Targowali się, usprawiedliwiali, obwiniali wzajemnie? Wypierali się umowy, szukali, na kogo zwalić winę za śmierć maga?
Przedarłszy się przez niewysokie pasmo kamieni, Razwijar i Łuna Księżyca zobaczyli ich.
Chimajryd zatrzymał sic i przypadł brzuchem do ziemi, przycisnął ręce do piersi:
— To oni. To moi…
— Krewni? — z przerażeniem zapytał Razwijar.
— Z mojego klanu — ledwie słyszalnym szeptem powiedział Łuks. — Popatrz… Tam… Nie zabrali strzał.
Strzał było dziewięć — tyle ile jeźdźców na skrzydlakach, Lotki białe i jaskrawożółte.
Wszystkich ofiar było osiem i tylko jeden, stary półczłowiek z siwą głową i rzadką szczeciniastą brodą, został zabity dwoma strzałami.
— Popatrz, jak oni strzelają! — z podziwem przemieszanym z rozpaczą powiedział Łuks. — W locie… Do biegnących…
Razwijar sam wszystko doskonale widział. Każda strzała była wbita jak igiełka w poduszeczkę, tak, żeby zabić od razu. Umierali w biegu — łapy niewolnych niosły dalej już martwe ciała, a jeźdźcy spadali z siodeł i toczyli się, koziołkując po ziemi, rozbijając się o kamienie.
— Nie zabrali strzał. U nas robi się tak na znak, że nie jest to zabójstwo i nie walka, a kaźń.
To mój klan… klan Równonocy… Seniorzy, wodzowie… Co to oznacza?
Łuks odwrócił się do Razwijara, jakby ten mógł znać odpowiedź.
— Czymś rozgniewali Imperatora? — zapytał, nie namyślając się.
Chimajryd przełknął ślinę.
— Nie wiem. Słyszałem tylko fragmenty relacji, jakieś plotki… Klan Równonocy zawsze był przeciwny sojuszowi z Imperium. Od samego początku. Potem mówiono, że mag nie wypełnił obietnicy, nie zdjął przekleństwa… Nie potrafił zniszczyć zamku… A to znaczy, że Imperator nie ma nad nami władzy, a my nie mamy żadnego zobowiązania… Nie interesowało mnie to, szczerze mówiąc. Szukali mnie wtedy, żeby zwrócić mogile brata… Co to oznacza, jak myślisz?
Zemsta za tego przeklętego maga?
— To zapowiedź zmian — powiedział Razwijar i znowu, ze strachem i odrazą, usłyszał nutki władcy w swoim głosie. — Początek nowej wojny. To pewne.
Łuks odszedł na bok. Objął się za ramiona. Po skórze przedramion przeszły drgania.
— Mają broń — powiedział Razwijar. I od razu sam sobie odpowiedział — Ale z nas nie tacy durnie, żeby ich okraść. Znajdą ich. Niech lepiej wszystko będzie przy nich, do ostatniego nożyka.
Z trudem oderwał wzrok od ciała starca, zabitego dwoma strzałami. Seniorzy klanu Równonocy byli przeciwko sojuszowi z Imperium; ich krnąbrność objawiła się w bardzo odpowiednim momencie, kiedy trzeba było pilnie znaleźć odpowiedzialnego za śmierć maga i niepowodzenie wyprawy.
— Przeklęta ziemia — powiedział głośno. — I nie zdjęte przekleństwo.
Łuks odwrócił się i poszedł przed siebie, utykając na wszystkie cztery łapy.
Przenocowali na gołej ziemi. Nad ranem Razwijar nie wytrzymał zimna, przysunął się do ciepłego, miękkiego, pokrytego sierścią boku Łuksa. Ten nie oponował; Razwijar ogrzał się i przestał w końcu się trząść.
Rankiem znowu ruszyli w drogę i szli w milczeniu, dopóki nie zobaczyli ujścia. Potok, wiele dni wiodący Razwijara do celu, okazał się strumyczkiem w porównaniu z prącą masą wody, podobną do toczącego się morza w miejscu złączenia się dwóch nurtów. Łuks także wydawał się wstrząśnięty. Nigdy tutaj nie był i nie przypuszczał, że przygraniczna rzeka jest taka ogromna.
Razwijar, zamknąwszy oczy, przypomniał sobie mapę, tutaj przechodziła granica chimajrydzkich ziem. Tuż obok był górny kraj stronicy — tam, w bibliotece i później, w zamku, kiedy Razwijar odtwarzał mapę z pamięci.
— Doszliśmy — powiedział głośno.
Przeszli jeszcze trochę wzdłuż przygranicznej rzeki, przeciwległy brzeg gubił się we mgle. W końcu zobaczyli kamienny most, gdzieniegdzie zawalony, ale z pobieżnego oglądu wynikało, że da się po nim jeszcze przejść. Woda pod nim kręciła ciemnymi wirami. Przeogromna rzeka toczyła się bezdźwięcznie, ale w jej oleistym biegu czuło się drzemiącą, niebezpieczną potęgę żywiołu. W mglistości gorącego dnia wyspa zdawała się niskim obłokiem pośrodku wody.
Łuks usiadł. Siedząc był wzrostu stojącego człowieka. Jego smagły brzuch, pokryty podgojonymi rankami, bezwłosa pierś i ramiona, wyrastały z chimajrydzkiego ciała, tak samo naturalnie, jak omszały kamień wyrasta z wysokiej trawy. Siedział i patrzył na Razwijara, jakby czegoś od niego oczekiwał.
Razwijar usiadł obok. Siedzieli w skąpym cieniu, patrząc, jak drży powietrze nad brzegiem i jak bezdźwięcznie kotłuje się rzeka. Łuks w zamyśleniu doprowadzał się do porządku — pazurami przeczesywał sierść, palcami rozplątywał kołtuny, wyciągał rzepy. Razwijar powrócił do rozmyślań, którymi zajmował swój umysł podczas ostatniego odcinka drogi. Myśli te nie miały nic wspólnego ani z przeżyciem, ani z planami na najbliższą przyszłość.
Myślał o ludziach, którzy zamierzali żyć długo i obdarowanych władzą. O władcy. O chimajrydach. O magu. O tym, że potężni umarli, a skazany przeżył. Łuks wyginał z gracją tułów, wyczesując skórę na biodrach, jego sierść urosła i ślady po ostrogach stały się prawie niewidoczne. Jeździec noszący, te ostrogi także umarł.
Razwijar przeniósł wzrok na rzekę. Znany był mu głód i pragnienie. Uczucie, które teraz nim zawładnęło było podobne i do tego, i do tego. Wcześniej, w zamku uczucie to nawiedzało go także. Wtedy doprowadzała go do wściekłości własna głupota i słabość, chciał stać się mądrzejszy i silniejszy, uważnie słuchał dziesiętnika Brana, ćwiczył z mieczami, biegał po górach z workiem kamieni na plecach, ale to nie było to, na przekór wszystkim staraniom nadal był tak samo słaby i głupi…
— Czego potrzebuję? — zapytał sam siebie szeptem.
Łuks usłyszał. Zostawił w spokoju swój ogon, który jeszcze minutę temu troskliwie czyścił z zaplątanych w nim rzepów.
— Czego potrzebujesz? — zapytał ze zdziwieniem. — Myślę, że przeprawić się przez tę rzekę i pozostać wśród żywych.
Razwijar odwrócił głowę:
— A ty czego ty potrzebujesz?
— Myślę, że tego samego — Łuks uśmiechnął się. To był drugi albo trzeci uśmiech, który zobaczył Razwijar na jego twarzy. — Musimy przeżyć.
— A potem?
— Jaki ty jesteś nudny. Potem zobaczymy.
— Łuks — zapytał Razwijar powoli. — Masz coś, co jest ci drogie? Oprócz życia?
Łuna Księżyca wypuścił swój ogon. Ten powoli opadł na kamień, a jego biała końcówka drgnęła.
— Nic — powiedział po namyśle. — Wszystko co miałem, już straciłem — mój klan, mojego brata, moją rodzinę. W końcu honor. Nie mam nic oprócz życia, ale jak dla mnie — to bardzo dużo. Tylko martwi nie mają nic do stracenia.
— Szkoda — powiedział Razwijar, spoglądając na wyspę spowitą we mgle. — Ja także niczego takiego nie mam.
— Jesteś mistrzem w zadawaniu głupich pytań — z szacunkiem powiedział Łuks. — A co zamierzasz powiedzieć patrolowi na moście, kiedy zapytają, kim jesteś?
— Po prostu człowiekiem.
— Człowiekiem, który przyszedł z ziemi Nagórenów. W ubraniu żołnierza. — Łuks obrzucił Razwijar a oceniającym spojrzeniem. — Dobrze, w resztkach ubrania żołnierza.
— To co, mam się rozebrać i iść nago?!
Łuks pokręcił głową:
— Goły człowiek jest jeszcze bardziej podejrzany… A jeśli ja zapytam ciebie, kim jesteś?