— Po co wylazłaś, jeśli nie potrafisz?
— Teraz wszystkich zabiją, przez ciebie!
— Czarownica z łaski Szuu!
— Jeszcze tego nam trzeba?!
Teraz się złościli. Nadzieja przepadła. Całej osadzie pozostało czekać na zemstę i patrzeć w niebo.
— Uciekaj i ukryj się — szybko rzucił brat. — Uciekaj.
— Dokąd ona ucieknie? Wydamy ją! Co od nas mogą jeszcze wziąć?
— Albo ona się nie da — gromami zarzuci?! — ktoś zaśmiał się histerycznie.
— I tak ją znajdą! A tak, choć jakaś nadzieja dla nas, a może i dla niej…
Pośród tego wzburzenia, krzyku, przekleństw, parsknięć śmiechu, Razwijar siedział nieruchomo, ściskając piętami boki Łuksa, zacisnął palce na jego ramionach. Chimajryd odrobinę odwrócił głowę, zerknął, jakby na coś czekając.
Kiedy jeździec jest w siodle, jego słowo ma pierwszeństwo. Obowiązuje taka etykieta, podniesiona do rangi prawa. Jeśli idziesz pieszo razem z bratem, rozmawiacie jak równy z równym. Ale wystarczy, by jeździec wskoczył na siodło, a role się zmieniają; on jest jeźdźcem i tylko on może zacząć rozmowę.
— Co? — szeptem zapytał Razwijar.
— Moglibyśmy zabrać ją z sobą. Do Czarnego Szumu.
— „Magowie mogą wyczuć ludzi po zapachu — powiedział Razwijar przez zęby — i znać ich myśli, i pragnienia, i lęki. Biegły mag potrafi iść po śladach człowieka, wyśledzić go na odległość, ujarzmić jego wolę”. Wyśledzić na odległość, zrozumiałeś?
— A czy nam nie wszystko jedno — powiedział prostodusznie Łuks. — Po tym, jak odebrałeś dziewczynkę strażnikom…
Razwijar zacisnął zęby. Wszystko to prawda. To on podjął decyzję, on stanął między Imperatorem a zbuntowaną czarownicą. „Ja”, a nie „my”.
— Powinniśmy uciekać i to jak najszybciej — wyszeptał chimajryd — a nie słuchać ich beczenia. I tak nas zapamiętali. Także jesteśmy buntownikami.
Razwijar przesunął wzrokiem po tłumie. W kręgu toczyły się rozmowy, decyzja była powzięta: i dzieciak, i dziewczynka, która odważyła się go ocalić, mieli być wystawieni jako zapłata za bezpieczeństwo osady. Ci ludzie wiele przeżyli w swoim życiu, stracili bliskich, stracili i znowu odzyskali nadzieję, oni nie byli buntownikami. Najprawdopodobniej oszczędzą ich. Należy tylko pokajać się i pokornie wydać Imperatorowi pięcioletniego chłopczyka i dziewczynkę w wieku około piętnastu lat…
— Ja powinienem zdecydować? — szeptem zapytał wierzchowca.
Łuks pokornie spuścił oczy.
— No to dawaj — powiedział Razwijar.
Drzewa rosły gęsto, chimajryd zataczał pętle, biegł slalomem i tracił przez to przewagę w szybkości. W ślad za zbiegami leciały kamienie, jeden trafił Razwijara w ramię, drugi ugodził Łuksa w tylną łapę. Chimajryd krzyknął z bólu, ale nie przestawał susami biec naprzód i pogoń coraz bardziej zostawała w tyle, trzask gałęzi za plecami i krzyki oddalały się, z przodu zamajaczył prześwit i uciekinierzy puścili się pędem w tamtym kierunku.
Razwijar siedział, jedną ręką przyciskając do siebie Jaskę, drugą wczepiwszy się w ramię chimajryda. Dziewczynka zamarła, jakby znowu straciła zdolność reagowania. Początkowo, kiedy nieoczekiwanie ją chwycił, sprzeciwiała się tak rozpaczliwie, że Razwijar przestraszył się, że zrobi z nim to, co z magiem. Nagle strach i złość podpowiedzą wiejskiej podlotce, jak ogłuszać i zabijać za pomocą swojej woli?
Potem się uspokoiła. Możliwe, że odczuła zaciętość pogoni za plecami i paskudny, lepki strach przed nią. A może opadła z sił.
— Zgubiliśmy ich — powiedział Łuks i zwolnił bieg.
— A w górach w jednej chwili bym… Ech.
— Zatrzymaj się — powiedział Razwijar.
Zszedł na ziemię. Jaska ześliznęła się zaraz za nim i padła na kolana. Wierzchowiec nerwowo podrapał bok prawą tylną łapą.
— Trzeba iść szybko — powiedział Razwijar do dziewczynki. — Jeśli chcesz żyć, oczywiście.
Otępiona popatrzyła z dołu na pochylonego nad nią jeźdźca, ale nic nie powiedziała.
— Jeśli wpadniesz w ręce strażników, szybko nie umrzesz — przekonywał Łuks. — Długo będą cię męczyć. Wiedz o tym.
Dziewczynka zadrżała. Razwijar siłą poderwał ją na nogi.
— Naprzód— powiedział despotycznie. — Przebieraj nogami, no już!
I ruszyła.
Stara, porzucona w lesie droga, prowadziła w pożądanym kierunku, z lekka tylko odchylając się na zachód. Kiedyś turkotały po niej koła, ryczały rogacze, pełzły przeogromne powozy na samojadkach. Jeździli ludzie do miasta nad morzem; handlować i pogapić się na osobliwości.
Jechali z powrotem, do domu, w różne strony świata i do Czarnego Szumu. Wieźli podarki, wieźli nowinki. Ale już w tych dniach, kiedy Razwijar brodził w rosie, pod sklepieniem rodzinnego lasu, już wtedy miasto było zburzone. Nieznany bohater, wyciosany z kamienia, już wtedy stracił swoją głowę i możliwe, że jego głowa już legła w podmurówce nowej ściany, ale Razwijar jeszcze niczego nie wiedział o swoim losie, swobodny pokładał się w trawie i liczył świetliki, a ojciec jego biegał na szczudłach, chroniąc pole pełne dojrzewających kłosów…
Wędrowcy szli do zapadnięcia zmroku, ale dopiero późnym wieczorem, kiedy zupełnie się ściemniło, śmiertelnie zmęczeni w końcu zrobili postój. Ognia nie rozpalali. Ze starych zapasów w bagażu został tylko kruszący się kołacz. Razwijar zaproponował go Jaśce, ale dziewczynka odmówiła.
— Będziemy spać — powiedział Razwijar. — Jutro znowu czeka nas droga.
— Skąd ty to wszystko wiesz? — melancholijnie zapytał Łuks.
— Co niby?
— O pieczęciach. To co mówiłeś im o pieczęciach, że nie wolno w nie strzelać? W jakiej książce to jest napisane?
— W żadnej. Ja po prostu… tak czuję.
— Dziwne. Dlaczego ja nie czuję? I skąd to przeczucie, że nie można strzelać w pieczęcie?
Razwijar był tak zmęczony, że ledwie poruszał ustami.
— Nie wierzysz mi?
— Ależ nie, wierzę — towarzysz przeciągnął się, Razwijar usłyszał, jak zachrzęściły gałęzie posłania. — Wierzę, w tym rzecz… Posłuchaj. A może ty też jesteś magiem?
— Chodźmy spać. Padam z nóg.
— To jesteś magiem, czy nie?
— Nie!
— A skąd wiesz o pieczęciach?
Razwijar zasypiał. Przed oczami kołysały się fale, wzlatywały i opadały wiosła.
— Rzecz w tym — wymamrotał, zapadając w sen — że kiedy powoli poznajesz… tam słowo, tam dwa… Tam księga, cień lecącego skrzydlaka… Potem nagle to wszystko układa się… jak plama światła na wodzie. Chodźmy spać…
— Zabiją ich przeze mnie czy nie?
Westchnął głęboko, możliwość snu ulotniła się. Dziewczynka odezwała się pierwszy raz od początku wędrówki, miała zachrypnięty i łamiący się jak u chłopczyka głos.
— Zabiją ich? Wszystkich? Przeze mnie?!
— Nie sądzę — ostrożnie powiedział Razwijar. — Teraz mają usprawiedliwienie — dwóch obcych, którzy cię pochwycili. Tych samych, którzy nie pozwolili strażnikom cię zabić.
Najprawdopodobniej ułaskawią ich. Tym bardziej, że chłopczyka oddadzą bez sprzeciwu…
Nagle zamilkł. Potem powiedział zmienionym, bardziej szorstkim głosem:
— Odzieją go w lepsze ubranie. Może nawet przewiążą wstążeczką, dadzą w rękę chleb… albo czym tam wedle obyczaju witają drogich gości? Przygotują tego dzieciaka niczym najlepszą ofiarę i oddadzą. Z przyjemnością. Weź, co jest mi drogie…