Muszlaki — zwierzęta z rogowym pancerzem na grzbiecie, w rodzaju nierównej misy, na której tak wygodnie transportować pakunki — to dwa. Pociągowe samojadki… nimi jeżdżą, zdaje się, tylko starsi urzędnicy i tylko ci, którym gdzieś się śpieszy. Pod dnem takiego wozu chowają się czarne pancerne gąsienice, wciągające się same w siebie i same z siebie wychodzące, co za paskudztwo. Dlatego też nazywają się samojadki. Postronnym wydaje się, że powóz jedzie sam…
Leżał na kamiennej podłodze, założywszy ręce pod głowę. Strachu prawie nie czuł. Widział w życiu wiele; i skrzypiącą ładownię „Łuski”, i karawanę niewolników, i Wschodnią Ciemnicę w zamku. I jamę, do której wrzucili go po rozbiciu jaja ogniewuchy. Tam, w ciemności, oddał jedyną świeczkę w ofierze Miedzianemu Królowi i otrzymał w zamian… no właśnie, co otrzymał?
Razwijar usiadł. Potrząsnął głową, jakby wytrząsając zbędną myśl. Znowu to smutne uczucie, że jest mu coś bardzo potrzebne i tylko Miedziany Król może dać, to co jest mu niezbędne. Tylko że pod ręką nie ma niczego cennego, co można złożyć w ofierze. I najważniejsze, czy to nie on obiecał sobie, że nigdy więcej nie wypowie tych słów: „Miedziany Królu, Miedziany Królu…”?
Bezszelestnie otworzyły się drzwi. Wszedł jednoręki urzędnik, za nim dwóch strażników, którzy wnieśli stół i wysoką beczułkę. Jednoręki usiadł na beczce, oparł się łokciem o zalany atramentem, poniszczony stół. Prześlizgnąwszy się przez zamykające się drzwi, usadowił się na podłodze w kąciku kancelista — chorobliwie chudy, łysy jak kolano, co i rusz głośno wzdychający. Otworzył zwitek białej drzewnej kory i wziął pióro, potwierdzając swoją gotowość pisarską. Razwijar po chwili wstał.
— Heks? — niezbyt głośno zapytał urzędnik.
— W połowie. Po matce.
Kancelista westchnął. Przesłuchujący uśmiechnął się:
— Gdzież tacy żyją?
— Osada w lesie. Lud nazywa się „Pagóraki” — powiedział Razwijar i przed jego oczami pojawiła się ściana lasu z migotającymi w koronach ogonkami. — Wypalają w lesie polany… sieją, żną. Tam wyrosłem.
Kancelista znowu westchnął. Jego pióro było samopiszącym atramentowym żuczkiem, nasadzonym na żelazny trzon. Razwijar widział już takie pióra, ale nie trzymał ich w ręku; żuczek apatycznie poruszał łapami. Wkrótce zaschnie.
— A prawdziwych Heksów nigdy nie widziałem — Razwijar spojrzał na żuczka. — Nawet nie wiem, gdzie oni żyją.
— Ciekawe — powiedział przesłuchujący. — Twój ogoniasty kolega mówi coś zupełnie innego.
Razwijarowi zamarło serce. Co zdążył nagadać Łuks? Czy mógł zełgać „dla dobra sprawy”?
— On nie może mówić nic innego — oświadczył Razwijar wolno. — On nic nie wie.
Poznaliśmy się całkiem niedawno.
Przesłuchujący z satysfakcją pokiwał głową:
— A więc przyznajesz, że udzieliłeś fałszywych informacji w strażnicy przy wjeździe do miasta?
Razwijar milczał. Kancelista podniósł głowę i znowu westchnął; przeciągle, rozdzierająco, aż wiatr przeszedł po celi.
— Jeśli wtedy zełgałeś, skąd mogę wiedzieć, że teraz mówisz prawdę? — Przesłuchujący zmarszczył brwi. — Może jesteś szpiegiem Heksów w Imperium? Oni specjalnie wyszukali półkrwiaka? Specjalnie złamali ci nos, mordę na słoneczku opalili, żeby była czarniejsza? I podstawili chimajryda, żebyś ty sam uchodził za nagóreńskiego jeźdźca… Nieźle, co? Przecież tyle strażnic przeszedłeś i nikt ci się nie przyjrzał. Zaczęto zapominać Heksów w Imperium, a są i tacy, którzy nigdy o was nie słyszeli.
— A kto to taki, ci Heksi — zapytał Razwijar, który nagle się rozzłościł — że mogą do Imperium wysyłać szpiega? Czym oni mogą zagrozić Imperatorowi?
Kancelista kiwnął głową, potrząsnął żuczkiem, żeby atrament lepiej leciał i dalej pisał. Pióro cichutko drapało po drzewnej korze do pisania.
Przesłuchujący uśmiechnął się dziwnie:
— Patrzcie go, jak powiedział… Imperatorowi nikt z żywych zagrozić nie może. Ale Szuu, przeklęte stworzenie, nie przepuści okazji, żeby zadzierzgnąć bunt na granicy, wywołać wzburzenie w prowincji, knuć przeciwko dobrym obywatelom. I niepotrzebnie w naszym spokojnym mieście pojawia się z kłamstwem na ustach Heks półkrwi i chimajryd bez jeźdźca, a przecież wiadomo, że swoich czworonogich w mogile obok braci kładą. A może ty o tym nie wiesz?
Razwijar chciał odpowiedzieć fragmentem z „Kronik chimajrydów”, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język.
— Wiem — powiedział z wysiłkiem. — Ale jesteśmy przecież na ziemiach Imperium, co nam do praw dzikich, żyjących na obrzeżach plemion?
Kancelista jeszcze raz potrząsnął żuczkiem. Przesłuchujący obrzucił go przelotnym spojrzeniem.
— A ja — Razwijarowi nagle załamał się głos — prawie nigdy nie kłamię. Naprawdę jestem jego bratem… Z nazwy. Ocaliłem go od śmierci. Ot i wszystkie nasze złe zamiary.
Następnego ranka miejski sąd ogłosił wyrok: pięć dni katorgi za kłamstwo w strażnicy, przy wjeździe do miasta. „Katorgą” nazywała się jakaś praca na pożytek miejskiej gospodarki.
Łuksowi kazali kręcić kołowrotem, Razwijara posadzili w dusznym pokoiku, żeby przepisywał protokoły przesłuchań.
Po kilku godzinach jednoręki, którego zwali naczelnik Szito, zajrzał przekonać się o jego gorliwości i zobaczył, że gryzmoły łysego kancelisty z dokładnością do najmniejszego kleksa i przekreślenia przeniesione zostały z białego zwitka kory na kartki papieru. Co więcej, przepisywacz skopiował nawet ciemne znaki na korze i ślady korników.
— A niech cię…
Jednoręki zachłysnął się z wściekłości. Zmiął zaczętą przez Razwijara kartkę i rzucił mu ją w twarz.
— Drwisz sobie?!
Razwijar osłupiał. Przywykł, że jego praca wywołuje u każdego nowicjusza zdumienie i zachwyt.
— Jesteś przepisywaczem? — przez zęby zapytał Szito odrobinę się uspokoiwszy. — Dlaczego nie zrobiłeś tego dobrze? Dlaczego nie napisałeś czytelnie, po co ja cię tu posadziłem?!
— Ja umiem tylko kopiować — ze zdziwieniem przyznał się Razwijar. — Ja… tak widzę. Co widzę, to przenoszę na papier.
Wieczorem tego samego dnia już kręcił kołowrotem do pary z Łuksem. Mechaniczny podnośnik dostarczał na wysoki miejski mur kamienie i zaprawę do nowej budowy, wodę dla patrolujących i stalowe części jakichś obronnych mechanizmów.
Minęły jeszcze cztery dni zanim wypuścili ich z więzienia i znaleźli się na ulicach miasta, hałaśliwych, błotnistych, pełnych zgiełku. Wyszli za więzienną bramę i zatrzymali się — bez jednej monety, bez kawałka chleba, za to z podróżnymi dokumentami „młodszych obywateli Imperium, pozbawionych środków do życia”, szarymi kwadratowymi papierkami, pośrodku których, ledwie widocznie, mieniła się tęczowa pieczęć.
— Pięknie — powiedział Łuks, z zachwytem przypatrując się swojemu papierkowi. — Za taką rzecz mógłbym im jeszcze coś pokręcić.
— Wychodzimy — Razwijar zawrócił ku miejskiej bramie.
— Gdzie? Przecież jeszcze nie widzieliśmy miasta, chciałeś do gildii kopistów…
— Wychodzimy — Razwijar złapał jego ogon i zakręcił na ręce. — Nie mamy tu nic do roboty. Idziemy, po drodze ci opowiem.
Minionej nocy odbył długą rozmowę z naczelnikiem Szito. Ten znowu wypytywał o szczegóły życia Razwijara, cały czas starał się złapać go na kłamstwie, ale Razwijarowi w miarę ujawniania faktów i tak udało się wiele zataić. Na zakończenie Szito uprzedził: zabierać się z miasta szybko, zaraz po odzyskaniu wolności i nie pokazywać tu nosa.