Balansując na kamieniach, podszedł do samego chimajryda. Zarzucił nogę na jego ciepły, miękki grzbiet, podciągnął się. Ostatnim razem siedział wierzchem na Łunie Księżyca, kiedy ten jeszcze nosił siodło i strzemiona. Razwijar czuł wtedy, że dosiadając jeńca poniża go. Ale teraz nie odnalazł w sobie tego uczucia.
Łuks odwrócił głowę, Razwijar zobaczył jego profil.
— Złap mnie za ramiona i ściśnij kolana.
— A czy nie powinieneś się rozpędzić? — zapytał nieśmiało.
— Bądź cicho — powiedział chimajryd. — Patrz do przodu, a nie w dół.
Przysiadł, naprężył łapy. Razwijar czuł, jak napinają się mięśnie Łuksa, falując pod skórą niczym woda pod mostem — nieuchwytnie, sprężyście i niebezpiecznie. Razwijar nabrał powietrza pełną piersią. Chimajryd zgiął ręce w łokciach, głowę pochylił do przodu i skoczył.
Jednak był osłabiony. Skok był krótki i gwałtowny. Ale nawet taki skok był jak maleńki lot.
Wczepiwszy się w ramiona Łuksa, zaciskając kolana, Razwijar wzbił się razem z nim.
Zobaczył rzekę i czarne oczy wirów. Zobaczył niebo w smudze południowej mgiełki. Zobaczył lecący cień czworonogiego z jeźdźcem na grzbiecie. I w ostatnim momencie, z rozpędu dotknął twarzą mokrych pleców wierzchowca. Ten lądował na przednie łapy, zachwiał się, tylne łapy ześlizgnęły się i znowu znalazły oparcie. Łuks stał na czterech łapach, wyprostował zgięte łokcie, schylił głowę — a wyłom został za nimi.
Razwijar ześliznął się z jego grzbietu. Wytarł twarz rękawem, odkaszlnął.
— Dziękuję. Świetne to… u was.
Łuks nie patrzył na niego. Patrzył na rzekę, na rozłam, na pozostawiony brzeg.
— Według mnie — ostrożnie powiedział Razwijar — nie powinieneś wracać.
Chimajryd gwałtownie się odwrócił. Heks cofnął się gwałtownie, ledwie nie upadając, Łuks w porę chwycił go za rękę.
— Powtórz, to co powiedziałeś — wydyszał.
— Według mnie nie powinieneś wracać. To pewne, że cię zabiją.
— To nie jest usprawiedliwienie! — warknął Łuks. — Moi przodkowie szli w ogień, śmiejąc się…
— Oczywiście —Razwijar ostrożnie się wyswobodził. Ale… mnie się zdaje, że już jesteś trupem. Dla swoich. Martwi nie walczą.
Milcząc, ramię w ramię przeszli drogę przez most na wyspę. Razwijarowi drżały kolana, a Łuks co i rusz podkurczał stłuczoną przednią łapę. Tak kuśtykając i przeskakując z kamienia na kamień, wyszli na płaski kamienisty placyk. Wyspa była ogrodzona wysokim płotem. W jej centrum stał kamienny łuk do połowy przykryty kratą.
— Kto zacz? — z zainteresowaniem zapytał imperatorski strażnik o nalanej twarzy. Kiedyś zapewne dzielny i sprawny, a teraz roztyty. Za jego plecami stało dwóch młodych z wzniesionymi arbaletami.
— Nagóreni — odpowiedział za nich obu Razwijar. — Jestem jeźdźcem. A to mój brat.
Droga ukryta, zapuszczona, zakurzona. Szczególnie dużo kurzu zebrało się na wybojach i w jamach. W niebezpiecznych miejscach nad przepaścią, gdzieniegdzie w ziemię były wkopane kamienne słupki. Po zejściu z mostu Razwijar i Łuks szli w milczeniu. Razwijar widział jak towarzysz porusza wargami, wstrząsa głową, jakby czemuś zaprzeczał i co rusz łowi ręką końcówkę bijącego po bokach ogona. Razwijar wiedział, że chimajryd wkrótce się odezwie i nie pomylił się.
— Wiesz, co ja przed chwilą zrobiłem?
— Przeszedłeś granicę. Taki miałeś zamiar.
— Zdradziłem… porzuciłem ziemię przodków.
— Gdzie chcieli cię zabić. Bez powodu.
Łuks sapnął przez zaciśnięte zęby:
— Jest jeszcze jedna… rzecz. Jestem niewolnym.
— Do kogo przynależysz? — Razwijar uśmiechnął się.
— Do ciebie.
Heks zrobił jeszcze kilka kroków i się zatrzymał. Chimajryd patrzył spode łba, bez cienia uśmiechu.
— Wyjaśnij to — spokojnie poprosił Razwijar. — Albo przyznaj, że palnąłeś głupstwo.
Ten pokręcił głową:
— Każdemu, kto urodził się na czterech łapach, potrzebny jest jeździec.
— Wyszedłeś poza granicę swojej krainy i swoich praw. A to oznacza….
— Nagóren, urodzony po to, żeby chodzić z siodłem, nie może przestać być niewolnym. To prawo natury.
— Tak? — Razwijar zaczął się denerwować, nie wiadomo, dlaczego. — A Poranek Bez Skazy?
Łuks odcisnął pazurzastą łapę w brunatnym przydrożnym pyle. Podniósł. Popatrzył na łapę, potem na odcisk.
— Poranek Bez Skazy był magiem. On stanął przeciwko prawom i zabił jeźdźca, swojego brata. Ale to niczego nie zmieniło w jego losie. Znalazł sobie nowego pana. Innego jeźdźca.
Razwijar przypomniał sobie władcę. Czarne włosy z niteczkami siwizny. Roztargnione, nieobecne spojrzenie. „Miedziany Królu, Miedziany Królu…”.
Głęboko westchnął, powstrzymując nagły dreszcz.
— My szukamy sobie jeźdźców… nawet jeśli jesteśmy poza prawem — cicho powiedział Łuks. — Chcemy, żeby ktoś za nas decydował, dokonywał wyborów. Ty zdecydowałeś za mnie..: i jest mi lżej. Dzięki tobie jest mi lżej. Bardzo trudno żyć bez jeźdźca.
— Łuks — głos Razwijara aż ochrypł z emocji. — Sam zdecydowałeś. To był twój wybór!
Chimajryd popatrzył z wyrzutem:
— Nie.
I poszedł przodem, a Razwijar powlókł się za nim. Łuks spuścił ogon i jasny chwościk rysował zygzakowaty ślad w pyle drogi.
Droga płynnie wznosiła się ku szczytowi. Na stoku góry pokazały się ciemne otwory jaskiń, przed największym sterczała żerdź z powiewającym na niej strzępem tkaniny.
— Pastwiska — powiedział Razwijar, myśląc o czymś innym. — Tutaj także pasą przyślepki.
Zachodziło słońce. Obłoki na zachodzie układały się w bursztynowo–różowy falujący pałac.
— Jak Mirtie — powiedział Razwijar. — Bardzo podobne.
— Jak co?
— Mirtie, szybujące miasto. Tam żyją ludzie o złotych włosach. Są bardzo mądrzy i dobrzy, nie zabijają nawet szczurów.
— A może by się tam dostać — powiedział Łuks niepewnie.
Razwijar parsknął stłumionym śmiechem:
— Ta także niekiedy myślę: a może by się tam dostać.
— Chcę jeść — najeżył się czworonożny. — Jak sądzisz, zdarzają się tutaj człapacze?
Po zachodzie słońca czarne kamienie przestały się nagrzewać. Chimajryd rozpalił ognisko z chrustu i podsmażył zdobycz na rożnie. Wyszła bardzo smaczna. Razwijar obgryzał kosa, patrząc w dogasające ognisko i z ukosa popatrywał na Łuksa.
— Z głodu nie umrzemy — powiedział chimajryd, z jakiegoś powodu przepraszającym głosem.
— To już dobrze — Razwijar kiwnął głową. — Co jeszcze możemy robić?
— Co nam się podoba. Możemy nająć się do ochrony karawany lub czegoś innego. Jestem dobrym wojownikiem, a ty… Jesteś dobrym strzelcem?
— Przyzwoitym — powiedział ten. — Tylko strażnikiem już byłem. Znudziło mi się.
— No to czego ty chcesz?
Razwijar milczał. Gdyby tak mógł opowiedzieć słowami.
— Mieć ogromną bibliotekę — powiedział przeciągając słowa — Żeby jej ściany były obwieszone siatkami pająków Cza, zabezpieczając księgi od wilgoci. I żeby ta biblioteka znajdowała się w najwyższym domu miasta Mirtie, i żeby przygrywała muzyka strun, a na dachu dzień i noc siedział osiodłany skrzydlak tylko dla mnie… Albo nawet skrzydlaty powóz… Oto czego chcę.