— Prościej by było dla mnie udusić was obu. Tylko gdyby dusić wszystkich podejrzanych, to żadna szubienica by tego nie wytrzymała… Słyszałem o takich lasach, o których opowiadałeś.
Mówią, że okolice tam zgubne, droga niedobra, kłusownicy chodzą i inni zbrodniarze poza prawem. Chodzą, karmią się swoim występnym mięsem tamtejszych łykaczy i chapunów… Moja rada dla ciebie; upatrz sobie dziewkę gdzieś w osadzie i ziemię uprawiaj. Twoim bratem orać, idealna rzecz. A w mieście się nie pokazuj. I jeszcze jedno; przyjdzie ci do głowy podrabiać podpisy to ręce odrąbię, a potem głowę. Uprzedzam.
I oto teraz Razwijar szedł daleko od miasta, a Łuks kroczył obok z opuszczoną głową, obejmując rękami ramiona przykryte starą, kupioną okazyjnie koszulą.
— Orać mną nie wolno — odezwał się ponuro, kiedy towarzysz zakończył swoją opowieść.
— Kręcenie kołowrotu jeszcze jakoś poszło. Ale orać! Nie jestem dla ciebie rogaczem, ani pociągową samojadką.
— A co będziemy jeść?
— Chciałeś się nająć jako przepisywacz. A ja mogę polować.
— Kłusować.
— Można licencję zdobyć.
— Za jakie pieniądze? Taniej kupić chleb na bazarze.
Łuks zaklął po chimajrydzku. Usiedli przy drodze, w cieniu, i patrzyli wygłodniałym wzrokiem na przechodzące obok karawany, na muszlaki, ledwie wysuwające nogi spod ciężko załadowanych pancerzy, na rogacze, zaprzężone w wozy, na poganiaczy, zasiadających na ich włochatych czarnych garbach.
Chciało im się jeść. Bolały naciągnięte na „katordze” mięśnie. Dziwne pragnienie, które opanowało Razwijara na granicy ziem Nagórenów i Imperium, skryło się gdzieś głęboko.
— Trzeba by zaopatrzyć się w broń — rzeczowo stwierdził Łuks. — Nauczę się walczyć z tobą w parze. Ty przecież nie umiesz. W walce odrąbiesz mi uszy i dobrze, jeśli tylko uszy, bo może i głowę strącisz.
— Jesteśmy „młodszymi obywatelami Imperium, pozbawionymi środków do życia” — uśmiechnął się Razwijar. — Na stemplu napisano: „Bez prawa noszenia broni”.
Łuks wyciągnął z kieszeni koszuli swój papierek. Rozłożył, długo wpatrywał się w tęczową pieczęć. Potem zwinął go w stożek i splunął do środka.
— Ostrożnie — powiedział Razwijar. — Siedzimy pod samym miastem.
— Widziałem ich „prawa” wiesz gdzie? — nastroszył się chimajryd. — U człapacza w tyłku!
I szurnął papierek w przydrożne krzaki.
Łuks nie lubił i nie umiał nosić ciężarów, układać kamieni, rąbać i piłować drzew, zwalać drewno, słowem, prawie nie nadawał się do żadnej pracy, która może wyżywić włóczęgę w czasie wędrówki. Duma nie pozwalała mu nosić dzieci na grzbiecie, ale i tak który z rodziców powierzyłby dziecko „jarmarcznemu cudakowi”.
Razwijar, przywykły do ciężkiej pracy, nie brzydził się żadnym zarobkiem.
W małych siedliskach, przez które przebiegała ich droga, nigdzie nie można było dostać czystej oprawy i nie było komu sprzedać gotowej książki, tutaj nawet historii w zajeździe słuchali niechętnie, bez zainteresowania, dlatego Razwijar ładował i rozładowywał wozy z kłodami, piłował, taszczył, tyrał za dwie miski kaszy. Łuksowi wydawało się to zbyt upokarzające, uciekał do lasu uprawiać zakazane rzemiosło polowania, a Razwijar za każdym razem oczekiwał go w napięciu, obawiając się najgorszego.
Z każdym dniem robiło się zimniej. Wędrowcy szli po równinie, gdzie było bardzo dużo rzek, rzeczułek, jezior szerokich, okrągłych, spokojnych. Z nastaniem zimy cicha woda od razu pokryła się lodem i okoliczni mieszkańcy, tylko na to czekając, utorowali nowe przeprawy — po lodzie, na drewnianych płozach, wozili towary na jarmark. Przeręble — ciemne otwory do łowienia ryb — ogradzali płotami z rozwieszonymi na nich czerwonymi i żółtymi wstęgami.
Razwijar i Łuks głodowali i marzli. Sprawy toczyły się już całkiem źle, kiedy nawinął się szczęśliwy przypadek, bowiem w przydrożnym zajeździe potrzebowali pracownika.
— Dlaczego ty znosisz wszystkie te upokorzenia?
Siedzieli w komórce pod samym dachem, gdzie ledwie docierało ciepło z niższych pięter. Na zewnątrz szalała zamieć.
— Dlaczego ty, jeździec, myjesz im kotły i rąbiesz drwa?
— Dlatego, że musimy coś jeść — spokojnie odezwał się Razwijar. — I gdzieś mieszkać. A swojego zamku, póki co, jeszcze nie zbudowaliśmy.
— Moglibyśmy znaleźć zarobek godny wojowników!
— Nikt cię nie trzyma. Idź, szukaj.
— Mówiłeś, że masz w głowie wiele ksiąg za setki realów!
— Ale niewiele z nich pożytku, dopóki są w głowie. A wydostać je stamtąd bez pieniędzy, bez gildii, w tej głuszy się nie da.
— Myślałem, że jesteś wojownikiem — powiedział Łuks i odwrócił się. — Pamiętam cię z bronią w ręce… Kiedy patrzyłeś śmierci w twarz…
— Ja też wiele pamiętam — powiedział Razwijar. — Jak wywracałem się niby samojadka, żeby wykupić cię od strażników. Jak taszczyłem worki za nas dwóch, a ty stałeś i patrzyłeś. Jak przynosiłem ci jedzenie, a ty mówiłeś; dziękuję, tylko czemu tak mało?
Łuks silnie zacisnął wargi. Jego ogon nerwowo uderzył po podłodze z desek.
— Nie ciągnąłem ciebie za sobą! — kontynuował Razwijar, prawie nie panując nad przelewającą się czarą goryczy. — Siodła na ciebie nie nałożyłem i nie podciągałem strzemion.
Sam nie zginę, nakarmię się i drogę znajdę, a ty możesz zabierać się stąd nawet zaraz. Zabieraj się!
Półczłowiek objął się za ramiona. Jego sierść stała dęba jak naelektryzowana szczotka.
— Po prostu myślałem, że ta praca jest godna niewolnika — powiedział głosem o ton niższym, jakby starając się wytłumaczyć.
— Znajdź inną.
— Nie jestem rolnikiem, żeby to wszystko robić.
— Przyjdzie wiosna to dowiesz się, co to jest prawdziwa chłopska praca na polu.
— Nie dowiem się. I wiedzieć nie chcę.
— A moi przodkowie — nieoczekiwanie dla samego siebie powiedział Razwijar — wypalali las wielkimi polanami. Rozdzierali palące się pnie. Siali. Żęli. Mój ojciec był obiegowym, strażnikiem pól. Biegał wzdłuż miedzy na szczudłach i odganiał w las szkodniki… Niekiedy ogryzały mu szczudła… Ale on nabijał je na oszczep.
— Czyli też był wojownikiem — Łuks podniósł głowę. — Ryzykował, posługiwał się bronią, przeganiał wroga. A nie, giął plecy, szorując cuchnące koryta.
Razwijar nie słuchał go. Odległe obrazy przeszłości nigdy nie nawiedzały go z taką wyrazistością i pełnią, jak to zdarzyło się po raz pierwszy na pokładzie „Łuski”. Ale teraz, kiedy zaczął mówić o ojcu, wszystko wróciło do niego w najdrobniejszych szczegółach. Dom. Próg, z dwoma kamiennymi stopniami. Sień bez sufitu, a z niej widoczny dwuspadowy słomiany dach, wysoko nad głową. Dwie pary niezamkniętych drzwi; jedne do części ojca, a drugie do części wuja. W domu, wszystko drewniane, jasne i żółtawe, beżowe, wygładzone tkaniną i dotykami jak ciepła rama kołyski: śpij…
— Poczekajmy — powiedział przezwyciężając widziadła. — Jeszcze trochę. Doczekamy wiosny w cieple.