Выбрать главу

Półczłowiek energicznie pokiwał głową, zacisnął pięści i i zaczął przebierać w miejscu łapami:

— Trzeba iść. Czuję, że są całkiem blisko. Nie będą czekać do wieczora… Dlaczego wróciłeś?

Razwijar usiadł na kamieniu, w pewnej odległości od chimajryda. Teraz, kiedy ten trochę poleżał, odczuwalna stała się w nim ożywiająca moc. Taki wyciągnie łapę dla zabawy, a ty zbieraj potem kości.

Dlaczego wrócił… Szczerze mówiąc, z głupoty. Przerażony jeźdźcami na skrzydlakach długo ukrywał się w szczelinie pomiędzy skałami, z niepokojem spoglądał na wschód i na zachód, rozmyślał. Dalej, w dolnym biegu rzeki, brzegi są gładkie jak skorupka jajka i tylko gdzieniegdzie z kamienistej ziemi przebijają rzadkie krzewy. Człowiek, który narysował mapę, znakomicie potrafił oddać charakter terenu; Razwijar nauczył się odróżniać na mapie góry, wzgórza, zarośla, kamienisty płaskowyż i wszystko to znajdowało się na swoich dawnych miejscach, nie zmieniając się nadto w ciągu minionych lat.

Możliwe, że zaczął odczuwać lęk przed kontynuowaniem wędrówki w biały dzień, po odkrytym terenie. A możliwe, ze przyprowadziło go tutaj wyobrażenie; naprzykrzający się widok zakrwawionego żółtego ciała za każdym kamieniem, suchych oczu, wczepionych w ziemię rąk…

Raz oszczędził go i raz ocalił. Wystarczająco, żeby uważać biedaka niemal za swoją własność.

— Ja też muszę odpocząć — powiedział powoli. — Tam dalej nie ma gdzie się ukryć.

Pójdziemy po równinie.

— Pójdziemy — czworonóg kiwnął głową. — Po równinie lżej się idzie. A ci na ptakach nie wrócą. Teraz nie my im w głowie.

* * *

Jego dwunogiego brata nazywali Szybki Tancerz, ponieważ ścierał się w walce, jakby tańczył, a taniec ten zawsze szybko się kończył. A czworonogiego niewolnego zwali Łuną Księżyca i żadnego szczególnego znaczenia to imię nie miało — po prostu senior, nadający młodzieńcom imiona w dzień wtajemniczenia, nie lubił Łuksa za roztargnienie, lenistwo i przekorę. A możliwe, że nawet podejrzewał w młodzieńcu skłonność do zdrady. Jakkolwiek by to wyjaśniać, okazało się, że senior miał całkowitą rację: Łuna Księżyca haniebnie splamił swoje dziwne imię tchórzostwem i zdradą.

— Jakim tchórzostwem? — zapytał Razwijar. — Chciałbym popatrzeć na waszego seniora, gdyby napuścić na niego ogniewuchę!

— Moi przodkowie szli w ogień z wesołą pieśnią na ustach. A ja nie byłem zdolny nawet dostojnie umrzeć.

— Mam zamiar przeżyć — sucho zauważył Razwijar. — Jeśli zamierzasz żałować, że nie umarłeś to lepiej idź swoją drogą. Na nic mi twoje pogrzebowe pieśni!

Szli ramię w ramię po ledwie widocznej dróżce, a czworonogi rozpoznawał właściwą drogę.

Jego szerokie łapy z wciągniętymi pazurami stąpały po kamieniach jak po równym terenie. Był bardzo blady i często pił, przypadając do wody, ale trzymał się dobrze. Razwijar będąc tylko lekko rannym, przeleżał w łóżku kilka dni… Z drugiej strony, w obliczu śmierci zapewne podniósłby się i poszedł. Nawet na wpół zdechły człapacz odpełza w szczelinę, mając nadzieję przeżyć.

— Przeżyć — powtórzył na głos czworonogi Łuks czy to powtarzając ostatnie słowa Razwijara, czy to czytając jego myśli. — A co ty będziesz robił? Tam, na granicy?

— Opowiedz, co jest przed nami?

— Szeroka rzeka… Nie można jej przepłynąć, ani przejść w bród. Most. Pośrodku rzeki jest wyspa, tam rozdziela się woda… I tam jest imperatorska strażnica.

— Przepuszczą nas?

— Nie wiem. Po tym, co się stało…

— A cóż takiego, niech cię Szuu rozedrze, się stało? Skąd wziął się ten przeklęty mag, kto przyprowadził go pod zamek?

— Widziałeś głowy na pikach? — cicho zapytał Łuks. — Sam je tam nadziewałeś?

— Nie — powiedział Razwijar bardzo szybko. I po chwili dodał: — Nie byłem na tej wyprawie. Na tej, właśnie tej nie…

— Zrozumiałem — powiedział czworonogi — …w zasadzie mnie też tam nie było. Chciałem, żeby jak najdłużej myśleli, że jestem martwy.

Razwijar pomyślał, że może Łuks nie tak znowu na próżno kaja się i przezywa tchórzem. Są bitwy, na które mężczyzna po prostu ma obowiązek pójść, niezależnie od tego, czy jest martwy, czy żywy.

Łuks tymczasem myślał już o czymś innym. Kamienie ciężko chwiały się pod jego łapami.

— Urodziłem się później — powiedział wreszcie. — Nie pamiętam, w jaki sposób Poranek Bez Skazy przeklął swój ród. Matki zaczęły rodzić dzieci, jak popadnie. Został naruszony odwieczny porządek…

— Porządek jest wtedy, kiedy każda matka rodzi po dwie dziewczynki, wojownika i… niewolnego?

Łuks usłyszał zmianę głosu Razwijara przy ostatnim słowie. Zerknął na niego przez nagie, opalone, pomazane wyschniętą krwią ramię:

— Tak. Ale to jeszcze nie wszystko…

— „Mówiono, że w swoim zapiekłym gniewie gotów był wytrzebić wszystkie plemiona Nagórenów. Mówiono także, że stworzył i przeklął jakąś rzecz i jeśli uwolnić przekleństwo — wszyscy Nagóreni umrą. Ale czy to prawda… tego nie wiem i nie mogę wiedzieć do końca.

Imieniem Poranka Bez Skazy straszą w klanach dzieci — nawet teraz, po jego śmierci”.

Łuks zatrzymał się. Popatrzył na Razwijara ze strachem:

— Skąd ty… Skąd ty to wszystko wiesz?!

Razwijar uśmiechnął się:

— Mówiłem ci… jestem skrybą. Ostatnia księga, którą przepisywałem nosiła tytuł „Kroniki chimajrydów”. Tam była też mapa, która doprowadziła mnie do rzeki…

— I która doprowadziła naszego wroga do Jeziora Urodzaju — ze smutkiem powiedział czworonogi. — Matko Wof, dlaczego cię nie zabiłem.

— „Zabiłem, zabiłem” — kłótliwie przedrzeźniał go Razwijar. — Teraz obaj walalibyśmy się martwi i cmentarne robale pełzałyby w naszych rozchylonych ustach. I co by z tego przyszło?

Łuks nic nie odpowiedział. Skracały się cienie, przypiekało słońce, Razwijarowi zaburczało w brzuchu, nadszedł najwyższy czas, aby pomyśleć o postoju.

— Jeść mi się chce — powiedział na głos. — Próbowałem schwytać człapacza, ale nie złapałem ani jednego… Tylko jaja znalazłem, które roztaczają woń pleśni…

Łuks, ciężko sapiąc, wszedł trochę wyżej po stoku. Kilka minut szperał, rozglądając się, odwalając kamienie. Razwijar obserwował go z niedowierzaniem i dlatego zdążył zauważyć, jak mignął, wyrwawszy się z jakiejś szczeliny, nieuchwytny cień. Dało się słyszeć miękkie uderzenie. Chimajryd poderwał się, aby uderzyć łapą i człapacz, zbity w skoku, przekoziołkował i gruchnął na drogę.

— Są smaczne — powiedział Łuks, wycierając dłonią pot z czoła. — Tylko trzeba podsmażyć na kamieniu.

Czarny, płaski kamień znalazł się w niższym rejonie zbocza. Łuks rozdzielał człapacza pazurem jak nożem. Razwijar z uniesionymi brwiami patrzył, jak zwinnie się z nim rozprawia.

I przyłapał się na tym, że powtarza przyzwyczajenia władcy. Te uniesione brwi, maniera patrzenia na rozmówcę, lekki uśmiech — gesty te stały się częścią Razwijara, skopiował je, sam o tym nie wiedząc i powtarza teraz, kiedy władca jest martwy. Kiedy przebrzmiał już ten szept:

„Miedziany Królu, Miedziany Królu…”.

Tusza człapacza rozpłaszczała się na kamieniu. Czarna powierzchnia nagrzewała się w słońcu jak piec. Razwijar i Łuks usadowili się w cieniu, a człapacz powoli smażył się, skwiercząc.

— Nasz wróg pierwszy zaczął wojnę.