Chmarą wyleciały strzały, uderzyły o tarcze, zatłukły o kamienie. Wiele, nie dolatując do celu, powpadało do rzeki. Z góry chlastał tak potężny strumień wody, że strzała tonęła w nim, nie przelatując nawet połowy drogi.
Razwijar oparł się ramieniem o okno strzelnicze. Powoli, bardzo powoli naciągnął cięciwę.
Oddaliły się krzyki i przekleństwa, tylko deszcz chlastał po kamieniu i potok ryczał, rozlewając się coraz szerzej.
Po chwili uniósł strzałę wyżej. Jeszcze wyżej; ostrze teraz patrzyło w niebo, w wąski błękitny pas nad wierzchołkiem góry.
Puścił cięciwę.
Strzała wzbiła się, przeszywając wodną zasłonę, ale nie zdołała wznieść się wysoko. Lot jej załamał się, gnana deszczem, strzała poleciała w dół, jakby stając się jedną z kropel i uderzyła człowieka na kamieniu nie w czoło i nie w pierś.
Grot strzały utknął w ciemieniu.
Do wieczora wszystko było oczywiste.
Potok rozdzielał wrogów. Nikt nie mógł go przejść, ale deszcz ustał i chmury się rozeszły.
Strażnicy, ukrywając się za ocalałymi ścianami, rozstrzeliwali chimajrydów, utrzymujących się na śliskim stoku wąwozu. Toczyły się do rzeki kamienie i grudki gliny, toczyli się martwi i zranieni, a woda niosła ich, uderzając w rozryte brzegi. Pierwszy został uniesiony trup maga.
Część wrogiego wojska uciekła na sam szczyt góry i stamtąd posyłała strzały, ale strażników chroniły fortyfikacje. Wszystko, co strzelało lub miotało kamieniami, wszystko, co atakowało na odległość, zostało wciągnięte na środkową i górną galerię, a katapulty miotały wciąż odłamkami murów wież, częściowo niszcząc stok.
Potem przeciwległy stok osunął się. Ocalali chimajrydzi wyrwali się i uciekli za grzbiet góry, pozostali stoczyli się w wodę razem z głazami narzutowymi, warstwami gliny, razem z lawiną tłucznia. Bieg rzeki został zatamowany. Ciecz koloru gliny zaczęła się miotać, szukając sobie nowego koryta, ale woda w potoku już wysychała, a wkrótce wyczerpała się zupełnie.
Zamilkły wodospady.
Wąwóz trwał, zniekształcony żywiołem, a stojące jeziora otaczały na wpół zrujnowany zamek.
Władca obwieścił zwycięstwo. Potem sam przeszedł się po zamku, sprawdzając szkody, uspokajając przerażonych rzemieślników, wydając surowe rozkazy nadzorcom. Prawie wszyscy ludzie ocaleli: dwóch strażników zostało zranionych i dwóch niewolników utonęło. Zaczęły pracować pompy, wypompowując wodę z dolnych kondygnacji; piec wygasł, a jaja ogniewuch były martwe.
— To znaczy, tak — powiedział władca, a jego oczy zwęziły się prawie do poziomych kreseczek — To znaczy, tak.
Nastała noc, ale w zamku nikt nie spał. Niewolnicy, nadzorcy, strażnicy, kobiety — każdy był zajęty pracą, w zamieszaniu rekonstrukcyjnych prac niezauważalne było złowieszcze milczenie wodospadów. Władca wezwał do siebie Razwijara i dokładnie zamknął drzwi.
— Stawałem wobec wielu różnych wyzwań — powiedział ponuro. — Przyjmę i to. Najgorsze jednak, że nie będzie wody…
— Wody?! — Razwijar chrząknął nerwowo.
— Mag wylał całą wodę, zabrał ją stąd. Będziemy mieli śmierdzące stojące kałuże — i ani kropli deszczu, ani łyczka z czystego wodospadu. A potem i kałuże wyschną i zostaniemy bez wody na wiele dni. Dopóki nie uspokoją się góry, dopóki nie ożyją rzeki… Szuu. Niewolnicy w Fier podrożeją. To ja zbiję ich ceny, sprzedam prawie za darmo półsetkę ludzi.
Milczał. Od momentu, kiedy strzała wbiła się w ciemię czarownika i ten upadł, a ostatnie krople deszczu upadły wraz z nim, Razwijar żył jak poczwara ogniewuchy, podporządkowując się rozkazom. Sam sobie był panem i niewolnikiem, kazał sobie strzelać i biegać, ale teraz chciał tylko położyć się i zamknąć oczy. Przestać myśleć. Przestać być.
— Nie wiem — władca przechadzał się po komnacie, pocierając nasadę nosa, kołysząc czarną, siwiejącą głową. — Może… Tak. Ludzi zrobi się mniej. Będziemy wozić wodę z Kipieli.
A przecież nawet nie wiemy, czy i tam jezioro nie zrobiło się płytkie. Nie wiemy, czy przeżyli górale i czy ich stada są całe. Mamy zapas żywności na kilka dni. Ogniewucha martwa, piec zgasł… Szuu. Zapłacą mi za to.
— Przecież oni zjednoczyli się z Imperium — przypomniał Razwijar.
— Zjednoczyli się? Są niewolnikami Imperium. Ich oczekiwana zemsta nie zrealizowała się… albo owszem, dokonała się, ale nie w pełni. Mag nie żyje. Imperator nie pochwali za to ich przywódców. Zresztą… teraz Imperator przejdzie przez ich ziemie jak skalny robak przez góry i weźmie zamek gołymi rękami… To znaczy to, co zostało z zamku.
— Siadaj.
Razwijar usiadł naprzeciw. Władca wpatrywał się w jego twarz tak badawczo, że ten poczuł się nieswojo, siedząc na drewnianym taborecie. Pochwa stuknęła o nóżki krzesła.
— Dziękuję ci — wolno powiedział władca. — To ty go zabiłeś. Inni nie byli w stanie.
— To przypadek — wymamrotał Razwijar, czując jak w poprzek gardła staje mu twardy kamyk.
— Nie, to nie przypadek — ręce z cienkimi palcami zacisnęły się na podłokietnikach. — Wybacz… tak się wszytko potoczyło.
— Służyłem ci, władco — powiedział Razwijar. — I będę służył.
— Dziękuję. Przywiozłeś mi księgę.
— Tak, księgę, która wpadła do potoku.
— Ale ty ją odtworzyłeś. I dzięki tobie sprawiedliwość się dokonała.
Razwijar pomyślał sobie, że ta sprawiedliwość do niczego dobrego nie doprowadziła, ale postanowił to przemilczeć.
— Żałuję, że nie jesteś moim synem, Razwijar — cicho powiedział władca. — Jesteś podobny do mnie, kiedy byłem młody. Chciałbym, bardzo chciałbym mieć takiego syna.
Razwijarowi zaparło dech. Wiele pragnął powiedzieć, ale słowa utknęły mu w gardle.
Władca uśmiechnął się — smutno i bardzo łagodnie rzekł:
— Ale nawet to nie ma znaczenia. Nie byłbyś mi droższy, gdyby w twoich żyłach płynęła moja krew. Wierzysz mi?
— Ja…
Chciał powiedzieć, że w życiu zdążył już być niepotrzebną rzeczą, nikczemnym niewolnikiem, że stał się człowiekiem i żołnierzem tylko dzięki łasce władcy. Język odmówił mu posłuszeństwa. Milczał, z oddaniem patrząc w oczy rozmówcy.
— Tak — władca dziwnie się uśmiechnął. — To… wszystko co mogę. Chyba…
Władca wstał, wciąż się uśmiechał.
— Nie ruszaj się, siedź…
Jego lewa ręka legła na głowie Razwijara.
— Siedź — w głosie tego człowieka pojawiły się nutki, od których Razwijar poczuł mróz na skórze. — Miedziany Królu, Miedziany Królu. Weź, co jest mi drogie…
Klinga Razwijara rąbnęła po ręce w tym momencie, kiedy ta zaczęła unosić się w znajomym geście. Władca uchylił się. Jego prawa dłoń wzleciała i, rozbryzgując krew, plusnęła w basen pośrodku komnaty.
Razwijar odskoczył. Stał, ściskając zakrwawiony miecz i patrzył na władcę z takim przerażeniem, że ten znalazł w sobie siłę, żeby się uśmiechnąć:
— A… No tak. Powinienem był… domyślić się.
Krew lała się z jego przeciętych tętnic.
— Nie chciałem… — bezdźwięcznie powiedział Razwijar.
— Nikt nie chciał — władca uśmiechał się, blednąc w oczach.
— Trzeba ścisnąć… — Razwijar zmieszany opuścił klingę i wtedy władca wyciągnął miecz lewą ręką. Heks zdążył podstawić swoje ostrze, ale zatrzymać uderzenia nie zdołał. Pchnięty, poleciał w tył, uderzył plecami o ścianę i upadł, a krew władcy padła mu na twarz.