Dopóki jeszcze nie przeszliśmy granicy?
— Ty już pytałeś. I ja odpowiedziałem.
Łuks westchnął:
— Nie wyjaśniłeś najważniejszego. Dlaczego uciekłeś? Dlaczego zachciało ci się biegać po stokach, jeśli władca zamku tak bardzo cię cenił, że powierzył ci ogniste stworzenia? Przecież zamek przetrwał, mag niczego nie mógł z nim zrobić. Nie mógł nawet zabić kamiennego władcy, ten przeżył, a teraz…
— On umarł… — wyrwało się Razwijarowi. Drgnął. Przypomniał sobie urywany, chciwy szept: „Miedziany Królu, Miedziany Królu…”
Łuks odsunął się. Jego smagłe policzki znowu pożółkły — krew odpłynęła z twarzy.
— Nie wierzę ci. — powiedział z nabożnym strachem. — Widziałeś go martwym?
— Tak — Razwijar odwrócił się. — Dlatego uciekłem.
— A…
Łuks zaciął się. Cień kamienia, pod którym siedzieli, powoli przesuwał się, coraz bardziej się skracając.
— To znaczy, że mag jednak go zabił — bardziej do siebie niż do Razwijara powiedział Łuks.
— Czyli jednak potrafił…
Razwijar pomyślał z ulgą, że nie musi niczego wyjaśniać. Obraz świata dobuduje się w umyśle chimajryda jak domek według znanego rysunku. Możliwe, że w zamku także uwierzą, że władca umarł z woli maga? I z woli maga w jego piersi tkwiło ostrze?
— Co teraz będzie? — znowu zapytał Łuks. Imperator zechce wziąć te ziemie dla siebie. Ale przekleństwo Poranka Bez Skazy nie straciło swojej mocy. Będzie bitwa i Nagóreni ją przegrają.
Chimajryd legł na brzuchu, wyciągnął łapy, dłońmi oparł się o ziemię. Bardzo nisko opuścił głowę. Razwijar zobaczył jego szyję pod splątanymi włosami.
— Wiesz — powiedział, nie podnosząc wzroku. — Idź sam…
— Słucham?
— Sam przejdź granicę… Ja zostanę. Jednak…
Zrobiło się cicho.
— Seniorów Równonocy zabito — znowu odezwał się Łuks, jakby starając się przekonać samego siebie. — Bez nich… może… swoi mnie nie tkną. Już taki los… Lepiej umrzeć w walce, wtedy na Zielonej Równinie, po śmierci można będzie wszystko wyjaśnić Tancerzowi.
Powiedzieć, że nie stchórzyłem, tylko spóźniłem się w imię wielkiej misji.
Z każdym słowem jego głos stawał się coraz bardziej pewny.
— Tak, Pójdę do klanu Zimy. Dowiem się, co zamierzają. Będą im potrzebni wojownicy.
Jestem dobrym wojownikiem, nie jest wcale tak, jak o mnie myślisz. Trzeba brać ze sobą tarcze, żeby zasłaniać się od strzał z powietrza. My z Tancerzem dobrze opracowaliśmy walkę z tarczami w parze… Szkoda, że go ma. Ale nic to; na pewno znajdą się piesi jeźdźcy… A może ty mną pójdziesz?
Podniósł głowę. W jego oczach była prawdziwa nadzieja — żarliwa, natarczywa.
— Nie — z wysiłkiem powiedział Razwijar. — Posłuchaj, przecież miałeś zamiar przeżyć.
— Czyż jestem nieśmiertelny? — Głos Łuksa znowu drgnął. — Wcześniej czy później… przyjdzie wyjaśnić Tancerzowi, jak to było. Ty… nie pójdziesz ze mną, prawda?
— Nie — powtórzył Razwijar i podniósł się. — Wiesz… dobrze, że się spotkaliśmy. Ale teraz…
Przerwał i rozłożył ręce. Potem odwrócił się i poszedł w kierunku mostu.
Początkowo po prostu szedł tak, jak się chodzi po mostach, prawie bez trudu. Potem było gorzej. Niestety, im dalej docierał, tym trudniejsza stawała się przeprawa. Możliwe, że kiedyś most rozmyła powódź albo ostrzelano go z katapulty, albo po prostu czas na środku rzeki biegł szybciej. Razwijar przedzierał się teraz, czepiając się resztek poręczy, skacząc z kamienia na kamień, obmacując kładkę przed sobą, strącając do wody cegły tkwiące w murze tylko na słowo honoru. Od wody ciągnęło chłodem, nieoczekiwanym w środku gorącego dnia.
Wyspa zbliżyła się, wyłoniwszy się zza chmury. I niemal od razu okazało się, że dalej przejścia nie ma. Przejście między dwoma przęsłami zawaliło się całkowicie, a od jednego filara do drugiego było pięć albo sześć dużych kroków. Gdyby Razwijar umiał chodzić w powietrzu.
Ale nie umiał.
Ciężko posapując usiadł na skraju konstrukcji, zwieszając nogi. Odpocząć, myślał. Jest czas, myślał. Zdobyć sznur? Zdobyć długi drąg? Nie, tutaj nie ma drzew… Iść wzdłuż brzegu? Szukać innego mostu albo może brodu?
Rzeka przetaczała się pod jego nogami, oleiście czarna. Nie chciało się dotykać tej wody.
Chyba nie byłby w stanie jej pić.
Wczepiwszy się w rozkruszone kamienie, pomyślał w jakimś odrętwieniu: a gdyby tutaj była jakaś długa żerdź, ucięte przy korzeniu młode drzewo. Cenna rzecz, niezbędna, bez której obejść się nie można. Wtedy można by było przesunąć nad nią ręką i powiedzieć: „Miedziany Królu…”.
Drgnął i ledwie nie spadł z konstrukcji w nurt rzeki. Obsesyjna potrzeba przeniknęła go tak jak łyk morskiej wody. Odkaszlnął, tak odczuwalna, narzucająca się i wyraźna była pokusa.
Potrząsnął głową i podniósł się na drżących nogach. Przeciwległy kraj rozłamu nie stał się bliższy, ale słońce przeszło najwyższy punkt i zaczynało zachodzić. Nigdy w życiu, powiedział sobie Razwijar, nigdy więcej w życiu tego nie zrobię. Nie wiem, skąd jest ta magia i kto nauczył tego obrzędu starego latarnika, i kto nauczył władcę, i ilu jest ludzi na świecie znających tę tajemnicę. Ale ja nigdy więcej, lepiej niech zdechnę, wpadając zaraz w tę czarną rzekę, zachłysnę się…
Spod podeszwy wyrwał się kamień, poleciał w dół i bezdźwięcznie dosięgnął wody.
— A teraz znajdę coś, żeby się przeprawić — powiedział Razwijar na glos, ni to do siebie, ni to do mostu. I potykając się, wisząc nad czarną wodą, ruszył z powrotem.
Łuks stał na brzegu, przy samym moście, przestępując z łapy na łapę. Jakby tańcząc. Gryzł pazury, spoglądając na wracającego Razwijara, i rzucił się ku niemu, ledwie ten zszedł z mostu:
— Przemyślałeś to?!
W miarę, jak Razwijar objaśniał mu sedno sprawy, nerwowa twarz chimajryda stawała się coraz bledsza i nieobecna.
— Znajdę drąg — zakończył Razwijar. — Albo sznur. A najlepiej i to i to.
— Jak, mówisz, duża jest ta dziura? — bezbarwnym głosem zapytał Łuks.
— Na pięć albo sześć kroków.
Łuks zacisnął wargi. Odwróciwszy się, popatrzył na niebo nad dalekimi górami. Razwijar poszedł za jego spojrzeniem, ale niczego szczególnego nie zobaczył, chimajryd objął ramiona i zakołysał się w przód i w tył.
— Idziemy — tak samo cicho i bezbarwnie powiedział Łuks. — Spróbuję ci pomóc.
We dwóch dotarli do wyrwy szybciej. Razwijar nabrał niejakiej wprawy, a chimajryd był od dziecka przyzwyczajony do chodzenia po górach i rozpadlinach. Kiedy dotarli na miejsce, kilka chwil stali w milczeniu. Razwijar bał się, że Łuks powie krótko: nie, to za daleko. A Łuks patrzył to na wodę, to na przeciwległy kraj rozłamu, poruszał ustami i myślał, nie wiadomo o czym.
— I co dalej? — nie wytrzymał Razwijar.
Łuks potarł twarz dłońmi:
— Siadaj na moim grzbiecie.
Razwijar znowu zmierzył wzrokiem odległość. Widział, jak skaczą chimajrydzi. Jak wbiegają na sam szczyt, po niemal pionowej skale. Jak przeskakują z kamienia na kamień. Ale też doskonale pamiętał, jak poraniony Łuks jeszcze dwa dni temu ledwie powłóczył nogami.
Chciał zapytać: „Jesteś pewien, że dasz radę?”. I jeszcze chciał zapytać: „Czy ja mogę usiąść na miejscu twojego brata, którego zabiłem?”. Już otworzył usta by to zrobić, ale przypomniał sobie, jak Łuks nazwał go mistrzem zadawania głupich pytań. I miałby rację.