Выбрать главу

Łuks przez jakiś czas milczał z zakłopotaniem.

— Tak, jesteś mistrzem wymyślania — powiedział wreszcie. — Ciebie to tylko posłuchać i nie wiesz potem, co z uszami zrobić.

* * *

W osadzie, do której przywiodła ich droga, żyli prymitywni pasterze, podobni do tych, którzy dostarczali mleko i mięso przyślepek do zamku władcy. Tutaj mieszkali obywatele Imperium, przesiedleni na kamienisty obszar przy samej granicy, częściowo z własnej woli, częściowo z rozkazu Imperatora. Żyli nie w jaskiniach i nie w nędznych chatach, a w solidnych domach zbudowanych z kamienia. W każdym takim domu stał wielki piec. Gości, pomimo obaw Razwijara, przywitano życzliwie. Gospodarz domu, do którego zastukali, ułożył przed paleniskiem stosik chrustu i z pokłonem poprosił gościa, aby rozpalił ogień w piecu.

— Ale… po cóż? — Razwijar zmieszał się. Zapowiadała się niezbyt zimna noc, w kamiennym domu i tak było całkiem ciepło, a opału w tutejszych stronach wiecznie brakowało.

— No jakże to — zdziwił się gospodarz. — Tak nakazuje tradycja!

I opowiedział, że tam, skąd on pochodzi, każdego wędrowca proszą o rozpalenie ognia w piecu. Mówią, że gdzieś po drogach chodzi człowiek o imieniu Wędrowna Iskra albo Zdun. W domu, w którym rozpali ogień, zawsze już będzie spokój i szczęście. A tam, gdzie zbuduje piec, rodzi się mag. Słuchając go, Razwijar przypomniał sobie wersy z „Kronik”, wyjaśniające pochodzenie Poranka Bez Skazy: „…osadę klanu Rosy odwiedził człowiek, zwany Wędrowną Iskrą… zbudował kamienny piec w domu wodza. Wkrótce starsza żona wodza urodziła chłopca, niewolnego…”.

Łuks zasnął na materacu nabitym suchymi liśćmi. A Razwijar do późna wypytywał dobrego gospodarza o ziemie, gdzie ten żył wcześniej, a przede wszystkim starał się dowiedzieć czegoś o lasach, gdzie na wyżynnych poletkach rolnicy uprawiają zboża, gdzie licznie występują wiewiórki z ognistorudymi ogonami, gdzie w gęstwinach poszycia lasu kołysze się pajęczyna z uwięzionymi w niej ptasimi szkielecikami.

* * *

Gospodarz słuchał z na wpół otwartymi ustami, wysoko unosząc krzaczaste brwi. Lasy, powiedział, w Imperium to zwykła rzecz; w Leśnych Dziedzinach i na żywych ziemiach, a nawet i na Bezziemiu gdzieniegdzie rosną, ale o takich, jak przybysz opowiada, wcześniej nigdy nie słyszał. Może to w ogóle nie w Imperium, a gdzieś poza granicami.

— Możliwe — zgodził się Razwijar.

Wtedy gospodarz w odpowiedzi opowiedział mu inną historię: wszystkie przedstawiające ziemię mapy, zebrane są w stolicy, w pałacu Imperatora. Gdy tylko Imperator zapragnie dowiedzieć się czegoś nieznanego, pstryka palcami o paznokciach z masy perłowej i oto od razu przynoszą mu mapę, gdzie kołyszą się na wietrze lasy, kurzą drogi, śpiewają wędrowni muzykanci, ponieważ ta mapa jest żywa i szczegółowo pokazuje, co i jak dzieje się na świecie.

Imperator może nawet wiedzieć, że my teraz sobie rozmawiamy. Wystarczy mu nachylić się i zbliżyć do mapy swoje wszechwidzące oko. A jeśli rozgniewa się na lud z jakiejś prowincji, to po prostu posypuje solą to miejsce na mapie. I tam zaczyna się nieurodzaj i nieszczęścia, i tak będzie, dopóki Imperator się nie zlituje.

Razwijar poszedł spać, porażony wielkością Imperium. Ale śnił mu się nie Imperator w wysokich pokojach i nie mapy posypane solą. Widział świetliki w wysokich koronach drzew i stada wiewiórek, płynące po ziemi rudą falą.

Rozdział siódmy

Szli z osady do osady, zajmując się polowaniem. Na drogach spotykali coraz więcej ludzi, coraz częściej zdarzały się słupki z rozwieszonymi na nich rozkazami i obwieszczeniami.

Razwijar za każdym razem zatrzymywał się, żeby dokładnie przypatrzeć się takiemu papierowi; dokumenty były tęczowe, ledwie zauważalnie mieniące się masą perłową. Prawdziwe imperatorskie pisma.

Miejscowi z reguły nie umieli czytać, ale papierom się kłaniali. Niekiedy sypali okruszki chleba na ziemię przed słupami — to przynosiło szczęście i chroniło od złego. Ukazy zapowiadały okrutną śmierć złodziejom, kłusownikom, zabójcom i fałszerzom monet, a ludzie uśmiechali się, spoglądając na tęczowe lśnienie i długo stali, zachwycając się kolorami. Razwijar dziwił się temu.

W okolicach miasteczka o nazwie Ulewa, chimajryda ujęto za kłusownictwo. Łuks buszował w krzakach, a Razwijar szedł drogą, myśląc o swoich sprawach, przypatrując się miastu, leżącemu przed nim na nizinie. Zamyślił się i przysiadł na kamieniu, żeby odpocząć, wtedy usłyszał tupot i szarpaninę, pośpieszył na pomoc. Okazało się, że cała miejska straż w pełnym składzie, czyli wszystkiego czterech strażników, narzuciła na Łuksa arkany i związała go, chociaż ten wcale nie myślał się sprzeciwiać. Na ziemi walała się, rozłożywszy krótkie skrzydła, ubita kormucha — tłusty, smaczny ptak.

— Daleko zawędrowałeś chimajrydzie — powiedział naczelnik straży. I nie czekając na odpowiedź, odwrócił się do swoich. — Wybierajcie wyższy konar, te zwierzęta są żywotne… O, tamta gałąź chyba się nada.

Jeden strażnik ostrożnie podniósł z ziemi kormuchę, drugi wyciągnął sznur, trzeci zaczął wspinać się na drzewo. Razwijar ze zdziwieniem pojął, że mają zamiar powiesić Łuksa tu i teraz — bez pytań i bez sądu.

— Ej — powiedział do naczelnika straży.

Broni nie miał. Włócząc się po drogach i bezdrożach, Razwijar zniszczył ubranie, całe zakurzył, zarósł rzadką, młodzieńczą brodą i wyglądał żałośnie. Ale kiedy powiedział: „ej”, naczelnik straży odwrócił głowę.

Ich spojrzenia spotkały się. O wiele później Razwijar zrozumiał, że kopiował zachowania władcy, jak przepisywacze kopiują litery i wersy. Napotkawszy jego spojrzenie, strażnik nie zaczął go wyzywać od przydrożnego żebraka. Wysłuchał Razwijara i te kilka słów uratowało życie Łuksa.

Chimajryda zabrano do miasteczka Ulewa i zamknięto w tamtejszym więzieniu, które stanowiła żelazna beczka bez okien, do połowy wkopana w ziemię. Razwijar znalazł największą tawernę, zamówił kubek bulionu i zaczął opowiadać „Pouczające opowiadania o ludziach, zwierzętach i pozostałych stworzeniach”. Wokół niego powoli zebrał się tłum. Opowiedział jak sytucha zapragnęła zostać skrzydlakiem i zażądał od słuchaczy zapłaty. Zebrali dla niego w czyjejś czapce garść monet. Opowiedział, jak córka drwala postanowiła wyjść za mąż. Tłum zgęstniał, a wtedy Razwijar obwieścił, że więcej nie powie ani słowa, dopóki nie dostanie pięciu imperatorskich realów.

Śmiano się i wymyślano mu. Zabrawszy zarobione pieniądze wyszedł z tawerny i ruszył do drugiej, naprzeciwko. Tam wziął sobie kubek wrzątku i zaczął opowiadać „Kroniki chimajrydów”.

Ulewa była maleńkim, zapadłym, sennym miasteczkiem. Zebrać w jedną noc pięć realów okazało się rzeczą niemożliwą. Zbliżał się świt i Razwijar już wymyślał, z góry skazane na niepowodzenie, plany oswobodzenia Łuksa siłą, kiedy jeden sklepikarz, młody, ale bardzo gruby, nieśmiało poprosił, aby ten opowiedział jeszcze raz o statku kobiet. Razwijar przypomniał sobie Wschodnią Ciemnicę, kamienne ściany i podłogę pokryte mchem, źródełko, bijące ze ściany i sapanie nadzorcy Rodżiego.

— „Żyły dwie kobiety, pierwsza była żoną szewca, druga — żoną kupca, handlującego puchem. Żona szewca była wierna swojemu mężowi i nawet w myślach nie cudzołożyła z nikim.