Выбрать главу

Zbiegowie nie uciekli daleko. Szerokie korony osłoniły ich od poszukiwań z nieba, ale mieszkańcy osady bez trudu wyśledzili obcych, którzy zabrali dziewczynkę. Zjawiło się trzech młodzieńców, grozili pałkami, wypytywali, kim są przybysze i co myślą dalej robić. Starali się być groźni, ale sami się bali i w duchu nie mogli pojąć, co to za dzień jakiś trefny, same biedy jak z dziurawego worka?!

Ze słów młodzieńców wynikało, że strażnicy porzucili ziemię w kilka minut po tym, jak dziwni przybysze ze swoim ciężarem skryli się w lesie. Mag nie doszedł do siebie, ale był, w ogólnym mniemaniu, żywy.

— Kiedy on przyjdzie do siebie, jak myślisz? — zwrócił się Razwijar do zapłakanej dziewczynki. Ta pokręciła głową, kolejny raz wyrzekając się tego, co zrobiła. Jest już za późno, pomyślał. Za dużo świadków.

— Kim on dla ciebie jest? Ten chłopczyk?

— Siostrzeńcem. To syn siostry. — Dziewczynka wytarła łzy rękawem i od razu znowu zapłakała.

Łuks zmarszczył czoło, wypluł na dłoń uzdrawiającą papkę. Wykręciwszy się, sięgnął dłonią do tylnej łapy. Razwijar zauważył, że chimajryd delikatnie odwraca się do dziewczynki bokiem, jakby z jakiegoś powodu się krępował.

— Nigdy nie widziałem czarowników z tak bliska— przyznał się Heks, przyglądając się jej.

— Żywych. I zasmarkanych.

Dziewczynka zagryzła wargi, powstrzymując łzy. Jej zadarty nos stał się purpurowy od płaczu, zadrapanie na czole krwawiło. Ta dziewczynka była godna pożałowania i dlatego imperatorski mag dał się zaskoczyć, pomyślał Razwijar.

* * *

Mieszkańcy osady zebrali się nad wodą, a nie przy czaszy wyschniętej fontanny, gdzie zaschła na marmurze krew imperatorskiego maga. Miejscowi hodowali krzyczałki i sytuchy, dojne ptaki, których pióra i mięso ceniono nie mniej niż mleko. W zatoce, odgrodzonej Kamienną Strzałką, pływały ich całe stada. Na brzegu rzędami stały zagrody, a tuż przed nimi, na piaszczystej plaży, tutejsi mieszkańcy mieli coś w rodzaju agory.

Ramię przy ramieniu stali starcy, kobiety i podrostki. W środku kręgu słuchaczy stary i bardzo młody mężczyzna krzyczeli jeden na drugiego. Pierwszy był miejscowym seniorem, drugi — bratem kobiety, która nie chciała oddać dziecka z magicznymi zdolnościami. Ona sama, blada, ale dziwnie spokojna, stała obok. Malca nigdzie nie było widać.

— I co teraz?! Wszystkich nas poszatkują! Pozabijają, jak pozabijali naszych na Mierzei! — krzyczał starzec. — Co, drugiego nie urodzi? Powiedziano przecież, że w pałacu będzie żyć! A teraz, przez nią… co się stanie?!

— A co się ma stać! — wrzeszczał młody. — Ona tego maga nie tknęła nawet palcem! A że ryczała, to co, zabronisz babie ryczeć?! Przylecą jeszcze raz, to pewne, oddamy małego, co robić… A w czym ona zawiniła?!

— Zawiniła Jaska — powiedział ktoś. — Oto i ona!

Wszyscy równocześnie się odwrócili. Na brzeg wkroczył Łuks z Razwijarem na grzbiecie i nieszczęsną, cały czas dygocącą dziewczynką.

Dzieci i podrostki, a i kobiety, wpatrzyli się w półczłowieka, nagle zapominając, po co się zebrali i co im grozi. Razwijar siedział wyprostowany, ściskając piętami boki chimajryda.

Dziewczynka szła, patrząc w ziemię.

W tłumie coraz głośniej dawały się słyszeć głosy:

— Zjawiła się… czarodziejka… — A ci, co za jedni?

— Mamo, zwierzoczłek! Z ogonem!

— Cicho — powiedział Razwijar.

Wpatrując się w twarze nieznajomych, obcych ludzi, widział zarysy zmarszczek na czołach, czarne kropki porów na nosach z rozdymającymi się nozdrzami, krople potu nad górną wargą.

Słomiane kapelusze i białe kaptury, chustki i wstążki, błyszczące oczy z wąskimi od słońca źrenicami. Starsi byli wzburzeni. Młodsi cieszyli się z odmiany w monotonnym, nudnym życiu.

Ani jeden z nich nie wiedział i nie widział tego, co dla Razwijara było jasne jak słońce nad nimi.

— Cicho — powtórzył ostro. I pod jego spojrzeniem umilkły rozmowy i stał się rozróżnialny szmer milknącej fali. Ludzie wpatrzyli się w niego niemal z takim samym zdziwieniem, jak przed chwilą patrzyli na półczłowieka. Nie rozumieli, dlaczego ten młody, obdarty, nikomu nieznany obcy, przemawia do nich jakby posiadał władzę. Zamilkli zdziwieni i tym samym uznali jego prawo do wydawania dyspozycji.

— Chcecie żyć to słuchajcie mnie uważnie — powiedział ostro. — Tam, na mierzei, stoi słup… „Imperator boleje nad każdym swoim poddanym”. Kto z was umie czytać?

Podniosło się kilka niepewnych rąk.

— Weźcie tęczowy papier. Trzymajcie go w rękach, kiedy oni przylecą. To jedyna rzecz, która może was ocalić, oni nie strzelają, kiedy widzą tę tęczę. Zaczną was obwiniać, a wy przyzywajcie na świadka Imperatora. A dzieciak…

Chciał powiedzieć, że dziecko i tak przyjdzie oddać, ale się zaciął. Popatrzył w twarz nieszczęsnej kobiecie i zrozumiał, że ona już się poddała, że pogodziła się z koniecznością rozstania z malcem, który z daleka od domu stanie się wielkim magiem. Doznał chwilowego rozczarowania; czym jest życie całej osady przeciw życiu własnego, jedynego dziecka?!

— Dzieciaka oddamy — powiedział senior głośno, wypowiadając powziętą wspólnie decyzję.

— Coś ty za jeden, nie wiem i wiedzieć nie chcę, może też jesteś posłańcem od Imperatora, a może wędrownym smarkaczem! Nasze sprawy ciebie nie dotyczą. Po co dziewkę zabrałeś? Ją także będzie trzeba oddać, niech sami osądzą!

Tłum zahuczał. Teraz patrzyli na dziewczynkę, a ona ukryła twarz w dłoniach pod ciężarem tych spojrzeń.

Razwijar wyprostował się jeszcze bardziej, chociaż zdawało się to prawie niemożliwe.

Tubylcy krzyczeli, szeptali, zamartwiali się, złościli, ale najbardziej ze wszystkiego bali się.

Ludzie, oczywiście, lekką ręką gotowi byli oddać jednego człowieka w zamian za pomyślność albo chociażby życie wielu. Tylko młody mężczyzna, brat, znowu wyskoczył na środek, zaciskając pieści:

— Jaski nie oddam! Niech ucieka! Ona przecież nas wszystkich może… Jak tego maga!

Całkowicie osadę spalić! My jej nie powstrzymamy…

I błagalnie popatrzył na siostrę, jakby oczekując, że ta zacznie palić osadę właśnie teraz.

Ludzie przycichli i z przerażeniem się cofnęli.

— Wiedziałeś o mnie? — cicho zapytała dziewczynka.

Brat odwrócił się:

— A jakże…

— I milczałeś — ryknął starzec. — Napytaliście nam biedy!

— Bieda dawno przyszła — powiedział ktoś przez zęby.

— Co teraz…

— Jaska chociaż się z tym kryła — zauważył drugi głos. — A ta, z dzieciakiem swoim, rozgadała w całym okręgu, że jej malec jest czarownikiem… No i się stało!

— Zaczekajcie! — krzyknęli z tłumu. — Jeśli ona jest czarownicą, to niech ukryje osadę.

Narzuci na nią takie czary, żeby nas nie znaleźli!

Propozycja spotkała się z zachwytem. Ludzie patrzyli na dziewczynkę, nie zauważając opuchniętego nosa i łez na jej twarzy.

— No dalej!

— Jaska, no, postaraj się!

— Zrób wichry nad morzem. Zrób sztorm, niech oni nie dolecą!

— Zrobisz to? — cicho zapytała jej siostra.

Dziewczynka w milczeniu zacisnęła palce. Przełknęła ślinę, ogarnęła spojrzeniem twarze współplemieńców. Ledwie zauważalnie potrząsnęła głową:

— Ja… nie mogę. Nie potrafię. Nikt mnie nie uczył… Ja nie chciałam! Ja nie potrafię!

Zrobiło się cicho.

— Jak nie chciałaś, trzeba było cicho siedzieć — rozległo się w tłumie.