar.
— W bibliotece Paznokcia?!
— Tutaj — Razwijar dotknął skroni. — Niech mi dadzą czystą oprawę, to ją odtworzę.
Kilka chwil władca patrzył na niego z przerażeniem. Potem wziął szklanicę z wodą, stojącą na maleńkim stoliku pod oknem. Wypił, zakaszlał.
— Szuu — wydyszał znowu. — Nigdy w życiu… — przerwał sam sobie, zaciskając oszpecone szramą wargi. — Mapa przepadła, jego mapa…
— Odtworzę ją — powtórzył Razwijar.
— Gdzie twój list uwierzytelniający? — ostro zapytał władca.
— On — Razwijar westchnął, wspomniawszy Złotego. — Bibliotekarz… wziął go, kiedy mnie wpuszczał i położył wśród papierów…
— I tam został?
— Nie. Wziąłem go, zanim uciekłem. Natknąłem się na ulicy na… martwe ciało, u nich tam nocą… rzeźnia. Wsunąłem list za pazuchę temu… człowiekowi. Był dobrze ubrany i nawet, zdaje się nikt go jeszcze nie okradł…
— Szuu — czwarty raz powtórzył władca. — Ty… jesteś zdolny, maleńki Heksie. Strach mnie ogarnia na myśl, do czego jesteś zdolny… Dzisiaj bardzo chciałem cię zabić.
— Zauważyłem — powiedział Razwijar.
Władca roześmiał się:
— Też jestem zdolny… Możliwe, że nie tak jak ty, ale jestem bardziej doświadczony. Kim byli zabójcy w bibliotece?
— Nie wiem.
— Ale się domyślasz?
— Nie. Nie domyślam się.
Władca roześmiał się tak, że w oczach stanęły mu łzy:
— Jesteś zdolny na tyle, że udajesz durnia… Czego chcesz, mów? Kobiety? Pieniędzy?
— Spać — powiedział Razwijar. — Jestem straszliwie zmęczony.
„Mówiono, że w swoim zapiekłym gniewie gotów był wytrzebić wszystkie plemiona Nagórenów. Mówiono także, że stworzył i przeklął jakąś rzecz i jeśli uwolnić przekleństwo — wszyscy Nagóreni umrą. Ale czy to prawda i czy starczy siły jednego maga, żeby unicestwić ogromne plemię, i czy starczy nienawiści — tego nie wiem i nie mogę wiedzieć do końca.
Imieniem Poranka Bez Skazy straszą w klanach dzieci — nawet teraz, po jego śmierci”.
Razwijar siedział na półokrągłym balkonie, słuchał huku wody w wąwozie i niespiesznie przelewał litery z pamięci — na papier.
Pamiętał wszystko. Pogniecione stronice. Zapach palącej się świeczki. Szmer pajęczyny w kącie. Zatrzymywał się, żeby odpocząć, patrzył na góry, na spływające nitki wodospadów i znowu zabierał się za robotę.
Władca przychodził i odchodził. Niekiedy siedział obok, czytając nową kopię przez ramię Razwijara. Czasami spacerował po balkonie, o czymś dumając, pocierając nasadę nosa.
Razwijar pracował cztery dni, od świtu do zmroku, a nocami spał. Intendent Szlop osobiście przynosił mu ragout z czerkunów z grzybami, zsiadłe mleko przyślepek jaskiniowych, najprawdziwsze kołacze z ziarnistej mąki i otrębów.
Pod wieczór czwartego dnia Razwijar ukończył mapę. Władca długo się jej przyglądał, potem kartkował stronice, jego wargi poruszały się przy tym.
— Co jest w tej księdze? — zapytał Razwijar.
— Śmierć — władca popatrzył na góry. — Śmierć tym, którzy się nie ukorzą. Jak zawsze.
— Poranek Bez Skazy — wypowiedział Razwijar — także niósł śmierć tym, którzy się nie ukorzyli. Ale sam umarł.
— Nieśmiertelnych nie ma — krótko stwierdził władca. — Te stworzenia nie potrafiły uznać władzy czworonożnego. Nawet maga. Mają to we krwi; półczłowiek — oznacza niewolny.
— Był twoim przyjacielem panie?
— Poranek? Był — władca uśmiechnął się, rozmawiając już nie z Razwijarem, a z wyobrażonym, przywołanym z rezerwuaru wspomnień rozmówcą. — On był… wybacz.
Razwijar zadał pytanie, które od dawna go nurtowało:
— Kto napisał „Kroniki”? Znałeś autora panie?
— Nie — w zamyśleniu powiedział władca. — Widzieliśmy się jeden raz, przelotnie. Zwali go Waran.
Od tego dnia w zamku rozpoczęły się przygotowania do wojny. Dniami i nocami pracowała kuźnia w dolnej kondygnacji, dziesiętnik Bran zmuszał wolnych od wachty strażników do ćwiczeń z mieczami. Mówiono o karnej wyprawie przeciwko chimajrydom. Razwijar stanął w szeregu razem ze wszystkimi. Powitali go jak bohatera — zapewne dzięki Szlopowi, który, nie wdając się w szczegóły potrafił rzucać znaczące spojrzenia pytającym o ostatnią misję Razwijara.
Przybierał taki wyraz twarzy za każdym razem, kiedy temat schodził na małego Heksa, że bardzo szybko cały zamek utwierdził się w słusznym przekonaniu, że młody strażnik zaskarbił sobie jeszcze większą życzliwość władcy podczas ostatniej misji.
Razwijar źle spał w tych dniach. Śniło mu się, że przepisuje niekończąca się księgę o magach, potworach i kobietach zdolnych stać się brzemiennymi za sprawą górskiego wodospadu.
Kilka razy spotkał Dżal. Ona, jakby specjalnie czekała na te przelotne widzenia — to zamiatała podłogę w koszarach, to niosła bieliznę w koszu akurat tą galerią, gdzie dyżurował Razwijar. Za każdym razem skinął jej głową. A ona uśmiechała się nieśmiało.
W dniu wyprawy, o świcie, władca sam zszedł do pomieszczenia z wielkim piecem i wyszedł na drogę przed zamkiem w towarzystwie dziesiątki ogniewuch. Strażnicy, oczekujący go, cofnęli się; ogniewuchy usiadły jedna obok drugiej, równo jak pod sznurek i złożyły na plecach czarne skrzydła.
— Idziemy przywołać do porządku i przypomnieć o posłuszeństwie — krótko powiedział władca. — Nie przelewajcie niepotrzebnie krwi. Larwy wszystko zrobią same.
Wydał rozkaz ogniewuchom, te ustawiły się w rządek i ruszyły po drodze w górę, ku przełęczy. W porannym słońcu były podobne do kroczących żagwi, do tlącego się naszyjnika z czerwono–czarnych, chropowatych grudek.
— Naprzód — powiedział władca. — Zwykłym szykiem.
Dziesiętnik Bran poprowadził strażników po drodze, po której dopiero co przeszły ogniewuchy, czarnej od popiołu i sadzy. Razwijar kroczył w szeregu z innymi. Władca wyciągnął rękę, zagradzając mu drogę.