Выбрать главу

Niekiedy śniła mu się oberżystka. Te sny były także męczące na swój sposób, ale tych się nie bał. Czasami wdzierały się w nie widzenia o dzieciństwie i domu. Razwijar zgrzytał zębami, kiedy we śnie udawało mu się wejść do rodzinnego domu, a zamiast matki za stołem siedziała, opierając się o blat szeroko rozstawionymi rękami, naga oberżystka. Starał się obudzić i nie mógł, kłuł oberżystkę piórem wyciągniętym zza ucha, a ona śmiała się, nie czując bólu.

W środku lata maleńka galera bez nazwy wysadziła go z Łuksem na Kamiennej Strzałce, będącej mierzeją odgradzającą morze od zatoki. Po Strzałce musieli dotrzeć do brzegu i już na lądzie, kierując się w górę z prądem dwóch maleńkich rzek, odnaleźć Czarny Szum.

Mówiono, że Kamienna Strzałka była zbudowana rękami milionów niewolników. W niepamiętnych czasach stało tu miasto i Strzałka stanowiła zaporę, nie wpuszczając do zatoki wrogiej floty. Od tamtych czasów minęły wieki, z miasta zostały porosłe lasem ruiny, a Strzałka, chociaż w wielu miejscach poprzerywana kanałami, do tej pory wznosiła się nad wodą, a wśród kamieni gnieździły się czerkuny.

Kolosalne bryły, wielkie i małe kamienie, szczeliny i uskoki skalne, na których nie było gdzie postawić nogi, przypominały Łuksowi rodzinne Nagórze. Poruszał się niedbale, przeskakując z jednej niepewnej podpory na drugą, a Razwijar siedział na jego grzbiecie, mocno trzymając się nagich, ogorzałych ramion chimajryda.

Mniej więcej pośrodku Strzałki sterczał wbity w stos kamieni słup z przybitym do niego tęczowym imperatorskim aktem urzędowym. Dokument obwieszczał, że te ziemie „od horyzontu do horyzontu” przyłączone są do Imperium i korzystają ze wszystkich imperatorskich łask, a w konsekwencji powyższego zobowiązane są do wszystkich naznaczonych powinności. Papier niechroniony przed słońcem i niepogodą niczym, prócz magii, wyglądał na nowy i bardzo wyraźny.

Łuks i Razwijar spojrzeli na siebie porozumiewawczo.

— Może i Szum korzysta z tych łask? — przypuszczająco powiedział chimajryd. — Dla nas lżej; dobre drogi, wygodne zajazdy…

— Patrole — powiedział Razwijar.

Łuks podniósł głowę: wysoko na niebie leciał samotny, biały skrzydlak. Rozmach jego skrzydeł zasłonił wędrowcom słońce. Półczłowiek przypadł do ziemi.

— Czego mamy się teraz bać? — Razwijar odprowadzał skrzydlaka wzrokiem — Przeciwnie… Te, które latają powinny dużo wiedzieć. Nie jesteś zainteresowany tym, co teraz się dzieje w Nagórzu? W czyich rękach jest zamek, kto rządzi w porcie Fier?

— Tak, oni by ci powiedzieli — Łuks splunął. Ze szczeliny podniosła się wężowa głowa, a zaraz za nią druga i okazało się, że obie należą do jednej grubej żmii z siateczkowatym wzorem na zielonkawej skórze. Chimajryd niemal nie patrząc, machnął ciężką łapą, żmija straciła jedną głowę i szybko skryła się między kamieniami.

— Jeść mi się chce — powiedział Łuks.

— Jedliśmy śniadanie.

— Chcę zjeść obiad. Dawaj, poszukamy gniazd, zbierzemy jaja…

— Idziemy — Razwijar trącił piętami jego boki. — Kto o tej porze roku zbiera jaja czerkunów? One wszystkie już dawno się wykluły i opierzyły, tylko strzałą można je zabić!

Fale nabiegały na Strzałkę od strony odkrytego morza. Galera już odpłynęła daleko i zdawała się robakiem, pełzającym po wodzie; niczym owadzie łapki wzlatywały i opadały cienkie wiosła.

Od strony zatoki woda była spokojna, poprzez nią widać było wodorosty na dnie, a gdzieniegdzie zardzewiałe żelastwo.

— Chodź, popatrzymy — powiedział Razwijar.

Łuks ostrożnie zszedł nad wodę. Na dnie, kilka kroków od brzegu, walał się zardzewiały hełm, z tych, co je na szybko kują ochotnicy. Nawet poprzez oplatające go wodorosty było widoczne głębokie wgniecenie.

— O, następny — powiedział chimajryd.

Wzdłuż Strzałki, od strony zatoki, walały się zardzewiałe końcówki włóczni, pogięte widły, fragmenty lichych, w pośpiechu przygotowywanych zbroi. Przedostając się z kamienia na kamień wzdłuż pasma, wędrowcy dostali się wreszcie do brzegu. Tam, pod starymi drzewami, leżały ułożone w piramidę kamienie. Ktoś znosił je ze Strzałki i układał jeden na drugim. Na wierzchołku piramidy postawiony był jak poprzednio słup wraz z przyczepionym do niego pismem.

Razwijar zszedł z grzbietu chimajryda i chociaż nie bardzo mu się chciało, podszedł przeczytać. Nie był to ani nagrobny napis, ani, jak się obawiał, wyrok śmierci. „Imperator boleje nad każdym swoim poddanym” — wszystkiego sześć słów i jaskrawa, mieniąca się w słońcu, pieczęć.

— Hipokryci — powiedział Łuks.

— Nie wiemy, co tutaj się stało.

— Oczywiście, skąd mamy wiedzieć? Przecież nigdy nie byliśmy w Nagórzu, nic nie dotarło do nas ustami aojdów, nikogo nie zabijali na naszych oczach, żaden przywódca nie legł przebity strzałą puszczoną z grzbietu skrzydłaka…

Łuks mówił, jakby przypadkiem, patrzył ponad głową Razwijara i uśmiechał się w roztargnieniu. Na jego bokach wisiały, przytroczone miękkim rzemieniem, podróżne torby z wodą i odzieżą. W jednej, starannie ukryte, leżały dwa niezłe kindżały, które udało się okazyjnie kupić. Czarny owad usiadł na grzbiecie chimajryda. Ten, nie odwracając głowy, uderzył ogonem i mały przybłęda bez życia spadł w trawę.

— Bez względu na wszystko, idziemy tam— Razwijar wskazał na dróżkę, odchodzącą od brzegu. Im dalej, tym gęściej rosły drzewa, niskie, z szerokimi koronami.

— To już twój las?

— Nie — półkrwi Heks wsłuchał się w swoje wspomnienia.

— Nie pamiętam tych okolic.

* * *

— Nikt go nie skrzywdzi, durna! Będzie mieszkał w pałacu, uczył się u prawdziwego mistrza i stanie się wielkim magiem! Puść rękę albo sprawię, że będzie bolało!

W miejscu ruin starego miasta wyrosła osada, gdzie każdy dom był zbudowany z drewnianych pozostałości.

W ścianę maleńkiego, niepozornego budynku była wmurowana kamienna twarz. Głowę statuy wstawiono w mur jak pospolitą cegłę, ale nawet obalony i upokorzony, nieznany bohater nadal patrzył na świat promiennie, ze spokojną godnością. A przed domem, w pobliżu czaszy suchej fontanny, szlochała kobieta, starając się wyrwać z rąk siwego mężczyzny na oko pięcioletniego chłopczyka. Dziecko ryczało tak, że łzy tryskały na boki i wyrywało się do matki…

— Uspokój się! — mężczyzna podniósł głos i na dźwięk jego władczego głosu, i kobieta, i dzieciak zamilkli. — Mówię ci przecież, że nie na śmierć go zabieram i nie w niewolę, a na służbę do Imperatora! Dla potęgi! Dzikusy… — odwrócił się do pary strażników w srebrzystych zbrojach. — Rozgonić ich, czego patrzycie! Urządzili sobie tutaj szopkę…

W tym momencie chłopczyk ugryzł go w palec ozdobiony złotym pierścieniem z jaskrawożółtym, błyszczącym kamieniem. Siwy mężczyzna zaklął, potrząsnął chłopcem i lekko zarzucił go sobie na ramię.

— To wszystko, przedstawienie zakończone. Rozejść się!

Strażnicy z ostentacyjnie obojętnymi twarzami ruszyli w kierunku wyschniętej fontanny, wokół której zebrał się niewielki tłum; przede wszystkim starcy i podrostki, a interesował ich nie tyle wrzeszczący dzieciak i jego matka ile ogromny skrzydlak, przestępujący z jednej błoniastej łapy na drugą. Na jego grzbiecie były trzy siodła; dwa proste i jedno miękkie, z podłokietnikami i wysokim oparciem.

Siwy mężczyzna niósł dziecko w kierunku skrzydłaka. Na popękany marmur padały krople krwi z pogryzionego palca, niby ciemne miedziaki. Matka chłopca rzuciła się w ślad za nimi, strażnik zagrodził jej drogę włócznią. Podbiegł młody mężczyzna, prawie podrostek, chwycił kobietę za ramiona. Byli do siebie podobni, zapewne brat i siostra.