Выбрать главу

I dopiero wtedy poleciały strzały, oszczepy i jeden wielozębny harpun, którym rzucił przywódca.

Kiedy wyciągnęli Śmierć na brzeg, ciekawskich trzeba było odganiać niemalże pałkami.

Razwijar nie patrzył. Odszedł na bok, usiadł wprost na zamarzniętej ziemi i objął ramiona rękami, bezwiednie naśladując Łuksa.

Chimajryd nie od razu do niego podszedł. Przeżywał chwilę sławy, bowiem przywódca najpierw wymierzył mu policzek, a chwilę potem uroczyście oznajmił, że taki zdolny i fartowny myśliwy powinien, oczywiście, zostać w jego drużynie. Pozostali, przeżywszy chwilę grozy, szumnie się radowali, klepali Łuksa po szorstkich bokach i proponowali uczczenie dzisiejszego wydarzenia tęgim trunkiem.

Ale kiedy radość się zakończyła i myśliwi zajęli się rozdzielaniem tuszy, Łuks jednak podszedł do samotnie siedzącego Razwijara.

— No, a ty co?

— Nic — Razwijar zarzucił ręce za głowę.

— To przynajmniej jest podobne do męskiej pracy — Łuks przeciągnął się. — Juków więcej nie będę im taszczył.

— Nie taszcz.

— No co jesteś taki skwaszony? Zazdrościsz?

Uwolniona woda w Starcu ciemniała, kołysały się pływające białe wysepki.

— Widziałeś jakie zwierzę? — głosem o ton niższym zapytał Luks.

— Widziałem.

Śmierć jeszcze podrygiwała na zmarzniętej ziemi, nie—foremna tusza była opleciona niczym wieńcami pulsującymi rurkami. Myśliwi, uzbrojeni w noże, doili w przygotowane manierki gęstą, świetlistą ciecz. Ciężki, gryzący zapach unosił się nad brzegiem, a wiatr, jak na złość, ucichł. Razwijar często przełykał ślinę.

— Nasi odsprzedają kryształki pośrednikom, a ci wiozą je prosto do Stolicy — powiedział Luks, a Heks odnotował w myśli, jak ten nazwał drużynę myśliwych: „nasi”. — A gdyby tak samemu dostać się do Stolicy i sprzedać jakiemuś magowi…

— Byłoby nieźle— Razwijar wstał. — Znakomite uderzenie, naprawdę. Świetnie się spisałeś.

* * *

Odszedł o świcie, który zimą wstawał późno. Przenocował w zajeździe, wykładając na nocleg ostatnie pieniądze i odszedł. Mroźny wiatr zwiał śnieg z drogi, marsz po twardej glinie nie był trudny, a przydrożny znak wyraźnie wskazywał kierunek — Razwijar, jak i wcześniej, poruszał się na południowy zachód, w kierunku pogranicza.

Po co tam szedł?

Miał ochotę usiąść na poboczu, ale było zimno, więc szedł dalej. Nigdy w świadomym życiu nie dążył do czegokolwiek. Albo uciekał od czegoś, albo po prostu żył jak drzewo, ciesząc się deszczem, a w słoneczną pogodę rzucając cień. I oto teraz uświadomił sobie, wyraźnie jak nigdy wcześniej, bezużyteczność jakichkolwiek wysiłków; trzeba by zawrócić i pójść z powrotem.

Trzeba dostać się do centrum Imperium, a jeśli się powiedzie to i do samej Stolicy. Znaleźć wreszcie dla siebie posadę kopisty. Wstąpić do gildii, nosić pióro za uchem, jak kiedyś pan Agi.

A może uda się odnaleźć samego Agla — czemu nie? Skryba to profesja wyróżniająca się. Prawo majątkowe były właściciel stracił, wyrzucając niewolnika za burtę „Skrzydlaka”. Na pewno będzie szczęśliwy zyskując dobrego czeladnika. A Razwijarowi wszystko jedno z kim przyjdzie mu dzielić się dochodem z nowych kopii, dlaczego więc nie ze starym panem, który kiedyś był dla niego dobry?

Tonął w tych myślach jak w złym śnie.

Inaczej — co? Całe życie szorować kotły w oberżach? Zdarzało mu się dowodzić ludźmi i ogniewuchami, zabijać, oszczędzać, ratować. Może władca zrobiłby go swoim następcą i Razwijar zestarzałby się w kamiennym zamku z nieboszczykiem w podziemiu, niczego nie potrzebując, posyłając strażników na polowania i walki, wzywając na swoje pokoje kobiety za każdym razem nowe… A teraz jest włóczęgą, oberwańcem, „młodszym obywatelem” bez prawa noszenia przy pasie nawet scyzoryka. Łuks miał rację. Obecne życie Razwijara godne jest niewolnika, ponieważ znowu powrócił do niewolniczego stanu, z tym że niewolników przynajmniej karmią…

Razwijar pomyślał o towarzyszu i zrobiło mu się jeszcze gorzej. Co rozumie chimajryd — młokos, obcy — z praw nieznanego mu świata? To nie to, co oddawać cześć „mateczce Wof”, która zaszła w ciążę z wodospadem. On sądzi, że myśliwi będą mu wyczesywać sierść srebrnymi grzebykami. „Nie będę więcej juków taszczył…”. Gdzie będzie walczył, durnota, objuczą go, namówią do tego albo zmuszą. Będzie chodził z drużyną, a nocował w namiocie z jukami i taszczył je na grzbiecie, dopóki pewnego razu jakaś Śmierć nie odgryzie jego kudłatej głowy…

Razwijar zatrzymał się. Odchodząc z obozu, był przekonany, że Łuks po prostu znalazł sobie nowych, lepszych jeźdźców. Teraz pękało mu serce. Wyobraził sobie, jak bezgłowy Łuks leży na brzegu, a obok myśliwi obojętnie wytaczają świetliste kryształy z tuszy martwej Śmierci.

Nieszczęsny syn przeklętych Nagórenów. Może Poranek Bez Skazy znał także i jego los. Znał los wszystkich swoich współplemieńców, dokładniej, tworzył ten los, kiedy przygotowywał swoje przekleństwo. Może wiedział, że Razwijar zostawi Łuksa, kiedy ten stanie się ciężarem.

Obrócił się przez ramię. Wstawało słońce, na drogę padał zgięty cień śnieżnej zaspy, która stała na poboczu. Obozu już nie było widać, za to z przodu, w odległości stu kroków, ciemniał drogowskaz na rozstaju dróg. A co on może dać Łuksowi, dumnemu Nagórenowi Łunie Księżyca? Drugi koniec kłody, którą trzeba przeładować z wozu na stos? Czy pomazane atramentem pióro? Chimajryd przecież nawet czytać nie umie…

Powoli, krok za krokiem, Razwijar znowu ruszył przed siebie. Jarmarczny kram — oto gdzie chimajryd spotka swoją starość. Zobaczył tę scenę przed oczyma wyobraźni: tłusta kobieta z brodą balansuje na kuli, a zza porwanej zasłonki wychodzi siwy, przygarbiony, zmęczony Łuks ze śladami bata na włochatej skórze. A głupie dzieci biją brawo…

Długo stał na skrzyżowaniu dróg. Jedna droga wiodła prosto na południowy zachód, druga zakręcała na północ. Nie zastanawiając się, Razwijar skręcił i wkrótce dostał się do ludzkiej siedziby. Była to maleńka osada na brzegu jeziora, gdzie na przystani stała samotnie, wmarznięta w lód, rybacka łódeczka.

Pracowników w zajeździe nie potrzebowali. Opowieści słuchać także nikt nie chciał — ani o odległych krajach, ani o statku kobiet, ani nawet o sytusze, która zapragnęła stać się skrzydlakiem. Oberżystka, młoda i bardzo gruba kobieta, najpierw zwymyślała Razwijara, obrzucając go niewybrednymi epitetami, a potem powiedziała przez zęby:

— Zresztą, rozpal ogień. Mało tego… Rozpal ogień w palenisku, pogrzej się i wynoś na cztery wiatry.

Razwijar bez sprzeciwu wszedł do domu, przestronnego, z ledwie wyczuwalnym zapachem kwasu, którym przesiąkły drewniane ściany i stoły. Młody parobek na rozkaz przygasił już rozpalony ogień — całą swoją postacią wyrażając zdumienie, że nie rozumie, po co te głupoty.

Razwijarowi pozostało tylko wsunąć w dymiące kąty parę suchych szczapek i przydusić z wierzchu już opalonym polanem. Ogień znowu zapłonął, Razwijar klęcząc, wyciągnął w jego kierunku zamarznięte ręce. Wracać czy nie, rozmyślał. Szukać polujących na Śmierć. Prosić Łuksa o wybaczenie, że odszedł. Szczypawce głowa niepotrzebna, wystarczą jej nogi — tak mówili Pagóraki o głupim, ale chętnym do działania człowieku. Tak mówili, tłocząc się w domu, rozsiadając na ławkach, a ojciec śmiał się, siedząc za ciężkim drewnianym stołem; szczypawce głowa niepotrzebna…