Выбрать главу

Chmarą wyleciały strzały, uderzyły o tarcze, zatłukły o kamienie. Wiele, nie dolatując do celu, powpadało do rzeki. Z góry chlastał tak potężny strumień wody, że strzała tonęła w nim, nie przelatując nawet połowy drogi.

Razwijar oparł się ramieniem o okno strzelnicze. Powoli, bardzo powoli naciągnął cięciwę.

Oddaliły się krzyki i przekleństwa, tylko deszcz chlastał po kamieniu i potok ryczał, rozlewając się coraz szerzej.

Po chwili uniósł strzałę wyżej. Jeszcze wyżej; ostrze teraz patrzyło w niebo, w wąski błękitny pas nad wierzchołkiem góry.

Puścił cięciwę.

Strzała wzbiła się, przeszywając wodną zasłonę, ale nie zdołała wznieść się wysoko. Lot jej załamał się, gnana deszczem, strzała poleciała w dół, jakby stając się jedną z kropel i uderzyła człowieka na kamieniu nie w czoło i nie w pierś.

Grot strzały utknął w ciemieniu.

* * *

Do wieczora wszystko było oczywiste.

Potok rozdzielał wrogów. Nikt nie mógł go przejść, ale deszcz ustał i chmury się rozeszły.

Strażnicy, ukrywając się za ocalałymi ścianami, rozstrzeliwali chimajrydów, utrzymujących się na śliskim stoku wąwozu. Toczyły się do rzeki kamienie i grudki gliny, toczyli się martwi i zranieni, a woda niosła ich, uderzając w rozryte brzegi. Pierwszy został uniesiony trup maga.

Część wrogiego wojska uciekła na sam szczyt góry i stamtąd posyłała strzały, ale strażników chroniły fortyfikacje. Wszystko, co strzelało lub miotało kamieniami, wszystko, co atakowało na odległość, zostało wciągnięte na środkową i górną galerię, a katapulty miotały wciąż odłamkami murów wież, częściowo niszcząc stok.

Potem przeciwległy stok osunął się. Ocalali chimajrydzi wyrwali się i uciekli za grzbiet góry, pozostali stoczyli się w wodę razem z głazami narzutowymi, warstwami gliny, razem z lawiną tłucznia. Bieg rzeki został zatamowany. Ciecz koloru gliny zaczęła się miotać, szukając sobie nowego koryta, ale woda w potoku już wysychała, a wkrótce wyczerpała się zupełnie.

Zamilkły wodospady.

Wąwóz trwał, zniekształcony żywiołem, a stojące jeziora otaczały na wpół zrujnowany zamek.

Władca obwieścił zwycięstwo. Potem sam przeszedł się po zamku, sprawdzając szkody, uspokajając przerażonych rzemieślników, wydając surowe rozkazy nadzorcom. Prawie wszyscy ludzie ocaleli: dwóch strażników zostało zranionych i dwóch niewolników utonęło. Zaczęły pracować pompy, wypompowując wodę z dolnych kondygnacji; piec wygasł, a jaja ogniewuch były martwe.

— To znaczy, tak — powiedział władca, a jego oczy zwęziły się prawie do poziomych kreseczek — To znaczy, tak.

Nastała noc, ale w zamku nikt nie spał. Niewolnicy, nadzorcy, strażnicy, kobiety — każdy był zajęty pracą, w zamieszaniu rekonstrukcyjnych prac niezauważalne było złowieszcze milczenie wodospadów. Władca wezwał do siebie Razwijara i dokładnie zamknął drzwi.

— Stawałem wobec wielu różnych wyzwań — powiedział ponuro. — Przyjmę i to. Najgorsze jednak, że nie będzie wody…

— Wody?! — Razwijar chrząknął nerwowo.

— Mag wylał całą wodę, zabrał ją stąd. Będziemy mieli śmierdzące stojące kałuże — i ani kropli deszczu, ani łyczka z czystego wodospadu. A potem i kałuże wyschną i zostaniemy bez wody na wiele dni. Dopóki nie uspokoją się góry, dopóki nie ożyją rzeki… Szuu. Niewolnicy w Fier podrożeją. To ja zbiję ich ceny, sprzedam prawie za darmo półsetkę ludzi.

Milczał. Od momentu, kiedy strzała wbiła się w ciemię czarownika i ten upadł, a ostatnie krople deszczu upadły wraz z nim, Razwijar żył jak poczwara ogniewuchy, podporządkowując się rozkazom. Sam sobie był panem i niewolnikiem, kazał sobie strzelać i biegać, ale teraz chciał tylko położyć się i zamknąć oczy. Przestać myśleć. Przestać być.

— Nie wiem — władca przechadzał się po komnacie, pocierając nasadę nosa, kołysząc czarną, siwiejącą głową. — Może… Tak. Ludzi zrobi się mniej. Będziemy wozić wodę z Kipieli.

A przecież nawet nie wiemy, czy i tam jezioro nie zrobiło się płytkie. Nie wiemy, czy przeżyli górale i czy ich stada są całe. Mamy zapas żywności na kilka dni. Ogniewucha martwa, piec zgasł… Szuu. Zapłacą mi za to.

— Przecież oni zjednoczyli się z Imperium — przypomniał Razwijar.

— Zjednoczyli się? Są niewolnikami Imperium. Ich oczekiwana zemsta nie zrealizowała się… albo owszem, dokonała się, ale nie w pełni. Mag nie żyje. Imperator nie pochwali za to ich przywódców. Zresztą… teraz Imperator przejdzie przez ich ziemie jak skalny robak przez góry i weźmie zamek gołymi rękami… To znaczy to, co zostało z zamku.

— Siadaj.

Razwijar usiadł naprzeciw. Władca wpatrywał się w jego twarz tak badawczo, że ten poczuł się nieswojo, siedząc na drewnianym taborecie. Pochwa stuknęła o nóżki krzesła.

— Dziękuję ci — wolno powiedział władca. — To ty go zabiłeś. Inni nie byli w stanie.

— To przypadek — wymamrotał Razwijar, czując jak w poprzek gardła staje mu twardy kamyk.

— Nie, to nie przypadek — ręce z cienkimi palcami zacisnęły się na podłokietnikach. — Wybacz… tak się wszytko potoczyło.

— Służyłem ci, władco — powiedział Razwijar. — I będę służył.

— Dziękuję. Przywiozłeś mi księgę.

— Tak, księgę, która wpadła do potoku.

— Ale ty ją odtworzyłeś. I dzięki tobie sprawiedliwość się dokonała.

Razwijar pomyślał sobie, że ta sprawiedliwość do niczego dobrego nie doprowadziła, ale postanowił to przemilczeć.

— Żałuję, że nie jesteś moim synem, Razwijar — cicho powiedział władca. — Jesteś podobny do mnie, kiedy byłem młody. Chciałbym, bardzo chciałbym mieć takiego syna.

Razwijarowi zaparło dech. Wiele pragnął powiedzieć, ale słowa utknęły mu w gardle.

Władca uśmiechnął się — smutno i bardzo łagodnie rzekł:

— Ale nawet to nie ma znaczenia. Nie byłbyś mi droższy, gdyby w twoich żyłach płynęła moja krew. Wierzysz mi?

— Ja…

Chciał powiedzieć, że w życiu zdążył już być niepotrzebną rzeczą, nikczemnym niewolnikiem, że stał się człowiekiem i żołnierzem tylko dzięki łasce władcy. Język odmówił mu posłuszeństwa. Milczał, z oddaniem patrząc w oczy rozmówcy.

— Tak — władca dziwnie się uśmiechnął. — To… wszystko co mogę. Chyba…

Władca wstał, wciąż się uśmiechał.

— Nie ruszaj się, siedź…

Jego lewa ręka legła na głowie Razwijara.

— Siedź — w głosie tego człowieka pojawiły się nutki, od których Razwijar poczuł mróz na skórze. — Miedziany Królu, Miedziany Królu. Weź, co jest mi drogie…

Klinga Razwijara rąbnęła po ręce w tym momencie, kiedy ta zaczęła unosić się w znajomym geście. Władca uchylił się. Jego prawa dłoń wzleciała i, rozbryzgując krew, plusnęła w basen pośrodku komnaty.

Razwijar odskoczył. Stał, ściskając zakrwawiony miecz i patrzył na władcę z takim przerażeniem, że ten znalazł w sobie siłę, żeby się uśmiechnąć:

— A… No tak. Powinienem był… domyślić się.

Krew lała się z jego przeciętych tętnic.

— Nie chciałem… — bezdźwięcznie powiedział Razwijar.

— Nikt nie chciał — władca uśmiechał się, blednąc w oczach.

— Trzeba ścisnąć… — Razwijar zmieszany opuścił klingę i wtedy władca wyciągnął miecz lewą ręką. Heks zdążył podstawić swoje ostrze, ale zatrzymać uderzenia nie zdołał. Pchnięty, poleciał w tył, uderzył plecami o ścianę i upadł, a krew władcy padła mu na twarz.