— Spokojnie — szeptał brat. — Spokojnie… Już po wszystkim… Tak musi być… Oni mówią…
Łuks z Razwijarem na grzbiecie podeszli niezauważeni. Pojawienie się chimajryda samo w sobie było zaskakującym wydarzeniem, ale mieszkańcy osady byli całkowicie pochłonięci — i porażeni — sceną rozgrywającą się w pobliżu czaszy wiejskiej fontanny.
Razwijar od razu zrozumiał, co się dzieje i ścisnął ramiona towarzysza. Ten obejrzał się ze zdenerwowaniem:
— Posłuchaj… Może powinniśmy…
— To imperatorski mag — ledwie słyszalnym głosem powiedział Razwijar. — I chłopczyk, to też mag. Oni zabierają ich, gdy są mali… do stolicy… Na naukę… Odbierają rodzicom…
Łuks zagryzł wargi:
— A my…
— To imperatorski mag — powtórzył Razwijar, wpatrując się w siwego mężczyznę z pierścieniem na zakrwawionym palcu. — Jest magiem… Jak Poranek Bez Skazy.
Chimajryd cofnął się.
— Polatamy na skrzydlaku — siwy rozmawiał z chłopczykiem cierpliwie i chłodno. — Popatrz tutaj. Ładne siodło?
Chłopczyk krzyknął cienkim głosem. Nie wiadomo skąd pojawiła się chmara muszek i obsiadła siwowłosego. Ten szybko coś powiedział i muszki rozleciały się, niby zniesione porywem wiatru.
— No tak… Ruszajmy! — Stanowczym głosem rzucił mag. — Ej, pomóżcie mi wsadzić go na siodło!
Strażnicy, powstrzymujący dotąd tłum, wycofali się w kierunku skrzydlaka. W tym momencie dziewczynka, około piętnastoletnia, wynurzyła się zza czyichś pleców i przeczołgała się pod skrzyżowanymi włóczniami. Skrzydlak zasyczał, szeroko rozdziawiając dziób.
— Gamonie — ze zmęczeniem powiedział mag. — Prostej rzeczy nie potrafią zrobić…
Zabieraj się stąd — rzucił do dziewczynki.
— Zostaw go — ta mówiła cicho, ale Razwijar stojący nieopodal, słyszał każde słowo. — Albo umrzesz.
Siwy uniósł brwi.
— Głupia dzikuska. Wybaczam.
— Za to ja tobie nie wybaczam!
Siwy spojrzał jej w twarz i nagle spochmurniał:
— Tak, ty…
Dziewczynka zapiszczała i poderwała ręce. Maleńka biała błyskawica wyrwała się z koniuszków jej palców i uderzyła w czoło siwego.
Siwy uchylił się. Jego twarz skrzywiła się w grymasie wściekłości, zdawało się, że teraz odrzuci chłopczyka i siarczystym policzkiem pokaże podłej dzikusce, gdzie jej miejsce.
I rzeczywiście wypuścił chłopczyka, a dokładnie dziecko wysunęło mu się z rąk. Mag zamknął oczy, osunął się na kolana i upadł na bok.
Tłum krzyknął, ni to z przerażenia, ni to z radości. Matka chwyciła dziecko i rzuciła się do ucieczki, roztrącając ziomków. Strażnicy, wstrząśnięci, stanęli ramię w ramię i wymierzyli w dziewczynkę włócznie.
Ta, zaskoczona tym co się stało nie mniej niż wszyscy świadkowie, cofnęła się kilka kroków.
Popatrzyła na swoje ręce, potem na leżącego na marmurze maga. Podniosła oczy na strażników.
— Odejdźcie… albo…
Ramię w ramię ruszyli ku niej, a ona cofała się powoli. Zbliżywszy się do powalonego człowieka, jeden ze strażników obrócił go twarzą do góry. Oczy maga uciekły pod górne powieki, usta otworzyły się do połowy, z kącika ust spływała strużka śliny. U nasady nosa czerwieniało wgniecenie, jak od silnego uderzenia.
Tłum gwałtownie się rozpierzchł. Ktoś uciekał co sił w nogach. Ktoś inny, przeciwnie, podszedł bliżej. Razwijar ścisnął ramiona Łuksa:
— Ona…
Jeźdźcy cofnęli się — powoli, bardzo ostrożnie, w kierunku skrzydlaka. Do siodeł, jak zauważył Razwijar, były przytroczone arbalety…
— Uciekajcie wszyscy! — ryknął, przekrzykując okrzyki i mamrotanie. — Biegnijcie!
Ludzie zaczęli rozbiegać się na wszystkie strony, tylko dziewczynka stała, nie spuszczając wzroku ze strażników, gotowa walczyć z nimi i ze skrzydlakiem, i z całym światem.
— Łuks!
Chimajryd zrozumiał w okamgnieniu. Żaden człowiek nie zdążyłby i nie byłby w stanie pomóc, ale Łuks był półczłowiekiem na czterech łapach. Skoczył z miejsca. Przeleciał przez zawalony krawężnik fontanny. Uderzył o marmur przednimi łapami i od razu tylnymi, wykonał długi skok. Wyciągając się w powietrzu, przewrócił dziewczynkę w tym samym momencie, w którym strzały zostały puszczone z arbaletów.
I Heks i Nagóren, doskonale wiedzieli, jak celnie strzelają strażnicy na skrzydlakach. Strzały przebiły powietrze w dwóch miejscach na równej wysokości — kusznicy, nie umawiając się, strzelali w oczy. Ale dziewczynka sekundę wcześniej potoczyła się po marmurze, a Razwijar, ścisnąwszy kolanami grzbiet Łuksa, chwycił ją za ręce i za włosy, i zarzucił w poprzek chimajrydzkiego grzbietu.
W chaotycznym popłochu uciekali przed nimi mieszkańcy wsi. Razwijar czuł, jak ciało półczłowieka faluje pod nim wężowo, jak przetaczają się muskuły pod miękką skórą, słyszał wiatr ryczący w uszach. Nieosłonięty grzbiet okazał się szeroki niczym miejska brama.
Zgrzytając pazurami po kamieniu, Łuks skręcił za róg. Potem jeszcze raz skręcił. Osada była zbudowana bez żadnego planu, nie było tutaj ulic, tylko szlachetne ruiny i przylepione do nich niezgrabne lepianki, a całkiem blisko był las, szerokie korony, solidnie osłaniające przed strzałami z góry…
Dziewczynka zwiotczała na rękach Razwijara, zapewne straciła przytomność.
„W pałacu i w zagrodzie i w trójnogiej chacie majstra na Bezziemiu — wszędzie, gdzie jest kominek albo piec — może pojawić się na świecie mag. On może latać bez skrzydeł i rozkazywać kamieniom, może zabijać ogniem albo leczyć śmiertelnie chorych, ale głównym jego posłannictwem jest wnieść do tego świata to, czego przedtem na nim nie było…”.
— Niczego takiego nie umiem!
Dziewczynka siedziała, trzęsąc się cała, obejmując kolana rękami. Na jej czole krwawiło zadrapanie, w głosie dawało się słyszeć łzy.
— Ja niczego takiego… nigdy… Wypuśćcie mnie! Ja niczego nie umiem! Nie jestem magiem, to wyszło przez przypadek!
Łuks siedział w pewnej odległości, żuł leczniczy liść żółtego trójlistnika cudem odnalezionego na tej polanie. Nie było jak przygotować wywaru, dlatego przeżuwał kwiaty i przykładał do rozbitych poduszeczek łap. Całą swoją postawą ostentacyjnie dystansował się do ostatnich wydarzeń. To decyzja jeźdźca spełniona przez jego brata. Jeździec chciał, wierzchowiec tylko wykonał polecenie.
— Po co kłamiesz? — dopytywał się Razwijar powstrzymując rozdrażnienie. — Pokonałaś maga! Imperatorskiego maga! Możliwe, że jesteś wszechpotężna, więc dlaczego kłamiesz?!
Złościł się coraz bardziej i coraz bardziej denerwował. Ratując dziewczynkę, nie pomyślał o tym, co będzie, jeśli w stolicy Imperium i w jego granicach ogłoszą polowanie na zbiegów.
Wyśledzić chimajryda — nic prostszego!
Mag został ogłuszony. Strażnicy odlecieli, nikogo nie zabijając, okazując żelazne opanowanie.
Tym gorzej. Wrócą ze wsparciem, możliwe, że z nowym magiem, a któryś przyniesie rozkaz — za zgodą Imperatora. A wędrowcy, którym nie zależało na rozgłosie, niespodziewanie okazali się tymi, którzy ukrywali zbuntowaną czarownicę siedzącą teraz we łzach i rozmazującą po twarzy krew z zadrapania na czole.
— Ja… po prostu chciałam… ja…