Długie piki sterczały nieruchomo, tylko wstęgi na ich szczytach falowały na wietrze. Razwijar mimowolnie zachwycił się tym monumentalnym widowiskiem.
Strzelcy czekali przy otworach strzelniczych dolnej i środkowej galerii. Chimajrydzi, balansując na stromej skale, czasami pojawiali się na odległość strzały, ale rozkaz trzymał w ryzach zamkowe wojsko. Nakazane było nie strzelać, więc strażnicy czekali, klnąc i spluwając na kamienną podłogę.
— Patrzcie ich, jak się postarali.
— Do czego to doszło! Zamku im się zachciało!
— Sami sobie winni. Nikt ich tutaj nie zapraszał.
Wielu milczało, większość z nich stanowili ci, którzy byli na wyprawie za przełęczą i pamiętali rzeź nad Jeziorem Urodzaju.
Pogoda gwałtownie się zmieniała. Nadciągnął porywisty wiatr, zbierały się chmury.
— Na co czekamy? — zapytał Razwijar.
— Niech powiedzą pierwsze słowo — odparł władca, pocierając nasadę nosa. — Chcę zrozumieć, na co oni liczą.
Razwijar dotknął opalonej szczęki i zmarszczył czoło. Rozbijali skorupy, larwy wyrywały się na wolność razem ze strumieniami żaru. Nie chroniły ani napierśniki, ani hełmy. Teraz, w podziemnej galerii, gdzie nie było otworów strzelniczych, czekało na swój czas równo sto ogniewuch. Połowa z nich była posłuszna władcy, połowa — Razwijarowi.
— Co im rozkazać… na wypadek, gdyby mnie zastrzelili?
— Zabijać — głucho odezwał się władca. — Zabić wszystkich chimajrydów i skoczyć do wody.
— Może wyprowadzić je na powierzchnię, niech chimajrydzi popatrzą?
— Oni wiedzą o nich, Razwijar. Nie odejdą. To coś innego — władca nie odrywał się od lunety. — To coś innego, Razwijar… Patrz!
Spomiędzy szeregów jeźdźców wyszedł człowiek. Widać było, jak ostrożnie wybiera miejsce na stopy, bojąc się potknąć na stromym zboczu. Wspiął się na kamień, zwisający nad przepaścią jak wielki stopień. Zatrzymał się, podniósł głowę i zdawało się, że popatrzył w oczy każdemu z obrońców zamku.
— Zabij go Razwijar — ostro powiedział władca.
Razwijar poderwał łuk, znając jego siłę i czując kierunek wiatru, widząc lot strzały jako długą linię i ostatni punkt na piersi człowieka na kamieniu. Ale moment przed wystrzałem człowiek poderwał ręce i zachmurzone niebo nad zamkiem zrobiło się prawie czarne.
Razwijar wystrzelił. Wiatr, który nadleciał, przechwycił strzałę i linia jej lotu urwała się.
Razwijar wystrzelił jeszcze raz — obok.
— Zabijać! — krzyknął władca i w pierwszym momencie nie było wiadome, do kogo zwrócony był rozkaz — ale już po chwili potok żarzących się, gorących istot rozepchnął drewniane wrota dolnej galerii i wylał się na drogę przed zamkiem. Było to pięćdziesiąt ogniewuch posłusznych władcy. Razwijar, pochłonięty strzelaniem, spóźnił się z komendą. W gwałtownie zgęstniałej ciemności skrzydła poczwar paliły się płomieniem. Purpurowe odblaski padały na kolorowe tarcze zbliżające się z naprzeciwka i nie potrzeba było lunety, żeby dostrzec przerażenie, jakie ogarnęło wrogą armię.
W tym momencie człowiek na kamieniu coś krzyknął i z czarnego nieba lunął deszcz, ale nie po prostu deszcz — ulewa, wręcz ściana wody.
Ogniewuchy zdążyły dotrzeć do pierwszych szeregów Nagórenów.
Dał się słyszeć krzyk, jednoczesne wycie dobywające się z wielu gardeł. Armia chimajrydów drgnęła, ale nie wycofała się, a larwy syczały pod potokami wody, traciły ogień i gasły. W ciągu kilku minut ich ostygłe ciała, przebite włóczniami i strzałami, stoczyły się po zboczu do rzeki.
— Szuu — wydyszał władca.
Deszcz smagał kamienie i metal. Zbocze, na którym stała armia chimajrydów, zrobiło się śliskie, nieprzerwanym potokiem spływała po nim woda. Lała się po tarczach, wstęgi na pikach obwisły martwymi ogonami. Pięćdziesiąt larw posłusznych Razwijarowi, czekało na swój czas w podziemnej galerii.
— Jesteś panem zamku — rwącym głosem powiedział władca.
— Słucham?
— Jesteś zdolny, maleńki Heksie. Do czego jesteś zdolny… Wiedziałeś? Jesteś z nimi w zmowie?
Razwijar odwrócił głowę. Władca wydał mu się oszalałym w tej chwili, gdy wymawiał słowa.
Jego zdrętwiałe oczy patrzyły na Razwijara i jednocześnie poprzez niego, i jednocześnie w środek jego umysłu.
Razwijarowi ścisnęło gardło:
— Jak mogłeś tak pomyśleć, panie?!
Władca roześmiał się. Powiódł dłońmi po mokrych włosach; woda ściekała pod dach balkonu, spływając z góry. Stan rzeki w wąwozie podnosił się z każdą chwilą. Wzburzona woda ryczała, obracając kamienie i zalewając drogę. Wodospady, jeszcze do niedawna cieknące subtelnymi wstęgami, teraz parły gryząc skałę i wyły przy tym jak bentalskie smoki.
— Zmyje ich — szeptem powiedział władca. — Ich też zmyje.
Jakby słysząc jego słowa, człowiek na kamieniu — przemoczony do suchej nitki, z cienką koszulą oblepiającą ciało — wykonał ruch ręką i ściana deszczu przesunęła się bliżej zamku.
Rzeka była teraz granicą, po jednej stronie nieprzerwanym potokiem lała się woda, po drugiej — świeciło słońce, a mokre tarcze chimajrydów płonęły jak drogocenne kamienie.
— Szuu — wyjęczał władca. — Dogadali się z Imperatorem. Oddali swoją wolność, życie swoich dzieci… za zemstę!
— To mag? — powoli zapytał Razwijar.
— Tak. To imperatorski mag.
— Mamy jeszcze ogniewuchy w piecu. Nie wezmą zamku.
— Zamek — władca pokręcił głową — Słyszysz? Już drży. Już rozkruszają się kamienie. Nie muszą brać zamku, po prostu nas zmyje jak kupę gówna w portowym rynsztoku.
Na galeriach niósł się krzyk ludzi. Zamek chwiał się. Woda starła się z kamieniem i ogarnęła kamień. Razwijar zobaczył, niczym na jawie, jak napełniają się wzburzonymi wodami dolne kondygnacje budowli, jak woda zalewa piec pełen ogniewuszych jaj, zabijając nieobudzone poczwary. Jak podnosi się błotnista ciecz pod samym gniazdem ogniewuchy, jak zalewa gniazdo, a składające jaja stworzenie, którego Razwijar nigdy nie widział, zdycha, swoim ciałem doprowadzając do wrzenia wodę w jamie.
Zobaczył, jak potok zalewający szyb błotnistą pianą podchodzi do ciała leżącego na kamieniu chimajryda. Jak go otacza, podnosi i, przełamawszy ścianę, wynosi daleko, do rzeki. Razwijar nie mógł widzieć, ale dokładnie sobie wyobrażał, jak nieboszczyk pływa, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, a na wskazującym palcu połyskuje wielki turkusowy kamień.
— Co robić? Rozkazuj?
Władca uśmiechnął się.
— Rozkazuj! — ryknął Razwijar. — Co robić! Atakujemy? Zdawało mu się, że krzyczy — tak naprawdę jego głos był ledwie słyszalny poprzez grzmot ulewy.
Po twarzy władcy ciekły strugi deszczu. Nagle wyciągnął rękę i pogłaskał Razwijara po głowie.
— Ludzie nie przejdą tej rzeki, chłopcze. Trzeba zabić maga. Nie wiem jak. Wymyśl coś.
Potok już zalewał drogę, wyrywając i ciągnąc po dnie duże i małe kamienie. Razwijar rzucił się po schodach w dół; po stopniach spływał strumyczek, woda przenikła do wewnętrznych korytarzy, a na dolnej galerii stała po pas. Tutaj pływały, kołysząc się, ciała zdechłych ogniewuch.
— Szuu — powiedział Razwijar, nieświadomie naśladując władcę.
Na środkowej galerii kłębili się zagubieni strażnicy. Razwijar usłyszał głos dziesiętnika Brana:
— Do okien strzelniczych! Wszyscy! Celować w maga, w człowieka na kamieniu! Strzelać!