Выбрать главу

Żona handlarza puchem lubiła spać na miękkich pierzynach, słodko jeść i zaspokajać swoje żądze. Pewnego razu…”.

Sklepikarzowi żal było pieniędzy, ale Razwijar obiecał opowiedzieć coś szczególnego. Trzy pozostałe reale, trzy żółte krążki, upadły mu na dłoń jeden za drugim, w tym czasie, kiedy opowiadał jedną za drugą przygody faworyty.

Sklepikarz nie wiedział, że ta księga jest zakazana w Imperium. Pojęcia nie miał, z jakiego tekstu gawędziarz wyrywa, jak skrawki, opisy cielesnych uciech.

— „Po wyjściu z basenu, wtarła w biodra aromatyczny olejek, narzuciła na ramiona jedwabną sieć i tak, przy dźwiękach strun, powitała ukochanego…”.

Kiedy Razwijar był młodszy, zupełnie nie interesowały go rozwlekłe sceny uwodzenia. Teraz czytał je na nowo, z perspektywy czasu rozumiejąc, dlaczego Rodzi sapał i za co płaci sklepikarz, ale sam pozostawał obojętny. Nie poruszały go ani „jedwabna skóra po wewnętrznej stronie ud”, ani „ukryte loki”, z jakiegoś powodu „namaszczone olejkiem”. Kiedy myślał o kobietach, stawały przed nim nie nagie piersi, nie Dżal i nie Skrzydlaczek. On widział szybujące na horyzoncie miasto Mirtie ze złotymi iglicami i turkusowymi łukami, białymi mostami i daleką muzyką.

— „I wszedł w nią władczo, tak że jęknęła i odchyliła głowę, a jej włosy zanurzyły się w basenie…”.

* * *

Rankiem Razwijar pojawił się u naczelnika straży miejskiej i zapłacił pięć realów za oswobodzenie Łuksa. Strażnik długo liczył pieniądze, patrzył to na monety, to na przybysza, marszczył brwi, nie pojmując, jak można w ciągu jednej nocy zebrać taką sumę. Zakładał jakiś szwindel ze strony włóczęgi, już był gotów triumfalnie się uśmiechnąć, ale napotkawszy wzrok Razwijara, powstrzymał się i tym samym uratował swoje życie.

— Ale śmierdzi w tym ich więzieniu — powiedział Łuks zamiast przywitania. — Nawet apetyt straciłem.

W milczeniu wyszli za miasto, za mur, jeśli konstrukcję tak lichą, gdzieniegdzie zbudowaną z cegły a miejscami plecioną z wikliny można nazwać murem miejskim.

— Wsiadaj — powiedział Łuks.

Razwijar wdrapał się na jego grzbiet, chwycił za ramiona i chimajryd wyrwał po zakurzonej drodze, w dzikich podskokach zarzucając na boki tylne łapy, zostawiając zamazane, szeroko rozrzucone ślady. Gnał po równinie tak, że obu im świszczał w uszach wiatr i krzyczał w biegu, a Heks wtórował mu schrypniętym przez noc głosem:

— Aaaaa!

Pędzili, zlani w jedno czworonożne stworzenie, świętujące nowy dzień życia.

* * *

— Twój brat miał kobiety?

Zabili kormuchę i upewniwszy się, że w pobliżu nie ma straży, rozpalili ognisko, upiekli zdobycz i zjedli razem z miękkimi kośćmi.

— Nie — Łuks nastroszył rozcapierzonymi palcami sierść na boku. — Miał jedną niewiastę, ale ona mi się zupełnie nie podobała. Myślałem, że może chociaż weźmie drugą, którą ja zechcę.

Razwijar potarł czubek nosa.

— Nie rozumiem, jak to jest. Dwie kobiety na dwóch.

— To się tylko tak mówi, że na dwóch — chimajryd westchnął. — Z tym moim bratem, z Tancerzem, nic by mi się nie dostało. Jeździec ma prawo pierwszej nocy.

Razwijar położył się na plecach. Ni z tego, ni z owego przypomniała mu się Dżal. Co by było, gdyby zgodziła się uciec z nim z zamku? Z pewnością nic dobrego. Pojmaliby oboje.

— A co się stało z jego niewiastą, kiedy go… kiedy on zginął?

— Wyszła za innego — obojętnie odpowiedział Łuks.

— Kochała go?

— Skąd mam wiedzieć? — Chimajryd, zdaje się, trochę się obraził.

Kończył się dzień. Wieczór był chłodniejszy od wczorajszego, a ten z kolei był chłodniejszy od przedwczorajszego — zbliżała się jesień, a za nią zima.

— Znałem jedną dziewczynę — zaczął po chwili Łuks. — Z naszego klanu. Myślę, że mnie kochała.

Razwijar podniósł się na łokciu.

— Słuchaj… A jak to u was jest? U ciebie? Z kobietami? Miałeś jakąś?

Łuks zabrał się za czyszczenie pazurów na przednich łapach. Zawsze tak robił, kiedy się peszył. Dziwnie było patrzeć na niego, jak dłubie ostrym patykiem, wydobywając ziarenka piasku spod zagiętych kościanych ostrzy.

— Mogłem kogoś mieć tylko wtedy, kiedy mój brat się ożeni. I odstąpi mi drugą noc.

— Dziwne. A ja z nikim się nie ożeniłem, a…

— Przecież jesteś dzikusem! — wyrwało się Łuksowi. — To jest, chciałem powiedzieć, że wasze obyczaje są dzikie. No… nie takie jak nasze.

Razwijar nie obraził się. Dzielił kobiety z tłumem strażników i wszystkim wydawało się to proste i naturalne. A komuś innemu mogło wydawać się dzikim. Świat jest szeroki.

— Jakże to teraz z tobą będzie? — zapytał chimajryd.

Ten poczerwieniał, smagła skóra stała się jeszcze ciemniejsza.

— Jeśli się ożenię — pomyślał na głos Razwijar — wychodzi na to, że muszę oddać swoją żonę tobie?

— Niczego nie musisz.

— Nie, no dlaczego — uśmiechnął się na myśl o własnej szczodrości. — Proszę… Jeśli zobaczysz dziewczynę, która ci się spodoba — powiedz mi.

Łuks roześmiał się. Razwijar nie wiedział, czego było więcej w jego śmiechu — zmieszania czy wdzięczności.

* * *

Wygłodzeni, za to napatrzeni do woli na powszednie życie dróg i osad Imperium, przybyli do pierwszego, po prawdzie, znaczącego miasta na ich drodze. Przy miejskiej bramie stała nie prosta strażnica, a kamienny budynek, ni to koszary, ni to więzienie, ni to biuro. Łuks z Razwijarem wystali się w długiej kolejce, po czym weszli do chłodnego, wilgotnego pomieszczenia i stanęli przed starym, pomarszczonym, jednorękim urzędnikiem.

— Kim jesteście?

— Nagórenami — jak zwykle oznajmił Razwijar. — Jestem jeźdźcem. A to mój brat. Idziemy z naszych ziem, patrzymy na Imperium, nabieramy rozumu…

Urzędnik spojrzał na niego przelotnie spod łysych łuków brwiowych:

— To i słusznie, że nabieracie rozumu, to dobrze, mały Heksie… Mówisz prawdę, że to zwierzątko to twój rodzony brat?

— Nie jestem zwie… — zaczął i zamilkł Łuks. W kamiennym pomieszczeniu zrobiło się cicho, tylko słychać było, jak buczy czekająca na wpuszczenie kolejka.

— Dokumentów, oczywiście, nie macie — powiedział urzędnik. Jego jedyna ręka szperała w papierach na stole.

— Idziemy z ziem Nagórenów — powiedział Razwijar, starając się, aby jego głos brzmiał spokojnie. — Tam nikt nie ma…

— Patrol — niezbyt głośno powiedział strażnik.

Pojawiła się trójka młodzieńców z bronią. Razwijar przypomniał sobie, jak przechodzili most na granicy. Odbyło się to tak bezproblemowo, że zupełnie stracili czujność…

— Odprowadźcie tych dwóch na rozprawę — rozkazał jednoręki strażnikom. — Tylko do różnych cel. Do różnych.

* * *

Nocą nie zamknięto bramy, jak można by się spodziewać. W prawdziwym mieście pod namiestnictwem Imperatora życie wrzało w świetle słońca i w świetle gwiazd. Siedząc w śmierdzącej klatce, w połowie pod ziemią, Razwijar słyszał, jak szemra kolejka, ostro trąbią trąby sygnalizacyjne, turkoczą koła i krzyczą poganiacze jucznych zwierząt.

Z nudów i żeby się uspokoić zaczął przypominać sobie wszystkie zwierzęta pociągowe, jakie zobaczył w ciągu ostatnich dni na drodze. Rogacze z garbami — to raz, zaprzęgano je do wozów.