Doczekał się. Oddział przecwałował z powrotem po grzbiecie skały — o zmierzchu niełatwo było rozróżnić dalekie sylwetki. Jednak Razwijar był pewien, że jest ich, jak poprzednio, ośmiu; na każdym półczłowieku–niewolnym siedział jego brat, jeździec.
Dopóki jeszcze jaśniała zachodnia strona nieba, Razwijar szedł szybko. Potem musiał zwolnić, ponieważ stok, po którym się wdrapywał, groził obsunięciem, a on nie miał czterech szerokich łap, żeby swobodnie przeskakiwać z kamienia na kamień. Kiedy dotarł na grzbiet wzgórza była już noc, gwieździsta i chłodna.
Chimajrydzi nie zostawili śladu na kamienistej ścieżce. Oblizując wargi, Razwijar ruszył na zachód po grzbiecie góry, powtarzając trasę swojego znajomego. Szedł i wymyślał sam sobie: kontynuując drogę wzdłuż koryta, osiągnąłbyś granicę Imperium już jutro rano. Co zmusza cię do ryzykownego wałęsania się po ziemiach, po których truchtają chimajrydzi? Co masz nadzieję znaleźć?
Był niemal pewien, że jego czworonogi znajomy jest martwy. Dlaczego zabili go współplemieńcy i za co, tego zapewne trup mu nie powie. Tym niemniej Razwijar szedł, schodząc teraz z grzbietu i w świetle gwiazd zobaczył krwawy ślad, wyznaczający dróżkę na kamieniach.
W tym miejscu półczłowiek został ranny. Niezbyt ciężko, sądząc po tym, jak daleko zdążył jeszcze odbiec; a tutaj, zdaje się, dopadli go.
Razwijar zatrzymał się.
Nad górami królowała bezwietrzna noc. Niżej, nad wodą, basowo zawodziły człapacze.
Szeleściły kolczaste gałązki krzaków. Otwierały się nocne kwiaty, czerwone, jakby palące się od środka i do nich przylatywały krwawniki — masywne, czarne motyle z fioletowym wzorem na skrzydłach.
Na drodze, która kręto schodziła w dół, walały się skrawki zakrwawionej, płóciennej koszuli. I niczego więcej nie było.
— Ej — zawołał Razwijar i przeraził się dźwięku własnego głosu.
Cisza. Basowe buczenie. Krwawników było bardzo dużo. Zdawało się, że zlatują się z całych gór do gęstych zarośli krzaków poniżej stoku, przy drodze.
— Zjedli go, czy co? — szeptem zapytał sam siebie. — Może uciekł?
Zaszeleściły krzewy. Do Razwijara dotarł ledwie uchwytny dźwięk — ni to zdławiony oddech, ni to wstrzymywany jęk.
Zszedł niżej. Niebo jasne od gwiazd świeciło przyćmionym blaskiem.
— Ej? — zawołał znowu Razwijar.
Ciężki oddech.
Ostrożnie stąpając, Razwijar zszedł w dół jeszcze kilka kroków. Suchy i kolczasty krzak był obsypany kwiatami, a w głębi pomiędzy drapiącymi gałęziami przywiązany za ręce wisiał rozciągnięty chimajryd. Ludzka skóra błyszczała od krwi, stroszyła się zaskorupiała sierść, a na piersi i twarzy — Razwijara aż odrzuciło z przerażenia i obrzydzenia — roiło się od pełzających, miarowo poruszających skrzydłami spragnionych krwawników.
— Ej! — krzyknął Razwijar na cały głos.
Chmura motyli wzleciała, ale niezbyt wysoko. Na Razwijara spojrzały okrągłe, mętne, oszalałe oczy — chimajryd żył.
„…Jeśli jeździec umiera w walce albo na polowaniu, w ślad za nim powinien umrzeć jego brat… Za zdradę i straszliwe odstępstwo ze strony czworonogiego niewolnego uważają Nagóreni odmowę dobrowolnej śmierci. Duch jego brata nie będzie miał spokoju w pośmiertnej krainie traw, zostanie pieszym i upokorzonym, a żeby pomóc mu znowu zostać jeźdźcem, niepokornemu niewolnemu szykują specjalną kaźń — w ten czy inny sposób upuszczając z niego krew, powoli, kropla po kropli…”
Razwijar przesunął rękami po pasie, gdzie powinny wisieć miecze. Niczego nie znalazł.
Zakręcił się, wypatrując kamieni na ziemi. W przyćmionym świetle gwiazd z trudem znalazł odłamek z ostrym, wyszczerbionym brzegiem. Wsunął się w krzaki. Krwawniki przeglądały czerwone kwiaty w poszukiwaniu choć kropli świeżej krwi.
Wszystkie dotychczasowe zadrapania Razwijara, stare nowe, przecięcie na szyi oraz ranki od wbijających się kolców wszystko razem zaczęło krwawić i motyle, otworzywszy trąbki, zaczęły go obsiadać. Gryzły i poszczypywały skórę, niekiedy kąsały dosyć boleśnie. Razwijar nie zwracał uwagi na krwawniki, przecinał — a raczej przecierał — sznury, rozciągające na boki ręce i Chimajryda, utrzymujące go na kolczastych gałęziach jak ptaka na patelni. Potem przeciął pęta na związanych parami łapach; prawu przednia z lewą tylną i na odwrót. Motyle chmarą uniosły się nad krzakiem, kiedy ciało chimajryda ciężko osiadło na ziemi. Jeszcze szedł, kiedy Razwijar ściągnął go z krzewu, ale po dziesięciu krokach upadł i już nie był w stanie się podnieść.
W świetle gwiazd smagła twarz półczłowieka zdawała się szara, a wargi prawie czarne. Był niemal pozbawiony krwi, a krew z rany na ramieniu cały czas spływała cienką strużką.
Razwijar odszukał i podniósł resztki płóciennej koszuli. Porwał na bandaże, owinął ranę.
— Wstawaj. Łatwa droga. W dół. Idziemy.
— Pić — prawie niedosłyszalnie poprosił chimajryd.
— Na dole jest woda. Nie mam jej ze sobą.
Chimajryd pokręcił głową. Motyle cały czas jeszcze nad nim krążyły, Razwijar co rusz je odganiał.
— Nie dojdę.
— No to zdychaj — powiedział Razwijar, zezłościwszy się. — Wybacz, ja idę.
Porzucił chimajryda i przeszedł kilka kroków po stoku w dół, Kiedy wrócił, ten starał się podnieść, opierając się łapami o kamień, wysunął pazury. Łapy zauważalnie drżały z wysiłku, Razwijar podstawił ramię. Chimajryd był ciężki jak dwóch ludzi naraz. Pół drogi trzymał się, przebierał łapami, co i rusz potykał się. Potem stracił przytomność i Razwijar na próżno krzyczał i klął — półczłowiek nie słyszał. Błyszczały zęby w na wpół odsłoniętych wargach, oczy były zamknięte, po ciele pokrytym sierścią przebiegały dreszcze.
Razwijar wsunął się pod jego przednie łapy, stanął na czworakach i zwalił sobie ciężkie ciało na ramiona. Był dzień, kiedy jechał wierzchem na chimajrydzie — teraz taszczył go na sobie.
Głowa półczłowieka bezwładnie opadła, tylne łapy ciągnęły się po ziemi, po stoku grożącym obsunięciem. Staczały się drobne kamyczki i większe kamienie, ale już dawał się słyszeć głośniej szum wody. Chimajryd pachniał krwią. Czarne motyle krążyły nad nimi, potem zostały w tyle.
Razwijar wyszedł na równe miejsce i zrozumiał, że jego siły wyczerpały się. Zostawił chimajryda, zszedł do potoku i nabrał wody w połówkę skorupy jaja. Z dnia, kiedy smażył jaja człapacza zachowały się te dwie „filiżanki” delikatne i trwałe zarazem. Wrócił z wodą, podniósł półczłowieka za ramiona, uniósł skorupkę do jego ust. Najpierw woda się rozlała, ale potem chimajryd zaczął pić. Przełykał powoli, ale w końcu doszedł do siebie.
— Dwa kroki stąd — powiedział mu Razwijar. — Jest woda.
Ten podczołgał się na brzuchu, zgrzytając pazurami po kamieniach. Pełzł wolno, grzebiąc łapami, pomagając sobie rękami. To był straszny widok.
Chimajryd dotarł do wody i upadł w nią twarzą. Długo pił, woda ściekała po jego żółtoszarej twarzy, rudawe włosy pociemniały i przylepiły się do policzków. Opatrunek na ramieniu nasiąkł krwią.
Nad wschodnimi górami podnosiło się słońce.
„Lekarstwem zatrzymującym krwawienie jest żółty trójlistnik — roślina nieszczególnie rzadka, ale i nie tak już często spotykana w górach na nasłonecznionych stokach, gdzie prawie nie ma cieni. Liście trójlistników podobne są do ptasich łap z pazurami na zwiniętych palcach.