— To złe życzenia — powiedziała Jaska, która prawie całkiem ochrypła.
— Co?
— Nie dotykaj grzybów. To złe życzenia. Jeśli człowiek komuś źle życzy, powinien pójść do lasu i wypowiedzieć życzenie na głos. Wtedy wyrasta taki grzyb, a zło się nie przydarzy i sumienie człowiek będzie miał spokojne, i na duszy lekko.
— To bajki — oświadczył Łuks.
— Interesujące bajki — wymruczał pod nosem Razwijar.
— Ale dlaczego wzdłuż starej drogi? Tutaj już tyle lat jest zupełnie pusto, nikt nie chodzi…
— Te grzyby rosną po sto lat. A wzdłuż drogi kiedyś wielu ludzi chodziło. Tłok, strzelcy w strażnicach… Złodzieje. Ludzie życzyli sobie nawzajem najgorszego. Ale żeby nie obciążać duszy, wypowiadali swoje zło w lesie i wyrastały grzyby.
— Rozumiem — powiedział Razwijar.
— A ty co, wierzysz w to wszystko? — zdziwił się Łuks.
— Nie wierzę — nie wytrzymał i jednak się rozejrzał. Niebo nad koronami pozostawało czyste.
Jaska lekko się zdziwiła:
— Dlaczego?
— Dlatego, że ludzie nie rozumieją, kiedy ich życzenia są złe. Życzenia zła, to dla niegodziwca, złego człowieka — dobro i sprawiedliwość. W taki sposób myślą.
Jaska uważnie na niego spojrzała. Wzruszyła ramionami:
— Mówisz jak moja babcia. Jak stara babka, która wychowuje wnuczęta.
Razwijar uśmiechnął się:
— Nie mam wnucząt. Póki co wychowuję ciebie.
— Coś cuchnie — dziewczyna wciągnęła powietrze. — Chodźmy szybciej, na pewno w pobliżu jest cmentarzysko.
— Niczego nie czuję — Łuks wciągnął powietrze nosem. — Żadnego zapachu… Może wiatr się zmienił?
— Cuchnie już od dawna i to coraz silniej — uparcie powtórzyła Jaska. — Może po prostu zatęchłe bagno…
Razwijar rozejrzał się czujnie. Las wokół się nie zmienił, wszędzie tak samo stały rosnące nisko drzewa z gęstymi koronami, szeleściły krzaki na poboczach porzuconej drogi, pachniało rozgrzaną ziemią i trawą…
— Jaska — powiedział. — Ty ich czujesz.
— Kogo?
Nagle pobladła tak, że Razwijar się przestraszył; teraz znowu straci przytomność i koniec.
Popatrzył na niebo pomiędzy gałęziami. Było czyste, ale tylko w zenicie. Nie mógł dojrzeć, co działo się na horyzoncie.
— Z drogi, szybko — wyszeptał, czując zimny dreszcz na plecach.
— Arbalet by się przydał — melancholijnie westchnął chimajryd.
Wdarli się głębiej w las, pod najgęstsze drzewo i usiedli przy pniu. Jaska upadła na kupę suchych liści, zatykając nos. Jej policzki i czoło przybrały zielonkawy odcień.
Razwijar usiadł obok, podniósł ją, wziął za ręce:
— Ukryj nas.
Patrzyła na niego, jak przyślepka prowadzona na rzeź.
— Ukryj nas — powtórzył. — Zrób coś.
— Oni… są… tuż za nami — grobowym głosem przemówiła dziewczynka. — Zwęszyli… ślad… gdzie nocowaliśmy…
— Skąd wiesz? — wtrącił się Łuks.
— Ona czuje — powiedział Razwijar. — Jest magiem. Wiesz przecież, że już jako mała dziewczynka potrafiła otwierać namalowane oczy lalki.
— Nie śmiej się — wargi Jaski drżały.
— Ukryj nas. Nie śmieję się. Ukryj nas, niech oni nie czują naszego zapachu.
Zmrużyła oczy. Na jej czole szybko, niemal w mgnieniu oka, pojawiły się duże krople potu i potoczyły się w dół, zalewając policzki i szyję.
Przez jakiś czas wszyscy troje siedzieli bardzo cicho. Razwijar oglądał swój kindżał, doskonale rozumiejąc, że jego broń nic tu nie pomoże. Pot lał się po zapadniętych policzkach Jaski, żyła wystąpiła na szyi i pulsowała konwulsyjnie, odczuwał każde uderzenie jej serca.
— Obejmijcie mnie — powiedziała Jaska, nie otwierając oczu.
Nie pytając, objął ją za ramiona i przyciągnął do siebie. Bardzo maleńka, bardzo chuda, gorąca jak węgielek, mokra w na wskroś przemokniętej odzieży. Łuks wsparł się o Razwijara z drugiej strony; ścisnęli się w jeden kłębek, ich serca przyspieszyły, łowiąc rytm serca dziewczynki i zlewając się z tym rytmem.
— Ooo — niski, przeciągły dźwięk wydobył się z krtani Jaski, a na jej ustach pojawił się pęcherzyk — Ouu.
Dał się słyszeć narastający świst skrzydeł. Wiatr szarpnął korony nad głowami ukrywających się ludzi. Sądząc po dźwięku, ptaków było nie mniej niż pięć. Ich skrzydła zasłoniły niebo, zasłoniły słoneczny blask, pociemniało. Skrzydlaki krążyły i krążyły nad jednym miejscem, płynnie zniżając lot.
— U… uciekamy — wychrypiała. — Stracili ślad… Odlatują.
Łuks podskoczył. Razwijar podsadził Jaskę na jego grzbiet i rzucili się do ucieczki, daleko od drogi, klucząc między drzewami i przedzierając się przez krzaki. Przeskoczyli strumień, nawet tego nie zauważając. Uciekali i Razwijar nie zostawał w tyle za zwinnym chimajrydem. Jaska siedziała na grzbiecie Łuksa, z półotwartymi ustami, z szeroko otwartymi, nieobecnymi, szalonymi oczami. Nawet Razwijar wyczuwał fale emanującej z niej siły.
Biegli, dopóki nie padli ze zmęczenia na mech. Leżeli bez ruchu, dysząc ochryple w całkowitej ciszy. Nawet wiatr ucichł.
— Jaska — z krtani Razwijara z trudem wyrywały się słowa. — Czujesz coś? Zapach?
Pokręciła głową.
— Daj wody — powiedział Razwijar do chimajryda. Ten doczołgał się do torby, ręce mu się trzęsły.
— Już wszystko dobrze — zwrócił się ponownie do dziewczyny, obejmując ją. — Wszystko dobrze. Cicho, już.
— Przychodzą sytuszki — przemówiła dziewczynka, słabo się uśmiechając. — Mleka pełne garnuszki.
— Nie myślę, że już jest tak dobrze— powiedział Łuks podnosząc garnczek do warg dziewczynki. — Jak myślisz, zgubili nas?
— Na tę chwilę, tak. Ale zaraz będą szukać uważniej. I nie odpuszczą tak łatwo. Zbuntowany mag to nie żarty.
— Doigraliśmy się — powiedział chimajryd i sapnął.
— To był twój pomysł.
— Ale zdecydowałeś o tym ty!
Razwijar roześmiał się. Ostrożnie wytarł krople wody, ściekające po podbródku Jaski.
— Ona jest potężnym magiem. Czy kiedykolwiek wyobrażałeś sobie, że będziemy mieli swojego potężnego maga?
— Nie jestem twoim magiem — dziewczynka otworzyła oczy. — Ty mnie sobie nie… przyswajaj.
I straciła przytomność.
Napotkali podniebny patrol jeszcze dwa razy. I za każdym razem Jaska czuła zapach niebezpieczeństwa jak ostrą woń i na czas ukrywała siebie i towarzyszy przed wrogim wzrokiem.
— To tak, jakbyś nakrył się pledem po sam czubek głowy — przyznała się Razwijarowi.
— Tak prosto?
— No… Spróbuj sam.
Roześmiał się.
— A jak myślisz; wszyscy śledzący nas są magami, na skrzydlakach, czy nie?
— Ja ich nie rozróżniam. Ja w ogóle nie czuję, że tam są ludzie. Po prostu cuchnie.
Po kilku ciężkich dniach wyszli na brzeg rzeczki, za którą leżał Pękaty Bór — leśny obszar, przylegający, według opowieści, do samego Czarnego Szumu. Zapach bliskiego siedliska i dymu, rozróżniała nie tylko Jaska, ale i Łuks, a czasami także Razwijar.
Zatrzymali się na brzegu. Dziewczyna wymyła się, ukrywając za krzakami, wyprała odzież i cały dzień przesiedziała sama w przybrzeżnych zaroślach. Pod wieczór wyszła w wilgotnej jeszcze sukience i usiadła przy ogniu.