— Władco, czy nigdy nie słyszałeś o plemieniu, które zwie siebie „Pagóraki”?
— Nie. — ciemna postać wyodrębniła się od konturów balustrady balkonu, władca opadł na fotel naprzeciwko rozmówcy, wziął puchar z pienistym, ciemnym napojem. — Podobne to do samozwańczej nazwy pewnego nielicznego ludu, żyjącego w głuszy, z daleka od Imperium…
— W lasach.
— Skąd wiesz?
— Pamiętam — Razwijar uśmiechnął się. — To moja rodzina. Ojciec był z Pagóraków, a matka…
— Heksem.
— Tak. Przywieziono ją do osady, kiedy była małą dziewczynką. Wierzchem na dwunogiej jaszczurce.
— Dziecko Heksów? Wierzchem? Samo? Niczego nie przekręcasz, nie mylisz faktów?
— Nie.
— Dziwne — władca zamilkł na chwilę. — A kto sprzedał cię w niewolę?
— Nie pamiętam. Pamiętam ogień, gdy osada spłonęła.
— Chcesz odszukać zgliszcza? — Władca obnażył zęby w uśmiechu.
— Nie wiem, czego szukać. On mi powiedział, żebym nie starał się odnaleźć Heksów.
— On?
— Bibliotekarz. Ten, którego zabili.
— Złoci potrafią nienawidzić, jak ani ty, ani ja nie umiem — władca zakołysał w połowie pustym pucharem — Heksi to dla nich nie ludzie i nawet nie zwierzęta.
— On mnie uratował. Przed pewną śmiercią.
— Mroczna historia… Wiesz, że bibliotekę spalono?
— Co?!
Kilka minut Razwijar siedział nieruchomo. Łzy spływały po jego policzkach, po wargach, kapały z podbródka.
— Dzieło rąk Nowa, rywala Paznokcia. Władzę nad Fier przejmie ten, kto wyrżnie w pień nocnych baronów… To doskonale rozumie Imperator.
Razwijar ukrył twarz w dłoniach.
— Rynek niewolników przeszedł teraz w ręce Nowa — spokojnym głosem kontynuował władca. — Zobaczymy, jak długo przetrwa… Nie chciałem ci mówić. Ale i tak byś się dowiedział.
Martwy chimajryd spoczywał na kwadratowym kamieniu. Tak jak ostatnim razem, władca postawił lampkę u jego wezgłowia. Poranek Bez Skazy, mag, który przeklął współplemieńców, jak poprzednio leżał na boku, podciągnąwszy pazurzaste łapy i składając ręce na piersi. Razwijar przypomniał sobie: „W wielu niepokornych klanach ludzie przestali nazywać poranek porankiem, żeby nie wspominać imienia strasznego czarodzieja–niewolnego”. Drgnął płomień lampy.
— Coś się zmieniło — głośno powiedział Razwijar.
Jego strach przed zamkniętą przestrzenią, nie to, żeby przepadł, ale wyblakł jak tkanina na słońcu. Martwy chimajryd w na wpół zetlałym mundurze, jego zamknięte oczy, podania o bogach, którzy zrodzili klany, bogini Wof, która wstąpiła w związek z górskim wodospadem, głowy na pikach, Jezioro Urodzaju; wszystko to było o wiele większe od Razwijara i jego strachu. Razem z krwawą historią, którą uosabiał leżący na kamieniu, wstyd było wspominać o własnej maleńkiej bojaźni.
W podziemiu naprawdę coś się zmieniło. Nieboszczyk zmizerniał, a jego skóra zmarszczyła się, pociemniała. W nieruchomym wcześniej powietrzu, teraz dawały się odczuć podmuchy — przygodne, niestałe. Na kamieniu pojawiła się wilgoć.
Władca obejrzał się, podnosząc lampkę. Na gładkiej posadzce leżały oderwane z sufitu kamienne odłamki, których wcześniej nie było.
— Co to? — zapytał Razwijar.
— Nie wiem — władca wciągnął nosem powietrze.
— Może to nowe zabudowania… a może góra osiada?!
— Nie — powiedział władca, a od dźwięku jego głosu Razwijarowi mrówki przebiegły po plecach.
Postawił lampkę u wezgłowia nieboszczyka i wyjął coś z kieszeni. Razwijar zobaczył pierścień z wielkim turkusowym kamieniem — pierścień, który wcześniej był na palcu chimajryda.
— Nie potrzebuję tego, co twoje, Poranku Bez Skazy — z tymi słowami władca zwrócił pierścień na martwy palec. — Zrobiłem to, co ty miałeś zamiar zrobić. Możesz być zadowolony.
Płomień w lampce ożywił się i zamarł nieruchomy.
— Już poranek — powiedziała.
Razwijar podskoczył na łóżku.
— Co?!
Skrzydlaczek, dziewczyna bez pamięci stała przy oknie.
— Poranek, świt. Czego się przestraszyłeś?
— Niczego — przetarł oczy. — Odejdź.
Odeszła, jak zawsze, bez jednego słowa. Razwijar wyszedł na długi balkon, porośnięty zielenią i umył się wodą lecącą prosto z wodospadu.
„I umrzesz, kiedy zobaczysz siebie, zamkniętego w skorupie swoich ograniczeń, bezwolnego, tracącego życie”. Czuł się zamknięty, nawet stojąc na szczycie góry, pod otwartym niebem.
Skurczoną poczwarką w jaju ogniewuchy.
— Miedziany Królu — odezwał się Razwijar. — Miedziany Królu… co by takiego ci zaproponować w zamian za to, czego pragnę?
W zamyśleniu przebierał swoje rzeczy, najdroższe, i nie znajdował niczego, co byłoby choć trochę godne ofiary. Nawet księga „Kroniki chimajrydów” przebita strzałą i podtopiona w strumieniu, była już przeczytana. Gdyby Razwijar domyślił się, żeby oddać ją do biblioteki Miedzianego Króla, ledwie otworzył pierwszą stronicę. O tak, wtedy byłaby to godna ofiara.
Razwijar podstawił głowę pod lodowate strugi, spływające z wysokich lodowców. Jednak przeżyje całe życie i nigdy więcej nie otrzyma tego, „co jest mu potrzebne”; a przecież jemu najbardziej potrzebne jest to nieznane, co może dać tylko Miedziany Król…
Słońce świeciło poprzez padającą wodę. Razwijar popatrzył na góry. Nagle zobaczył poruszenie na odległych drogach.
— Zaczęło się — powiedział władca. — Idą. Chcesz popatrzeć?
I ustąpił miejsca przy lunecie. Razwijar przycisnął twarz do jeszcze ciepłego okularu i zobaczył znak na nowej granicy — pikę z białą czaszką na ostrzu. Już dawno żaden chimajryd nie zdecydował się zbliżyć do tej tyczki.
Odrobinę odwrócił tubus. Mignęła droga i znikła, Razwijar zobaczył rozmyte niebo i cień skały i tak samo rozmyte, miarowo poruszające się postacie. Zagryzł wargi. Wolno i starannie przekręcił okular.
Ścisłym szeregiem szli półludzie czarnej maści i inni, w szare i żółte pasy. Twarze czworonogów były zakryte hełmami. Na ich grzbietach siedzieli jeźdźcy, także w hełmach, w napierśnikach, z łukami na ramionach. Toczyli się jak potok i na oczach Razwijara mijali przygraniczną wiechę, nawet na nią nie patrząc.
— Nie wyglądają na takich, co przychodzą po łaskę na kolanach — powiedział Razwijar.
— Tym gorzej — władca był ponury. — Są głupsi niż myślałem. Wiesz przecież, że nie chciałem ich zabijać, a teraz będę musiał.
Razwijar jeszcze podkręcił okular. Jeźdźcy zeszli z kamiennej drogi na gruntową i ich strumień otoczył żółty pył.
— Unicestwię kwiat ich wojska — powiedział władca gorzko. — I kto wtedy będzie służył jako mur między moimi włościami a Imperatorem?
— Jest ich bardzo dużo władco — powiedział Razwijar.
— Tym gorzej. Nie chciałem takich ofiar.
— Będą dzisiaj pod zamkiem. Za kilka godzin.
Władca wyszczerzył pożółkłe zęby:
— Chciałbym, żebyś podzielił się ze mną tym ciężarem. Półsetkę larw ja wezmę na siebie, a ty… ile możesz.
Wojsko chimajrydów rozsypało się po stoku wąwozu. Półludzie zasłaniali tarczami siebie i jeźdźców. Mieniły się heraldyczne czerwienie, czernie, biele na tarczach z symbolami klanów.