Выбрать главу

Kwiaty, jak wynika z nazwy, są żółte, drobne, rosną w koszyczkach na czubku łodyżki. Nagóreni leczą rany wywarem z tych kwiatów i osiągają sukcesy w lecznictwie. Mało który z dwunogich i czworonogich umiera od ran, częściej giną w boju…”

Wieczorem ugasił ognisko. Suche gałązki prawie nie dymiły, za dnia można było ryzykować, ale światło nocą w górach będzie widoczne z daleka. A Razwijar nie chciał, żeby ten ogienek przyciągnął jeźdźców.

Chimajryd leżał na omszałej podłodze maleńkiej jaskini z szerokim wejściem. Przesiąknięty wywarem ściągającym ranę opatrunek opasywał jego ramię. Przespał cały dzień i dopiero o zachodzie otworzył oczy.

— Będziesz jadł rybę? — zapytał Razwijar. — Pieczoną?

Półczłowiek opuścił powieki, jakby przytaknął. Podniósł się na łokciu, oparł ramieniem o ścianę, zaczął jeść, najpierw z wysiłkiem, potem coraz bardziej łapczywie. Razwijar wyszedł z jaskini i usiadł na kamieniu na szczycie góry.

Minęło trochę więcej niż doba od momentu, kiedy Chimajryd go wypuścił. Trochę mniej niż dobę temu znalazł swojego wroga w krzakach, oblepionego krwawnikami. Granica Imperium nie zbliżyła się ani o krok, a Razwijar z jakiegoś powodu był pewien, że chimajrydzi wrócą zabrać martwe ciało. A co zrobią, kiedy znajdą przecięte sznury? Pójdą po śladach; ślad jest wyraźny, wiedzie do strumienia, a odnaleźć zbiega na progu jaskini to kwestia kilku minut…

Zszedł nad wodę i napełnił skorupę jaja. Przyniósł do jaskini. Półczłowiek wypił wszystko do ostatniej kropli i podziękował skinieniem głowy.

— No i co — powiedział Razwijar. — Trzeba uciekać.

Chimajryd siedział, złożywszy łapy, oparty ramieniem o skalę. Cała jego twarz pokryta była zaschniętymi zadrapaniami, a całe ramiona w rankach i zadrapaniach od kolczastych krzaków.

Zmierzwiona sierść stała dęba.

— Możesz iść? To idziemy. Jeśli nie, zostawię ci wody. Może cię nie znajdą.

Ten milczał.

— Będą cię szukać — powiedział Razwijar. — Zapewne zabilii twojego brata, a ty nie chciałeś podzielić z nim mogiły. Na pewno są na ciebie bardzo źli…

Chimajryd podniósł głowę. Strąki włosów spadały na czoło, prawie zakrywając oczy.

— To ty… zabiłeś mojego brata — powiedział bardzo cicho. — Twoje ogniste zwierzę.

Wtedy. A mnie wypuściłeś.

— Ale przecież… to było dawno — bezradnie powiedział Razwijar i osunął się na kamień.

— Tak. Ponad rok temu. Uciekłem… przyłączyłem się do klanu Zimy. U nich… oni mnie przyjęli. Kobiety nie rodziły dzieci… I w klanie było mało młodych… Ale w czasie szturmu zobaczyli mnie… zrozumieli, że brat mój chodzi piechotą po pośmiertnej równinie… a oni przecież myśleli, że dawno umarłem razem z nim. Zostałem przeklęty… Klan Zimy wyrzekł się mnie. W końcu trafili na mój trop…

Zupełnie się ściemniło. Światło gwiazd ledwie przesączało się do jaskini.

— Trzeba iść — powiedział Razwijar.

Chimajryd ciężko sapnął. Podniósł się jednym zrywem. Stanął na łapach. Zachwiał się.

— Idziemy — wyszeptał, prawie nie poruszając wargami.

* * *

Droga teraz wyraźnie prowadziła w dół, ale wędrowcy szli bardzo wolno. Niewybaczalnie wolno, Razwijar, mrużąc oczy, widział mapę, a na niej siebie jako drobny punkcik i jako kreseczkę — chimajryda. Prawie się nie poruszali. Jakby przykleili się do pergaminu.

— Słuchaj. Odeszliśmy dość daleko od tego miejsca. Schowajmy cię gdzieś i odpoczniesz jeszcze dzień. Nie znajdą cię. Zostawię wodę.

Chimajryd tak bardzo opadł z sił, że nie oponował. Jego rana wciąż krwawiła. Kiedy Razwijar znalazł polankę, osłoniętą z trzech stron dwoma kamieniami i krzakami, legł na trawę i od razu zasnął.

Przyniósł wodę i postawił obok. Półczłowiek spał, leżąc i tu boku. Jego skóra podeschła i pośród świeżych zadrapań bielała stara blizna. Razwijar już wcześniej ją zauważył, na drugim boku była taka sama. Jeźdźcy nosili ostrogi.

Wyszedł na brzeg i szybkim krokiem ruszył wzdłuż strumienia. Zbliżał się świt i zbliżała się granica. Wzdłuż brzegu ni to śpiewały, ni to zawodziły człapacze.

Już ponad rok u chimajrydów nie rodziły się dzieci. Na co liczyli Nagóreni, kiedy poprosili maga, żeby zburzył zamek? Czy ze śmiercią władcy działanie przekleństwa zostało przerwane?

Ale przecież przekleństwo nałożył Poranek Bez Skazy, a jego truchło zostało uniesione przez wodę razem z turkusowym pierścieniem na palcu…

Jaką nienawiść trzeba było żywić do współplemieńców, żeby mścić się na nich tak potwornie?

Plemię pozbawione dzieci, umierałoby długo, zestarzałoby się, a ostatni z członków plemienia oszaleliby w końcu… Tak też się stanie, jeśli przekleństwo nie straciło swej mocy.

Razwijar przypomniał sobie ulewę, która oberwała się z czarnego nieba i maga, wznoszącego w górę dłonie. „Zobaczysz, przypełzną na kolanach” — mówił władca. Pomylił się. Gdzie jest teraz dziewczyna, którą Razwijar nazwał Skrzydlaczkiem? Co stało się z dziesiętnikiem Branem, z intendentem Szlopem? Z Krzywulcem i innymi strażnikami, ze wszystkimi mieszkańcami zamku? I co mówią o Razwijarze?

Szedł, potykając się i wszędzie majaczyły mu fruwające krwawniki. Chimajryd, któremu zabił brata i tak był skazany już wtedy. Przeżył znacznie ponad to, co dopuszczała odwieczna tradycja.

Co z tego, że jest młodszy od Razwijara, na tej ziemi takie rządzą prawa. Na tej przeklętej ziemi.

Pogasły gwiazdy i niebo na wschodzie zrobiło się szare. Razwijar szedł coraz wolniej.

Poranek Bez Skazy był okrutnym człowiekiem, a raczej okrutnym półczłowiekiem. Ale czy był chociaż o włos bardziej zły niż członkowie plemion chimajrydów ze swoimi obyczajami?

Gdyby wtedy, dawno temu, Razwijar spełnił rozkaz władcy i nakazał ogniewusze zabić jeńca, a ciało jego zrzucił do wzburzonej wody… co by było? Zapewne wspominałby nocami, jak leci do potoku okaleczone ciało… A teraz będzie wspominać te przeklęte krwawniki, pijące czerwoną wilgoć z odkrytych ran.

Albo nie będzie? Czy mało to już widział jak na swój wiek, żeby budzić się nocami z powodu jednego, samotnego chimajryda?

Nad horyzont wzbiły się trzy kropki — za duże jak na ptaki, za szybkie jak na gwiazdy.

Razwijar upadł na ziemię i wbił się w szczelinę między kamieniami, trzy osiodłane skrzydlaki przeleciały na dużej wysokości. Na szczęście nie wypatrywały i nie szukały niczego. Leciały w głąb krainy chimajrydów, prawdopodobnie po to, żeby dowiedzieć się o losie imperatorskiego maga.

* * *

Półczłowiek leżał, opierając się na lewej ręce, w prawej trzymał uniesiony kamień gotowy do obronnego uderzenia. Razwijar ześliznął się na bok, ukrywając się za krzakiem.

— Ach, to ty — powiedział chimajryd.

Upuścił kamień. Dysząc, oparł się na dłoni. Trawa na polance przywiędła, zmięta ciężkim ciałem. Skorupa po wodzie była pusta.

Razwijar z ociąganiem wyszedł na odkryte miejsce.

— Myślałem, że to oni — powiedział półczłowiek szeptem. — Myślałem, że nie wrócisz.

Wyglądał trochę lepiej niż wczoraj, a przynajmniej nacięcia i zadrapania ściągnęły się, opatrunek przykleił się do rany i nie było widać na nim świeżej krwi.

— Widziałeś? — Razwijar pokazał palcem niebo.

— Widziałem — chimajryd oblizał wyschnięte wargi.

— Mogę iść. Chodźmy.

— W środku dnia?