Выбрать главу

Przywódca wyciągnął drewnianą rurkę, pustą w środku, nasypał do niej garść okrągłych ziaren, błyszczących i gładkich, nadął policzki, natężył się i dmuchnął je na lód, jakby wystrzelił.

Kuleczki rozsypały się i zamarły. Drużyna także zamarła, każdy zastygł tak jak stał, wpatrując się w lód; ten drgnął, kuleczki znowu się potoczyły i znowu zamarły.

— Tutaaaaj — przeciągnął przywódca z drapieżnym zadowoleniem. — Siedzi, kochanieńka, jak wsad w kociej kiszce.

Drużyna zakrzątnęła się. Jeden stawiał namiot w przyzwoitej odległości od brzegu, inny rozpakowywał bagaż. Razwijar zaczął pomagać, żeby nie zamarznąć. Łuks zastygł w podziwie nad myśliwskim arsenałem. Niepozorni z wyglądu mężczyźni, podchodzili do sprawy poważnie.

Były tutaj arbalety różnych typów i rozmiarów, wybór bełtów, okutych żelazem, harpuny i piki, sieć ze stalowych kółeczek, tak ciężka, że trzeba ją było nosić, rozbierając na dwie części.

Przywódca, wyszedłszy na sam szczyt jedynego w okolicy wzgórza, obserwował stamtąd rzekę i Starca. Wrócił zatroskany, z czapką zsuniętą na jedno ucho.

— Duże, widać, zwierzę. I rozpęd ma, jakby co dziura już przebita, lód cieniutki… Dawajcie no, chłopcy, dalej od brzegu popróbujemy, gdzie lód mocniejszy. Ciągnijcie drewno, przynętę…

A ty — odwrócił się do Razwijara — co umiesz? Twój kolega tobołki potrafi nosić, to jest nam potrzebny, a ty sam — popatrzeć przyszedłeś?

— On umie strzelać — pośpieszył się z odpowiedzią Łuks.

Przywódca zmarszczył brwi:

— Strzelać? A gdzieżeś się tego wyuczył?

Razwijar obrzucił Łuksa długim i znaczącym spojrzeniem. Wzruszył ramionami:

— Kiedyś… służyłem w straży.

— Pokaż — zażądał przywódca.

Razwijar wybrał najmniejszy arbalet, nałożył lekki bełt, zaskrzypiał kółkiem. Wycelował w pogięte wiadro, cały czas leżące na skraju zamarzłej przerębli. Spuścił cięciwę. Arbalet był źle zestawiony, strzała przeszła w odległości dłoni od wiadra i upadła na lód.

— Partacz — powiedział Łuks.

— To nic — przywódca pobłażliwie się uśmiechnął. — Nauczy się.

Tymczasem drużyna, w pewnej odległości od przerębli, wydłubała w ziemi jamę, wkopali w nią wielką procę i przywiązali do jej „rogów” wysuszoną kiszkę wszystkożercy. Nabili szmatami stare koszule i spodnie, przeciągnęli sznurami, przymocowali do procy. Przywódca chodził wokół, sprawdzał mocowania, z troską kiwał głową:

— Och, czy nie za blisko zbudowali, gołąbeczki… Ja teraz kącik zaznaczę, żeby nie bliżej…

Rozpędzi się, paskuda, a brzeg spadzisty…

Znowu załadował swoją rurkę okrągłymi nasionami i „wypluł” je na lód. Pomalowane na czerwono, kuleczki widniały na lodzie jak kropelki krwi.

— O, nawet bliżej… O tak. I zaczekajcie, niech tylko Uszan będzie przy procy, a pozostali niech zagrodzą przejście — on jest stary, ale pełen sił, może ją złamać. Łuks — niemal prosząco odwrócił się w stronę chimajryda. — A z włócznią to ty kiedykolwiek chodziłeś?

— Jeszcze jak — powiedział dumny Łuks. — Dawaj swój oszczep. Tylko wytłumacz, gdzie bić.

Razwijarowi tym razem nie przydzielono pracy. Odszedł na bok i zaczął patrzeć.

Zdumiewające, że tak rozstroił go nieudany strzał do wiadra. Łuks, bawiąc się oszczepem, wysłuchiwał wskazówek myśliwych, a Razwijar patrzył na niego i myślał: to ja zabiłem władcę w kamiennym zamku. To ja zastrzeliłem maga. Ani razu ci o tym nie mówiłem, bo… głupio się tym chwalić. Prawdziwymi czynami chwalić się nie godzi. A może to wcale nie był wyczyn.

Zrobiłem to, czego nikt nie zdołał, a ty zwiesz mnie partaczem za to, że chybiłem z cudzego, kiepskiego arbaletu, do starego wiadra!

I znowu popatrzył na wiadro i pomyślał o dziewczynie, która tutaj zginęła. Schyliła się, żeby nabrać wody. Śpieszyła się zapewne do domu, do rodziny…

Współmieszkańcy wsi, z której pochodziła zaginiona, tłoczyli się w sporej odległości. Byli ciekawi i bali się zarazem.

— Gotowi? Zarzucajcie! — cienkim z napięcia głosem krzyknął przywódca. Drużyna, wszystkiego ośmiu ludzi, stała w półokręgu, ze wzniesionymi arbaletami i pochylonymi pikami.

Kosmaty Uszan naciągał procę, odchodząc coraz dalej, ciągnął koniec sznurka. Przywódca, zmrużył oczy, sprawdzając celownik.

—Wszyscy! Stop! Tutaj… No, niech nam Imperator pomoże, bracia. Raz, dwa, trzy!

Uszan wystrzelił z procy. Machnąwszy rękawami bezgłowa kukła ze szmat wzleciała w powietrze, zatoczyła łuk i plasnęła na lód. Za nią ciągnął się, jak ogon, sznurek.

Wszyscy zamarli. Razwijar wstrzymał oddech.

— Ciągnij — szeptem zakomenderował przywódca i kosmaty powoli pociągnął linkę do siebie. Ciągnął przebierając rękami, z jego ust wydobywał się obłoczek pary, a opasana sznurem kukła pełzła po lodzie, z rozrzuconymi „rękami” i „nogami”. Strzelcy podnieśli arbalety, ci którzy trzymali oszczepy naprężyli się, jakby tuż przed rzutem, a kukła pełzła i pełzła, dotarła do brzegu i wyszła na ląd. Uszan cały czas przebierał rękami, kukła dopełzła najpierw do procy, a potem do samych jego nóg.

Nastąpiła długa pauza. Potem przywódca, stękając, podniósł się i przykucnął.

— Nie wzięła — powiedział przez zęby. — A przecież nie mogła uciec, zauważylibyśmy…

Co za draństwo.

— Może czuje? — Wysunął przypuszczenie najmłodszy członek drużyny, ten, który na początku przestraszył się Łuksa.

— Ona niczego nie czuje! — warknął przywódca. — Kompletna bzdura, kocia kiszka, że Śmierci bywają rozumne. Ona nie ma mózgu, ma tylko kości, skórę, tłuszcz i świetliste kryształki! Widocznie jest syta albo leniwa, albo przymarzła. Dawaj, podnosimy kukiełkę, popróbujemy jeszcze raz!

Wszystko się powtórzyło. Uszan wystrzelił, kukła, obciążona nabitymi w jej brzuch kamieniami, poleciała i upadła na lód. Arbaletczycy naprężyli się, zamarli ludzie z oszczepami, kukła pełzła po lodzie, to zbliżając się do brzegu, to zatrzymując, a przywódca szeptem komenderował:

— Przytrzymaj… Ciągnij. Przytrzymaj… Ciągnij. Przytrzymaj!

I znowu nic się nie wydarzyło. Kukła wydostała się na krawędź brzegu i zaczepiła o kamień.

Uszan cały czas szarpał i szarpał sznurek, ale kukła zastygła, a kamień nie chciał odpuścić.

Przywódca zaklął szpetnie.

— Wszedł ty w kiszkę wszystkożercy! Ach ty… co ty smarkaczem jesteś, że wyciągnąć nie możesz!

Kusznicy przyglądali się, któryś nerwowo się zaśmiał. Łuks, stojący bliżej brzegu niż wszyscy, niedbale podniósł swój oszczep i ruszył w kierunku kukły, wyraźnie mając zamiar ruszyć ją z martwego punktu.

— A może ona zde… — zaczął młody myśliwy.

W tym momencie lód pękł z trzaskiem, rozpryskując wokół białe odłamki. Kilka kroków od Łuksa, przy samym brzegu, wyskoczył z wody biały potwór z ogromną głową i rozwartą paszczą.

Razwijar jakby wmarzł w zimne powietrze. W myślach dziesięć razy zerwał się, pokonując rozdzielającą ich odległość, doskoczył do tego głupka z niedbale wzniesionym oszczepem…

Krzyknęli ludzie, daleko z tyłu, gapie. Cienkimi głosami wrzeszczały kobiety. Przywódca ni to zawył, ni to zaklął, młody myśliwy zapiszczał, a Łuks, nie biorąc rozmachu, wsadził swój oszczep w głąb rozwartej paszczy nad swoją głową i od razu prześlizgnął się na bok, a tam, gdzie przed chwilą stał, w lodową skorupę wbiły się zęby.