Выбрать главу

Dziewczynka zamrugała, zupełnie zdezorientowana. Potem powiedziała szeptem:

— Proszę… wytłumacz mi, czego ty ode mnie chcesz?

— To inna sprawa — uśmiechnął się. — Chcę, żebyś ochroniła nas troje przed poszukującymi zbiegów strażnikami Imperatora. Przed prawdziwą pogonią, z magami, skrzydlakami i Szuu wie czym jeszcze. Kiedy będą nas szukać z nieba.

— Ja nie…

Zamilkła i zaszlochała bez łez.

Razwijar podszedł i usiadł obok. Objął ją szorstko:

— Wsłuchaj się w siebie, na pewno będziesz wiedziała, co robić. Rozumiem, że to pierwszy raz. Ale przecież wszystko ma w którymś miejscu swój początek, wszystko kiedyś wydarza się pierwszy raz. Nikt nie rodzi się dwa razy i nie umiera po wielekroć.

— Ja spró… buję — przez łzy wydusiła Jaska.

— Zrobisz to — poprawił ją łagodnie.

Mgła gęstniała, otaczając maleńkie, syczące w rosie ognisko.

— Posłuchaj, chce mi się jeść — melancholijnie zauważył Łuks. — Własny ogon jestem gotów połknąć, szczerze mówiąc.

W drodze dziewczynka zgodziła się trzymać ramienia chimajryda. Razwijar szedł z drugiej strony, w prawej ręce dzierżył kindżał.

— …żeby ptaki latały w kluczu, żeby krzyczałki nie rozbiegały się i słuchały, kiedy doisz. A!

Jeszcze, żeby lalki zamykały i otwierały oczy.

— Jak to? Co lalki?!

— Lalka jest z drewna. Ma drewnianą głowę. Oczy namalowane farbką. I te moje lalki otwierały i zamykały oczy.

— Fantastyczne! Wielce pożyteczna umiejętność— sarknął Łuks.

— Zamknij się — Razwijar rozejrzał się. Przed nimi, przy drodze, ciemniały ruiny. Kiedyś zapewne była tu gospoda. — Powiedz, uczył cię ktoś otwierać i zamykać oczy lalkom?

— Nie — dziewczynka szła ciągnąc nieznacznie za sobą prawą nogę. — Zawsze wydawało mi się, że to… wstyd.

— Słucham?! — chimajryd zwolnił kroku.

— Bo to nie tak, jak u wszystkich — powiedziała zamierającym głosem. — Coś jakby… ułomność. Taki szósty palec. Babcia mówiła…

Zamilkła.

— Babcia?

— Tak. Ona o tym wiedziała. I mnie straszyła, kiedy byłam jeszcze maleńka. Że to wstyd i jeśli się dowiedzą, będą prowadzić mnie nagą po ulicach, oblepioną piórami krzyczałki i posadzą na cep obok beczki…

— Obok beczki — w zamyśleniu powtórzył Łuks. — I ty uwierzyłaś?

— Miałam pięć lat! A potem… już sama przywykłam, że to nieprzyzwoicie i wstyd.

— Twoja babcia była mądrym człowiekiem — powiedział Razwijar. — Cóż, twojego siostrzeńca jednak nie nauczyła, żeby się z tym krył?

— Ona już dawno umarła — Jaska kulała coraz silniej.

— Rozumiem — powiedział. — Ale czasami, kiedy nikt nie widział, brałaś lalkę i otwierałaś jej oczy.

— Tak.

Zrównali się z ruinami. W studni była woda. Mętna, ale „jadalna”, jak określił ją Łuks.

Napełnili manierki. Jaska usiadła skulona na kamieniu.

Razwijar podszedł do Łuksa:

— Czy chimajryd może nieść kogoś, oprócz swojego jeźdźca?

— Rannego towarzysza, jeśli jeździec nakaże — odparł ten.

— Wziąć ją?

— Jaska — powiedział Razwijar. — Siadaj wierzchem na Łuksa.

Popatrzyła na nich z mieszaniną strachu i wstydu.

— A ty co? — zapytał chimajryd. — Siadaj, pomogę ci.

— Ja — dziewczynka przełknęła ślinę. — Ze mnie krew idzie.

Wędrowcy spojrzeli po sobie.

— A co, ja krwi nie widziałem? — niedbale zapytał Łuks.

— Siadaj. Bo inaczej nigdzie nie dojdziemy.

* * *

Wieczorem zatrzymali się na brzegu rzeki, przez którą był przerzucony na wpół rozwalony mostek. Jaska długo się myła, zszedłszy niżej w dół z prądem. Łuks przyniósł z lasu ubitego pająka i uroczyście się zaklinał, że jego mięso nie jest po prostu jadalne, ale wręcz uzdrawiające i smaczne. Razwijarowi zwierzak przypomniał pająki Cza, które widział kiedyś w bibliotece, zresztą jadł już w życiu przeróżne rzeczy. Za to dziewczyna nie tknęła jedzenia. Mdliło ją.

— Udało nam się — powiedział Razwijar. — Pogoń zostaje w tyle. Zapewne mag nie od razu doszedł do siebie. A może wezwali go na przesłuchanie do samego Imperatora.

— Do Imperatora — powtórzyła Jaska. — Widziałam go… I tego samego człowieka będzie widział Imperator?

— Imperator go nie pochwali — dodał Razwijar.

— A może pogoni nie będzie? — beztrosko zapytał Łuks, żując kęs pajęczych trzewi. — Pójdziemy coraz dalej, i nikt za nami…

— Rozmarzył się — powiedział Razwijar. — Jutro. Koniecznie.

— Nie — wyrwało się Jaśce.

Jeździec popatrzył na nią znacząco.

— Słucham?

— Nic — westchnęła głęboko.

— Jest jeszcze dużo czasu — powiedział. — Ty przecież cały czas myślisz, jak nas obronić?

Ty przecież czujesz się magiem? I czujesz jak rośnie w tobie twoja potęga?

— Proszę, nie śmiej się ze mnie — powiedziała cicho.

— Nie śmieję się z ciebie. Jutro rano umrzemy albo przeżyjemy i to zależy od ciebie.

* * *

„Zbiorę kwiateczki, ufarbuję koszulę… Ufarbuję koszulę — naplotę wianeczków…”.

Jego cioteczna siostra pomagała tacie farbować płótno. Granatowe, niemal czarne kwiaty obratki rosły zawsze w tym miejscu, gdzie urodziła się dziewczynka. Dlatego, mówiła babka, matki chodzą rodzić do lasu, gdzie jest miękka trawa, jeśli urodzi się dziewczynka, w trawie wiele lat będzie rosła obratka…

Siostra zbierała kwiaty na polanie, gdzie urodziła się siedem lat wcześniej. Wkładała w płócienny woreczek, przeciągała nitką, opuszczała do wrzącej wody. Potem w kotle trzymano tkaninę — jeśli trzymać ją dobę, będzie granatowa. Jeśli noc — błękitna. A jeśli wyjąć ją niemal od razu, będzie czerwona, jaskrawoczerwona, widoczna z daleka. Z takiego płótna szyto dziecięce koszulki…

— Zbiorę kwiateczki, ufarbuję koszulę… Dziewczynka szła boso po ścieżce, kroczyła przed Razwijarem tak, że widział jej rozsypane na plecach rude włosy. Weszła po dwóch stopniach na próg, pchnęła ciężkie drzwi, weszła do domu. Pośpieszył w ślad za nią, chciał ją zawołać i obudził się.

— Dzisiaj? — zapytała szeptem.

Razwijar przytaknął.

Ruszyli dalej — Jaska po lewej stronie Łuksa, Razwijar po prawej. Las okazał się dziwnie pusty. Było bardzo cicho, nad głowami szeleściły drzewa. Wędrowcy milczeli, a ten w napiętym milczeniu odbywany marsz przypominał ni to szpiegowski zwiad, ni to kondukt żałobny.

W południe natrafili na ruiny zajazdu. Razwijar zajrzał, zginając się, w otwór po drzwiach; wewnątrz niczego nie było, oprócz pleśni i potłuczonych kamieni. Meble, rzeczy, nawet wewnętrzne obicie ścian — wszystko albo zbutwiało, albo rozsypało się i przepadło.

— Moglibyśmy się tutaj ukryć — zaproponował Łuks.

— Zupełnie bez sensu— odpowiedział Razwijar. — Zrozum, możemy się ukrywać albo nie, to nic nie da. Mag będzie węszył i tak dowie się, gdzie jesteśmy.

— Jaki ty jesteś mądry — powiedział ten urażony.

Szli godzinami i z każdym krokiem napięcie związane z oczekiwaniem pogoni stawało się coraz bardziej męczące. Razwijar powstrzymywał się, żeby nie patrzeć co chwilę w niebo. Łuks klepał łapami po pniach, strącał ogonem owady i w końcu zaczął przetrącać biało–niebieskie grzyby, które porastały wzdłuż drogi.