— Kłamstwo. Wasze oddziały napadały na zamek cały czas. Ostrzeliwały karawany. Zabijały strażników i niewolników, rozganiały stada…
— To wszystko przez Poranek Bez Skazy — Łuks westchnął, znalazł patyczek, przewrócił mięso na kamiennej patelni. On wybudował zamek i obiecał, że dopóki zamek stoi — nie będzie pokoju w plemieniu chimajrydów. Tak też się stało.
— Widziałem go — powiedział Razwijar, spazmatycznie przełykając ślinę, która napłynęła potokiem od zapachu smażonego mięsa. — Leżał w szybie u podstawy zamku. Martwy, z pierścieniem na palcu.
— Był magiem — Łuks w zamyśleniu popatrzył na swoją dłoń, potem podobnym gestem przekręcił łapę poduszeczką do góry i przyjrzał się jej także. — Seniorzy powiedzieli, że na zaklęcie, rzucone przez maga, pomóc może tylko drugi mag. Powiedzieli, że nawet gdybyśmy podporządkowali się i stali się częścią Imperium, i tak nie oddamy wolności. Tak powiedzieli współplemieńcom. Klan Rosy zginął prawie cały… A przecież to był najsilniejszy klan… I głowy na pikach. I przekleństwo Poranka, żeby nie rodziły się dzieci. Gońcy szli do Imperium tą samą drogą, którą teraz idziemy. I przynieśli umowę: Naporeni powinni wybudować wieżę dla imperatorskiego maga i pałac dla namiestnika, karmić ich, utrzymywać i oddawać honory. A za to imperatorski mag zabije naszego wroga. Wszyscy zebrali się na ostatnią bitwę, nawet klan Zimy i już nie mogłem się wykręcić…
— Bojownik — wyrwało się Razwijarowi.
Łuks zamilkł — i milcząc w zamyśleniu smażył mięso, dopóki nie zaczęło się przypalać.
— No dobrze — wymamrotał w końcu Razwijar. — Sam przecież mówiłeś…
Łuks podniósł smażonego człapacza pazurem i przerzucił na biały kamień — żeby przestygł.
— Wszystko szło dobrze — spokojnym głosem powiedział. — Dopóki mag nie zginął. A kiedy już umarł, dla wszystkich stało się jasne, że nie będzie ani wieży, ani namiestnika, że wszyscy magowie na bezsilni, że Imperium nie jest w stanie ochronić nas przed przekleństwem… A dla mojego klanu, klanu Równonocy, stało się jasne także to, że mój brat, Szybki Tancerz, chodzi piechotą po pośmiertnej równinie, upokorzony jak ten oto człapacz.
Uciekłem z klanu Zimy i zacząłem wałęsać się po górach jak ten człapacz, kiedy jeszcze żył. Ale moi krewni znaleźli mnie i pojmali jak my tego człapacza… Jedz, bo ostygnie.
— Jeśli wasi seniorzy obiecali Imperatorowi wybudować wieżę, to znaczy, że on przyśle drugiego maga — przypuszczająco stwierdził Razwijar.
— Po twojemu, to u Imperatora na służbie jest tylu magów, co stonóg pod wilgotnym kamieniem. I zacznie przysyłać ich jednego po drugim, żeby tutaj przepadali?
Łuks wzruszył ramionami z lekkim uśmiechem i Razwijar nagle pojął, jakie spokojne życie prowadził do momentu, gdy obok pasterskich pieczar ogniewucha zabiła jego brata. Nieustannie roztargniony, nonszalancki, o ciętym języku, dokładnie takiemu zirytowany senior mógł w uniesieniu nadać imię: Łuna Księżyca…
— Kochałeś swojego brata? — wymamrotał Razwijar, odwracając wzrok.
— Nienawidziłem go — lekkim tonem odpowiedział Łuks. — A on nienawidził mnie. Nasza matka urodziła trzech niewolnych i jednego jeźdźca. Dwóch czworonogich trzeba było we wczesnym dzieciństwie zamienić na dwie dziewczynki, oczywiście, tych lepszych niewolnych, czyli moich starszych braci, ponieważ dziewczynek w tych latach rodziło się mało. A Tancerz uważał się za zbyt dobrego, żeby na mnie jeździć. Nigdy nie wygrywałem Długiej Wyprawy, nigdy nie przychodziłem pierwszy. Tylko jeden raz przyszedłem jako drugi… Nie rozstawaliśmy się z bratem, byliśmy jak jedno. Widziałem jak umarł… — Łuks dwoma przednimi łapami rozerwał smażonego człapacza na dwie części. — Wybieraj, która dla ciebie. Jak dla mnie są jednakowe.
Razwijar był zbyt głodny, żeby chociaż chwilą skupionej ciszy uczcić śmierć Szybkiego Tancerza. Burcząc i mlaskając, pożarli człapacza, ogryźli kości i przywalili resztki jedzenia kamieniami.
Razwijar poszedł do wody, żeby się napić i umyć. Skórzane sapogi wytrzymały drogę i nie wyglądało na to, żeby miały się zedrzeć. To było dobre obuwie, uszyte przez rzemieślników w zamku. Bez nich, na tych ostrych kamieniach Razwijar migiem straciłby nogi; kurtka ze skóry przyślepki nagrzewała się na słońcu jak czarny kamień, służący za patelnię.
Wszedł do wody, nie zdejmując odzieży. Zamarł, czując jak lodowate strugi przepływają między kurtką, koszulą i odrobinę się ociepliwszy, dotykają skóry. Zrobił już tak pewnego razu, co prawda potem trzeba było długo się suszyć, rozkładając manatki na kamieniach…
— Patrz! — krzyknął Łuks.
Nad horyzontem unosiły się trzy skrzydlaki. Tym razem leciały nisko, niespiesznie, zataczając kręgi i wypatrując kogoś na ziemi.
Razwijar wyskoczył z rzeki rozbryzgując i rozlewając po kamieniach potoki wody, ślizgając się i ledwie nie upadając. Było za późno, żeby biec — skrzydlaki, nawet szybując niespiesznie, zbliżały się błyskawicznie. Uciekać przed nimi po ziemi nie było sensu.
Łuna Księżyca zamarł, opuściwszy ręce, nisko przysiadł na rozcapierzonych łapach. Żółte pazury wczepiły się w ziemię. Miał taki wyraz oczu, jaki Razwijar już raz widział. Podobne spojrzenie miał Łuks, kiedy chmara motyli krwawników żywcem wysysała z niego krew w zaroślach kolczastych krzewów.
— Nie stój! — ryknął Razwijar. — Szukaj, gdzie się schować!
Od brzegu wznosiły się niewysokie, gładkie skały — człapacze mogły swobodnie ukrywać się w szczelinach, człowiek, a tym bardziej chimajryd ukryć się w nich nie mógł. Gdzieniegdzie rosły krzaki, ale rzadkie, niskie. Razwijar obejrzał się na rzekę. Przemknęła mu przez głowę szalona myśclass="underline" a gdyby tak zanurkować i przesiedzieć niebezpieczeństwo na dnie?!
— Czego oni chcą? — cicho zapytał Łuks. — Nie rozumiem.
— Leż!
Nagóren posłusznie legł pod rozłożystym, lecz prawie prześwitującym krzakiem. Obok upadł Razwijar. Mokra koszula przylgnęła niemiło do ciała.
— Nie powinno ich tutaj być — z tępą rozpaczą powtórzył Łuks. — Strażnicy Imperium? Za mną? Nie może być…
Razwijar patrzył, jak skrzydlaki zbliżają się. To zniżały lot, to znowu nabierały wysokości.
Niekiedy zbaczały z obranego kierunku i wtedy Razwijar błagał, żeby ich trasa przebiegła obok, ale niebieski patrol leciał dokładnie nad rzeką i Razwijarowi z Łuksem sądzone było wpaść im w oczy w ciągu kilku chwil.
Ale stało się inaczej. Ptak, lecący na przedzie, nagle zanurkował. Razwijar pomyślał już, że rozbije się o kamienie, ale ptak rozpostarł skrzydła w czasie spadania i poderwał się. Wyraźnie widać było trzy ludzkie postacie na jego grzbiecie, jeźdźcy równocześnie, jak na komendę, wykonali ruch — taki zwyczajny i znajomy, ale Razwijar nie od razu pojął, co się dzieje.
Manewr pierwszego ptaka powtórzyły dwa następne, tak samo rozkładając skrzydła i podrywając się, ale siedzących na nich ludzi Razwijar już nie mógł dostrzec. Ptaki prze padły z pola widzenia; zniżyły lot i niemal od razu wzleciały wysoko do nieba. Zawróciły i poleciały z powrotem w głąb ziem chimajrydów.
Po dawnemu szumiała, płynąca po kamieniach rzeka. Całkiem niedaleko pośród skał zajęczał człapacz. Ośmielony zajęczał ponownie basowo, dudniąco, przyzywając towarzyszkę.
Ani Razwijar, ani Łuks nie mogli wiedzieć, co wydarzyło sie w radzie seniorów. Co mówili imperatorscy posłańcy, kiedy zeszli ze swoich skrzydlaków? Co odpowiedzieli im chimajrydzi?