Razwijar zatrzymał się zdziwiony.
— Ty zostajesz — powiedział władca.
— Ja?!
Władca popatrzył mu w oczy długim, nieruchomym, ciężkim spojrzeniem. Po czym powiedział rozdzielając każde słowo:
— Jesteś. Nazbyt. Cenny. Dla mnie. Nie mam zamiaru wystawiać cię na przypadkowe strzały.
I odszedł razem z wojskiem, doskonale wiedząc, że Razwijar nie ośmieli się złamać rozkazu.
A ten stał na drodze wstrząśnięty, upokorzony i patrzył w ślad za nimi, dopóki ostatni strażnik nie zniknął za przełęczą.
Trzy dni i trzy noce ogniewuchy były posłuszne władcy. O świcie czwartego dnia, rozkazał im rzucić się do górskiej rzeki, a one ostatni raz spełniły jego rozkaz.
Do tego czasu ziemie dwóch wielkich klanów, przylegające do zamku, opustoszały. Jednym z nich był klan Rosy, drugim — Zielonego Rogu. Wchodząc do skazanych osad, władca wymawiał na głos:
— Witam, pozdrowienia od Poranka. Poranka Bez Skazy. I słyszeli to chimajrydzi i napawało ich to łękiem. Strażnicy wrócili na zamek wieczorem czwartego dnia wyprawy. Wielu było przygnębionych. Inni upojeni zwycięstwem chełpliwie krzyczeli, że przeklęte stworzenia, z tych, które ocalały, nigdy nie ośmielą się popatrzeć na zamek nawet z daleka. Dziesiętnik Bran opowiadał Razwijarowi, jak ustanowili nową granicę, wetknąwszy w ziemię piki, na każdą nasadzając głowę chimajryda. Napiwszy się piwa i ostatecznie popadając w przygnębienie, Bran przyznał:
— To nie była bitwa, mały. To była masakra! Przebiliśmy się do ich świętego miejsca, Jeziora Urodzaju i tam władca zrobił coś takiego… rzucił do wody… z tego powodu te stworzenia strasznie się załamały, zupełnie straciły ducha walki. Do tego jeszcze ogniewuchy… Rad jestem, że ciebie tam nie było, mały.
Rozdział piąty
Nasłała jesień. Drapieżne ptaki rozdziobały głowy na pikach, zostawiając czaszki podobne do ludzkich.
Zima przeszła w wiosnę. Odsłoniły się przełęcze, ale żaden patrol nie widział ani jednego chimajryda w pobliżu nowej granicy. Razwijar nie lubił chodzić na patrole i za każdym razem starał się wykręcić, a nie było to szczególnie trudne, bowiem roboty było wystarczająco i wewnątrz zamku.
Z Fier przychodziły coraz to nowe karawany, a w nich opał, stalowe półprodukty, drewno.
Przybywali niewolnicy i wolnonajemni, ci ostatni osiedlali się nie w zamku, a w nowej osadzie pod jego murami. Zamek rozrastał się, setki łomów wgryzało się w skałę, setki rąk wyciągało na powierzchnię kosze ze skalnym urobkiem. Ogniewucha znowu się niosła, a niewolnicy snuli się w górę i w dół po ścieżce. Między gniazdem a zamkiem wybudowano wieżę strażniczą, na której siedziało dwóch łuczników, gotowych zastrzelić każdego, kto wpadnie na pomysł, by rozbić jajo.
Razwijar siedział nad rysunkami. Były to stare szkice, na podstawie których wybudowano zamek oraz nowe, uzupełnione i poprawione ręką władcy. Budowa musiała toczyć się ściśle według tych rysunków. Razwijar kopiował plany i nadzorował prace, sam chodził po tunelach, zginając się w pałąk i przed nikim — nawet przed samym sobą — nie przyznawał się, że odczuwa paniczny strach przed zamkniętą przestrzenią.
Przyznał się pewnego dnia władcy, gdy ten poprowadził go długim, niedokończonym korytarzem. Ten nie zaczął się śmiać i od razu wyprowadził Razwijara na zewnątrz pod otwarte niebo, a potem, po chwili milczenia, powiedział:
— To Poranek. Powinieneś jeszcze raz go odwiedzić, wtedy to ustąpi.
— Wolałbym nie — powiedział Razwijar.
— On zabrał część twojej odwagi. Jakby w zastaw. Zejdę do niego razem z tobą, kiedy będziesz gotowy. Sam powiesz.
Każdego dnia Razwijar trenował strzelanie i fechtunek. Nigdy nie chodził do „ptasznika”, władca bowiem pozwolił mu wybrać sobie kobietę spośród nowych młodych niewolnic i Razwijar wybrał młodziutką, jasnowłosą, niczego nie pamiętającą z dotychczasowego życia dziewczynę — na rynku napoili ją „słodkim mleczkiem”. Nazywał ją Skrzydlaczkiem, a ona przychodziła do niego do komnaty na każde zawołanie, w nocy i za dnia.
Dżal przepadła z „ptasznika”. Razwijar nigdy nie pytał, gdzie się podziała, ale dowiedział się przypadkowo, że nie wypiła na czas wywaru z wstrzymującej trawy, zaszła w ciążę i odprawiono ją do osady górali donosić dziecko.
— Paznokieć został zabity — powiedział władca.
Był późny wieczór. Władca obserwował przez lunetę dalekie gwiazdy. Razwijar siedział w fotelu, czując jak rwą go plecy i ręce. Dwie godziny bez odpoczynku bił się to z jednym strażnikiem, to z drugim. Dziesiętnik Bran wystawiał przeciwko niemu świeżych wojaków, ale ani jedna tępa klinga nie musnęła żelaznej koszuli, którą Razwijar nakładał dla obciążenia do walki szkoleniowej.
— Ludzie Imperatora? — zapytał Razwijar, otrząsnąwszy się z szoku, który wywołała u niego ta wiadomość.
— Tak. Imperium coraz silniej naciska na Fier, pozbycie się Paznokcia to poważne zwycięstwo. To tylko kwestia czasu, Razwijar, kwestia czasu, kiedy Fier stanie się imperatorskim miastem, kiedy woda wokół portu poczerwienieje od krwi tych wszystkich nocnych baronów…
Naczelnik miasta gotów jest złożyć przysięgę Imperatorowi choćby jutro. Ale rozumiesz, że działania naczelnika miasta tak naprawdę o niczym nie rozstrzygają.
— Rozumiem — powiedział Razwijar — że to chimajrydzi byli żywą ścianą między…
Władca przytaknął:
— Tak. Między mną a Imperium. Między nami a Imperatorem. Ale Imperator nie zgłosi swoich praw do zamku, dopóki nic podporządkuje sobie portu Fier.
To kwestia czasu — przypomniał Razwijar.
— Czas pracuje dla nas. W tych klanach, które ocalały, nie rodzi się więcej dzieci, Razwijar.
Te stworzenia przyjdą, chcąc zrzucić przekleństwo. Zobaczysz, przypełzną na kolanach.
— Ale przecież nie jesteś magiem, panie — powiedział Razwijar nieufnie.
— Niestety nie. Albo na szczęście. Pytałeś, co jest w tej księdze?
— Władza nad łonami chimajrydzkich kobiet?
Władca roześmiał się:
— Lubię z tobą rozmawiać… Zaklęcie stworzone przez Poranek. Nie mogłem go dokończyć, nie znając niektórych szczegółów. A teraz przekleństwo jest dokończone.
— A jesteś w stanie je zdjąć, panie?
Władca milczał.
— Nie wiem. Przecież nie jestem magiem, jak słusznie zauważyłeś. Wszystko zrobił Poranek, jeszcze wtedy. On wypuścił strzałę i ona leci do dziś, a my tylko podstawiamy pod nią potrzebne nam tarcze…
— Mogę o coś zapytać?
— Tak.
— Czy to ty go zabiłeś?
Władca odkaszlnął. Zerknął na Razwijara i pokręcił głową:
— Poranka zastrzelił jego własny ojciec. To szczera prawda. Nie mógłbym go zabić, tak i…
Zamilkł, zmarszczył czoło, jakby przysłuchując się czemuś wewnątrz siebie. Razwijar siedział, spoglądając na rozgwieżdżone niebo. W dali słychać było przytłumiony szum potoku.
— Chimajrydzi jak przedtem będą murem między nami a Imperatorem. O, tak, oni staną murem, Imperator nie może ani ich kupić, ani przestraszyć, ponieważ to ja mam władzę nad łonami chimajrydzkich kobiet. Oto jakie dziedzictwo zostawił mi Poranek Bez Skazy.
Ogniki gwiazd podrygiwały, niebo zdawało się przewróconą taflą wody.