Zaciął się.
— Co ty mówisz? — z niepokojem zapytał chimajryd. — Śpisz, czy bredzisz?
— Śpię… A co do pieczęci, Łuks. Sam rozumiesz, nie mogę dać sobie ręki uciąć, że ani jeden strażnik nie zacznie strzelać do imperatorskiej pieczęci. Ale jestem przekonany, że pieczęć może pomóc.
— To dlaczego nie mielibyśmy się obwiesić tymi pieczęciami od stóp do głów?
— Miałeś jedną, ale plunąłeś na nią i wyrzuciłeś.
— Młooodszy obywaaatel Imperium? — przedrzeźniająco przeciągnął Łuks.
— Tak. To po to, żeby do ciebie nie strzelali od razu, a chociaż najpierw porozmawiali.
— Nie mam o czym rozmawiać z imperatorskimi strażnikami.
— I ja także. Dlatego nie mamy dokumentów. I jesteśmy buntownikami. A za nami pogoń.
Łuks roześmiał się.
Razwijar spał.
Ludzie żyją, jak we śnie, powiedział stary Latarnik. Żyją, nie zastanawiając się ani nad minionym, ani nad przyszłym, ani nad samym sobą. Wierzą, że podejmują refleksję nad sobą, ale w rzeczywistości ich myśli to tylko niejasne odczucia, zamglone wrażenia. Ludzie przeczuwają przyszłość i siebie, ale nie widzą ani żyłek na liściach pod nogami, ani wzoru śnieżynki na rękawie płaszcza. A przecież po to, aby rzeczywiście myśleć i rozumieć, trzeba zauważać drobnostki.
I jeszcze trzeba w każdej chwili być czujnym, powiedział władca. Nawet kiedy śpisz, powinieneś wiedzieć, czego chcesz.
Razwijar otworzył oczy. Świtało, chimajryd spał, zwinąwszy się w kłębek, na jego sierści błyszczała rosa. Dziewczynka obudziła się i zamierzała uciec; powolutku, na palcach, odchodziła coraz dalej w las. Jej prawy pantofel rozerwał się i w przedarciu widoczny był podrapany palec.
— Dzień dobry — powiedział do niej.
Wzdrygnęła się i zatrzymała.
— Łuks — zawołał Razwijar. Chimajryd obudził się błyskawicznie. Po prostu otworzył oczy.
— Bądź tak dobry i poszukaj jedzenia— powiedział Razwijar. — Dzisiaj będziemy musieli iść cały dzień.
Ten podniósł się i z zadowoleniem otrząsnął się tak, aż krople rosy poleciały na wszystkie strony. Dziewczynka najeżyła się. Chimajryd popatrzył na nią, na Razwijara, kiwnął głową.
— Rozpal ognisko — powiedział schrypniętym od snu głosem. — Nie będziemy przecież jeść surowego.
I poszedł, strząsając po drodze rosę z nisko zwisających gałęzi.
— Nazbieraj chrustu — polecił Razwijar dziewczynce. — Nie ma czasu na leniuchowanie.
Ta patrzyła na niego, nie ruszając się z miejsca. Zadrapanie na czole przyschło, oczy zapadły się, na policzku odbiły się ostre trawy.
— A może potrafisz rozpalać ogień oczami? Tu wszystko jest zwilgotniałe…
— Ja niczego nie potrafię — powiedziała, tym samym zachrypniętym, łamiącym się głosem.
— Do czego ci jestem potrzebna? Ja nic nie mogę.
— Tylko ogłuszać imperatorskich magów?
— To był przypadek. Ja… zezłościłam się.
— Potrafisz czarować, tylko kiedy się złościsz?
— Nie potrafię czarować… Po co wyście… Po co to zrobiłeś?! Prosił cię ktoś? Życie… no i co z tego?!
— Nie żal ci życia?
Chlipnęła:
— Żal… Ale przecież… ja sama… oni wszyscy… Do czego ci jestem potrzebna? Wypuść mnie…
Razwijar podniósł się i podszedł do niej, bardzo blisko. Dziewczyna zmieszała się.
— Widzisz, mam do ciebie prawo — powiedział miękko. — Ponieważ zdecydowałem za ciebie.
— Nikt cię o to nie prosił!
— Nie prosił. Ale ja podjąłem decyzję i konsekwencją tej decyzji jest to, że teraz jesteśmy ze sobą związani jak łby dwugłowej żmii. Przez ciebie nas też zabiją, jeśli nas złapią.
— Ja nie chciałam…
— Ja chciałem. A teraz chcę, żebyś nam pomogła… Przecież jesteś magiem.
— Nie mogę — powtórzyła kolejny raz. — Nie jestem magiem. Nie potrafię.
— Nie potrafisz?
Razwijar uderzył ją w twarz, niezbyt silnie, ale głowę Jaski rzuciło w tył, a ona sama ledwie nie upadła.
— Nie umiesz? A tak?
Powtórzył uderzenie. Dziewczyna poderwała rękę, starając się odbić trzeci policzek. Z takim samym powodzeniem mogłoby bronić się pisklę sytuchy.
— Jutro, najpóźniej pojutrze, pojawią się tutaj prawdziwi magowie — powiedział Razwijar.
— Zaczną szukać po zapachu. Ciebie. I nas. Jeśli jeszcze raz usłyszę z twoich ust „nie potrafię, nie umiem”, to przywiązany cię do drzewa, tutaj w lesie. I oni znajdą cię po zapachu, a od nas się odczepią.
Patrzyła na niego z takim przerażeniem, jakby był larwą ogniewuchy.
— Boisz się? Oni poczują zapach twojego strachu. Czy możesz zmylić ich trop?
— Nie mo… — dziewczynka zakaszlała.
— Świetnie. Czegoś się nauczyłaś. Teraz posłuchaj: jesteś bezmyślnym stworzeniem, które ściągnęło gniew Imperatora na całą wieś. Nie ocaliłaś dzieciaka i nikogo nie ocaliłaś, dlatego, że ty, gamoniu, postanowiłaś zdecydować za innych i zgubiłaś wszystkich!
Dziewczynka zamarła na moment, po czym poderwała ręce. Razwijar rzucił się w bok.
Daremnie. Świat przed oczami zalał się białym światłem i przepadł. Kiedy znowu otworzył oczy — nad jego głową kołysały się gałęzie, a on sam leżał na plecach, prawie tonąc w porannej mgle i wydawało mu się, że jego ciało jest z bezkształtnej waty, a bezwładne ręce nie chciały poddać się jego woli. Bardzo, bardzo wolno podniósł dłoń do twarzy. Pośrodku czoła, trochę powyżej nasady nosa, wyczuwalne było gorące wgniecenie. Gdy tylko dotknął tego miejsca, tak go zabolało, że zasyczał przez zęby.
Ile minęło czasu. Szuu… Magowi gorzej się dostało. Na Razwijara nie starczyło jej sił… Albo może go oszczędziła, pożałowała?
Z lasu wynurzył się Łuks, wlekąc w opuszczonej ręce tłustą, dwugłową żmiję. Wpatrywał się w Razwijara nierozumiejącym wzrokiem:
— Co… tobie… Matko Wof, przecież ona cię…
— Łap ją — z wysiłkiem powiedział Razwijar. — Daleko nie mogła uciec.
Kiedy chimajryd przytaszczył wyrywającą się Jaskę ognisko już płonęło, syczały szare gałęzie, a mgła tymczasem podniosła się wyżej. Pnie otuliły się białością. Jaska piszczała i drapała, w poprzek policzka Łuksa ciągnęła się długa, krwawa smuga.
— Rozpraw się z nią sam — powiedział chimajryd, zrzucając dziewczynę na trawę. — Żałuję… że się wplątaliśmy w tę całą hecę z czarodziejką, że połączyliśmy z nią swoje losy.
Jaska ciężko dyszała. Miała rozerwaną sukienkę na ramieniu i ta ledwie trzymała się na niej.
Popatrzyła na Razwijara, zobaczyła wgniecenie na jego czole i zadrżała.
— Siadaj — powiedział Razwijar.
Posłuchała. Westchnął głęboko, dziewczynka uznała jego władzę nad sobą. I ona też.
— Czyli jesteś zupełnie bezradna? I nawet muchy nie skrzywdzisz?
Dziewczynka przełknęła ślinę.
— I nie jesteś magiem? Nie ma w tobie magicznej siły?
Chciała odwrócić wzrok, ale jej nie pozwolił. Dziewczynką wstrząsnął dreszcz.
— Powiedziałem nieprawdę — przemówił wolno. — Twoi sąsiedzi przeżyją. Możliwe, że w ogóle nic im się nie stanie. Możliwe, że nikogo nie zgubiłaś… oprócz mnie i chimajryda. Ale my się przecież nie liczymy.