Выбрать главу

Mieszkali w Czarnym Szumie. Daleko stąd, za Kamienną Strzałką, za Pękatym Borem… Koniec świata, dalej niczego nie ma. Dalej tylko bagna, a na bagnach — głodni Heksi…

— Za Kamienną Strzałką i Pękatym Borem — wymamrotał Razwijar.

Słowa nic nie znaczyły, do niczego się nie odwoływały. Za nimi nie stała mapa, nie majaczyły przydrożne drogowskazy, ale oberżystka okazała się pierwszym człowiekiem na drodze Riizwijara, który na pewno wiedział, że ziemie jego przodków to nie wymysł.

— Tak mi właśnie lokator opowiadał — oberżystka uśmiechała się z zadowoleniem. — Sporo wiedział, biedaczek. Tak czy owak, umarł i pozostawił po sobie jedynie tę książkę. To śmieć, nic nie warty, znawców pytałam… Ot, tylko pali się dobrze.

— Pali się?! — nie wytrzymał Razwijar. — Sam tylko papier wart jest reala za dziesięć arkuszy, a słowa…

— Powiedział kupiec! — oberżystka nagle się rozzłościła. — Tyle to za czysty papier płacą, a nie za zapisany, do tego porwany i zapleśniały! Myślisz, że jestem całkiem głupia? Coś warta jest ta książka, tylko że trzeba ją sprzedać znawcy w dużym mieście. A do miasta jak się dostać? A wrócić? A jeść i pić po drodze, do tego porzucić prace domowe? Drożej wychodzi, już lepiej na podpałkę!

Zamilkła. Wiedziała dobrze, że książka zrobiła duże wrażenie na Razwijarze, który siedział nad stygnącą kaszą, wpatrując się w stół.

— Bierz ją sobie, jeśli chcesz — powiedziała spokojniej. — Bierz, daję ci. A historie…

Posłuchamy twoich historii wieczorem, kiedy goście się rozejdą. W łóżku się usadowimy, to poopowiadasz.

— Ja…

— Tak ty, a któżby. Pomyślmy, co umiesz robić, oprócz fikania koziołków na materacu — tu uśmiechnęła się z zadowoleniem. — Ale uważaj, jeśli jesteś leniwy, wygonię!

* * *

„Okręt zatrzymał się z powodu uszkodzenia i kapitan zdecydował, wbrew radom obytych ludzi, przepłynąć cieśninę Osi Nos przed samym zakończeniem sezonu. Opóźnienie przejawiłoby się zgubnie na jego portfelu — statek na cały międzysezon znalazłby się na obszarze wewnętrznego morza. Ale pośpiech i nieprzemyślana decyzja mogłyby kosztować życie kapitana, załogi, a także pasażerów…”.

Wersy występowały na pomięty i porwany papier, wydostawały się z plam, jakby wychodziły z kałuż, na zawsze zostawały w pamięci. Razwijara swędziały palce prawej ręki — zdawało się, że ma tam wetknięto pióro, zdawało się, że na stole leży otwarty czysty brulion, zostało tylko przenieść litery, stojące przed wewnętrznym wzrokiem, na białe karty.

„…sprzyjający wiatr, ale nie przyniósł korzyści. Kapitan rozkazał zwinąć wszystkie żagle, ale było za późno, ze straszną siłą statek ciągnęło w kierunku cieśniny, tam, gdzie…”.

Razwijar klęczał przy palenisku, trzymając książkę obiema rękami. Przeszył go dreszcz. Z kuchni, do której wyszła kobieta, dochodził jej niski, władczy głos.

„…jak w kipiącym kotle. Nagle marynarz, stojący na burcie, krzyknął — czarna wielopalczasta ręka, podobna do kłębowiska żmij, wystrzeliła z wody, chwyciła nieszczęśnika i marynarz na zawsze…”.

Co stało się dalej? Kto, oprócz autora, przeżył? I jak temu, który napisał tę książkę, udało się ocaleć? Zdawało się, że litery tańczą, chwyciwszy się za ręce.

„…co oczywiste i stracili nadzieję, gdy nagle…”.

Razwijar zmrużył oczy. Wers się urywał — widział wszystko, co zdążył przeczytać. Czego nie zdążył — nie widział. „Nagle…”.

To jak w życiu, przyszło mu na myśl. Widzę do tego momentu, do „nagle”, wiem, co się ze mną działo. A co będzie potem? Jutro? Za minutę? Osiądę w oberży, stanę się dla gospodyni i mężem, i synem, i sługą. Będzie na mnie pokrzykiwać, jak teraz krzyczy na pracowników i myć ciepłą wodą z czerpaka. Czy nie tego chciałem? Czego ja w ogóle chciałem od tego czasu, gdy przestałem być niewolnikiem?

A Łuks jednak się nie pojawił. Okazało się, że Razwijar w głębi duszy czekał, że chimajryd go dogoni. Dlaczego miałby tego oczekiwać? Z jakiej racji?

„…co oczywiste i stracili nadzieję, gdy nagle…”

Powiedział szybko, jak mógł najszybciej, żeby się nie zdążyć rozmyślić:

— Miedziany Królu, Miedziany Królu! Weź, co jest mi drogie, daj, czego potrzebuję.

* * *

— Dureń! Ty ją całą spaliłeś, czy co?

Razwijar, jak wcześniej, klęczał przed paleniskiem. Płomień wznosił ku czarnej gardzieli pieca, miasta i zamki, sklepienia, mosty i wszystko to rozmywało się w mgnieniu oka, rozsypywało się i znikało.

Widział wszystko tak wyraźnie i jasno. Pojmował tak wiele. Niezrozumiałe, nieustanne pragnienie, które tak długi czas go męczyło, wreszcie się urzeczywistniło i nastał kruchy spokój.

Miedziany Król przyjął jego ofiarę, jednak nie była ona wystarczająca. Fragment książki, cenny dla Razwijara, stanowił niewielką wartość w porównaniu z kawałkiem chleba dla głodnego, czy z ogarkiem świeczki dla skazanego na mrok.

A mimo to Miedziany Król przyjął ofiarę.

— Co z tobą? — Oberżystka podeszła i pieszczotliwie położyła rękę na jego ramieniu. — Zmęczyłeś się? A nie ma czasu odpocząć — teraz po wodę pójdziesz z moim średnim…

— Dziękuję — podniósł się z podłogi. — Pójdę.

Cofnęła się, spojrzawszy w jego twarz. Pokręcił głową, zawczasu ucinając pytania i rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu swojej torby na ramię.

— Ty draniu — niebezpiecznie cicho powiedziała oberżystka.

— Nie — popatrzył jej prosto w oczy. — Jestem twoim dłużnikiem. Kiedyś się odwdzięczę.

Ciężko westchnęła, ale nie powiedziała więcej ani słowa. Znalazł podróżną torbę i w ciągu kilku minut, ubrany w swoją starą odzież, wyszedł na przedmuchaną wiatrem ulicę.

Wstawało słońce. Razwijarowi zdawało się, że i on wznosi się nad ziemią, że na tych bladych, zimnych promieniach można się oprzeć. Od łódeczki, zastygłej na przystani w lodzie, padał ostry cień. Razwijar szedł z osady z powrotem do rozgałęzienia dróg.

Na ścieżce przed nim, gdzieś w oddali, dał się słyszeć tupot, a raczej odgłos rytmicznych uderzeń biegnących po ziemi łap. Razwijar wytężył wzrok. Na spotkanie wyleciał Łuks, cały zgrzany, spocony. Para unosiła się nad jego grzbietem.

Ujrzawszy Razwijara półczłowiek przypadł do ziemi. Dyszał ciężko, rzęsy zbielały mu od szronu. Spotkawszy wzrok Razwijara, zmrużył oczy. Chciał coś powiedzieć, ale tylko zaklął po chimajrydzku.

— Skręciłem nie w tę drogę — powiedział ochrypłym głosem, po czym westchnął z rezygnacją. — Całą noc… Ech.

Razwijar podszedł. Położył mu rękę na ramieniu, szarpnięciem przyciągnął do siebie. Czołem oparł się o mokre, chłodne czoło towarzysza:

— Zgłupiałem. Wybacz.

I wskoczył na grzbiet Łuksa.

Rozdział ósmy

Czy to nie Razwijar obiecał sobie nigdy, przenigdy więcej nie składać ofiar Miedzianemu Królowi?

Po kilku dniach, kiedy osłabło w nim uczucie odnowy, wolności, nadzwyczajnej jasności umysłu, poczuł coś w rodzaju poczucia winy. Jakby naprawdę złamał przysięgę. I jeszcze nocami przypominał mu się przymilny głos władcy i była w tych wspomnieniach taka nieznośna zgroza, że Razwijar budził się i nie mógł zasnąć do rana.