Выбрать главу

— Władco, czy nigdy nie słyszałeś o plemieniu, które zwie siebie „Pagóraki”?

— Nie. — ciemna postać wyodrębniła się od konturów balustrady balkonu, władca opadł na fotel naprzeciwko rozmówcy, wziął puchar z pienistym, ciemnym napojem. — Podobne to do samozwańczej nazwy pewnego nielicznego ludu, żyjącego w głuszy, z daleka od Imperium…

— W lasach.

— Skąd wiesz?

— Pamiętam — Razwijar uśmiechnął się. — To moja rodzina. Ojciec był z Pagóraków, a matka…

— Heksem.

— Tak. Przywieziono ją do osady, kiedy była małą dziewczynką. Wierzchem na dwunogiej jaszczurce.

— Dziecko Heksów? Wierzchem? Samo? Niczego nie przekręcasz, nie mylisz faktów?

— Nie.

— Dziwne — władca zamilkł na chwilę. — A kto sprzedał cię w niewolę?

— Nie pamiętam. Pamiętam ogień, gdy osada spłonęła.

— Chcesz odszukać zgliszcza? — Władca obnażył zęby w uśmiechu.

— Nie wiem, czego szukać. On mi powiedział, żebym nie starał się odnaleźć Heksów.

— On?

— Bibliotekarz. Ten, którego zabili.

— Złoci potrafią nienawidzić, jak ani ty, ani ja nie umiem — władca zakołysał w połowie pustym pucharem — Heksi to dla nich nie ludzie i nawet nie zwierzęta.

— On mnie uratował. Przed pewną śmiercią.

— Mroczna historia… Wiesz, że bibliotekę spalono?

— Co?!

Kilka minut Razwijar siedział nieruchomo. Łzy spływały po jego policzkach, po wargach, kapały z podbródka.

— Dzieło rąk Nowa, rywala Paznokcia. Władzę nad Fier przejmie ten, kto wyrżnie w pień nocnych baronów… To doskonale rozumie Imperator.

Razwijar ukrył twarz w dłoniach.

— Rynek niewolników przeszedł teraz w ręce Nowa — spokojnym głosem kontynuował władca. — Zobaczymy, jak długo przetrwa… Nie chciałem ci mówić. Ale i tak byś się dowiedział.

* * *

Martwy chimajryd spoczywał na kwadratowym kamieniu. Tak jak ostatnim razem, władca postawił lampkę u jego wezgłowia. Poranek Bez Skazy, mag, który przeklął współplemieńców, jak poprzednio leżał na boku, podciągnąwszy pazurzaste łapy i składając ręce na piersi. Razwijar przypomniał sobie: „W wielu niepokornych klanach ludzie przestali nazywać poranek porankiem, żeby nie wspominać imienia strasznego czarodzieja–niewolnego”. Drgnął płomień lampy.

— Coś się zmieniło — głośno powiedział Razwijar.

Jego strach przed zamkniętą przestrzenią, nie to, żeby przepadł, ale wyblakł jak tkanina na słońcu. Martwy chimajryd w na wpół zetlałym mundurze, jego zamknięte oczy, podania o bogach, którzy zrodzili klany, bogini Wof, która wstąpiła w związek z górskim wodospadem, głowy na pikach, Jezioro Urodzaju; wszystko to było o wiele większe od Razwijara i jego strachu. Razem z krwawą historią, którą uosabiał leżący na kamieniu, wstyd było wspominać o własnej maleńkiej bojaźni.

W podziemiu naprawdę coś się zmieniło. Nieboszczyk zmizerniał, a jego skóra zmarszczyła się, pociemniała. W nieruchomym wcześniej powietrzu, teraz dawały się odczuć podmuchy — przygodne, niestałe. Na kamieniu pojawiła się wilgoć.

Władca obejrzał się, podnosząc lampkę. Na gładkiej posadzce leżały oderwane z sufitu kamienne odłamki, których wcześniej nie było.

— Co to? — zapytał Razwijar.

— Nie wiem — władca wciągnął nosem powietrze.

— Może to nowe zabudowania… a może góra osiada?!

— Nie — powiedział władca, a od dźwięku jego głosu Razwijarowi mrówki przebiegły po plecach.

Postawił lampkę u wezgłowia nieboszczyka i wyjął coś z kieszeni. Razwijar zobaczył pierścień z wielkim turkusowym kamieniem — pierścień, który wcześniej był na palcu chimajryda.

— Nie potrzebuję tego, co twoje, Poranku Bez Skazy — z tymi słowami władca zwrócił pierścień na martwy palec. — Zrobiłem to, co ty miałeś zamiar zrobić. Możesz być zadowolony.

Płomień w lampce ożywił się i zamarł nieruchomy.

* * *

— Już poranek — powiedziała.

Razwijar podskoczył na łóżku.

— Co?!

Skrzydlaczek, dziewczyna bez pamięci stała przy oknie.

— Poranek, świt. Czego się przestraszyłeś?

— Niczego — przetarł oczy. — Odejdź.

Odeszła, jak zawsze, bez jednego słowa. Razwijar wyszedł na długi balkon, porośnięty zielenią i umył się wodą lecącą prosto z wodospadu.

„I umrzesz, kiedy zobaczysz siebie, zamkniętego w skorupie swoich ograniczeń, bezwolnego, tracącego życie”. Czuł się zamknięty, nawet stojąc na szczycie góry, pod otwartym niebem.

Skurczoną poczwarką w jaju ogniewuchy.

— Miedziany Królu — odezwał się Razwijar. — Miedziany Królu… co by takiego ci zaproponować w zamian za to, czego pragnę?

W zamyśleniu przebierał swoje rzeczy, najdroższe, i nie znajdował niczego, co byłoby choć trochę godne ofiary. Nawet księga „Kroniki chimajrydów” przebita strzałą i podtopiona w strumieniu, była już przeczytana. Gdyby Razwijar domyślił się, żeby oddać ją do biblioteki Miedzianego Króla, ledwie otworzył pierwszą stronicę. O tak, wtedy byłaby to godna ofiara.

Razwijar podstawił głowę pod lodowate strugi, spływające z wysokich lodowców. Jednak przeżyje całe życie i nigdy więcej nie otrzyma tego, „co jest mu potrzebne”; a przecież jemu najbardziej potrzebne jest to nieznane, co może dać tylko Miedziany Król…

Słońce świeciło poprzez padającą wodę. Razwijar popatrzył na góry. Nagle zobaczył poruszenie na odległych drogach.

* * *

— Zaczęło się — powiedział władca. — Idą. Chcesz popatrzeć?

I ustąpił miejsca przy lunecie. Razwijar przycisnął twarz do jeszcze ciepłego okularu i zobaczył znak na nowej granicy — pikę z białą czaszką na ostrzu. Już dawno żaden chimajryd nie zdecydował się zbliżyć do tej tyczki.

Odrobinę odwrócił tubus. Mignęła droga i znikła, Razwijar zobaczył rozmyte niebo i cień skały i tak samo rozmyte, miarowo poruszające się postacie. Zagryzł wargi. Wolno i starannie przekręcił okular.

Ścisłym szeregiem szli półludzie czarnej maści i inni, w szare i żółte pasy. Twarze czworonogów były zakryte hełmami. Na ich grzbietach siedzieli jeźdźcy, także w hełmach, w napierśnikach, z łukami na ramionach. Toczyli się jak potok i na oczach Razwijara mijali przygraniczną wiechę, nawet na nią nie patrząc.

— Nie wyglądają na takich, co przychodzą po łaskę na kolanach — powiedział Razwijar.

— Tym gorzej — władca był ponury. — Są głupsi niż myślałem. Wiesz przecież, że nie chciałem ich zabijać, a teraz będę musiał.

Razwijar jeszcze podkręcił okular. Jeźdźcy zeszli z kamiennej drogi na gruntową i ich strumień otoczył żółty pył.

— Unicestwię kwiat ich wojska — powiedział władca gorzko. — I kto wtedy będzie służył jako mur między moimi włościami a Imperatorem?

— Jest ich bardzo dużo władco — powiedział Razwijar.

— Tym gorzej. Nie chciałem takich ofiar.

— Będą dzisiaj pod zamkiem. Za kilka godzin.

Władca wyszczerzył pożółkłe zęby:

— Chciałbym, żebyś podzielił się ze mną tym ciężarem. Półsetkę larw ja wezmę na siebie, a ty… ile możesz.

* * *

Wojsko chimajrydów rozsypało się po stoku wąwozu. Półludzie zasłaniali tarczami siebie i jeźdźców. Mieniły się heraldyczne czerwienie, czernie, biele na tarczach z symbolami klanów.