— Jak się czuje wasza wysokość?
— Słucham?
— Tak w Imperium zwracają się do magów. Wasza wysokość.
— Nie jestem imperatorskim magiem! — odpowiedziała ostro. — Ja… sama dla siebie.
Razwijar uśmiechnął się.
Ostatniego dnia nie spotkali jeźdźców na skrzydlakach. Aż chciało się wierzyć, że prześladowcy zostali w tyle. Nie wiadomo, co strażnicy wymyślili w raportach i jak imperatorski mag wyjaśnił swoje niepowodzenie.
— Może doszli do wniosku, że umarłam?
— Dobrze by było, żeby tak pomyśleli — powiedział Razwijar. — Ale oni nie są głupi.
— Chciałabym wiedzieć — odezwała się z goryczą — co się dzieje w domu.
— Przecież jesteś magiem. Nie możesz się dowiedzieć?
Pokręciła głową:
— To daleko…
— Powiem ci, co się tam dzieje — Razwijar spojrzał jej prosto w oczy. — Przylecieli strażnicy. Twoi sąsiedzi i rodzina oddali im chłopczyka. Poskarżyli się na nas, że my wykradliśmy ciebie, więc to my jesteśmy przestępcami. Naczelnik patrolu zrugał ich i puścił do domów.
— Naprawdę?
— Oczywiście.
— A malec… Jest u nich?
— Tak.
Jaska długo milczała.
— I teraz — zaczęła znowu — wiozą go do pałacu… Albo ten mag kłamał na temat pałacu?
— Nie kłamał. Mały będzie mieszkał w pałacu i będzie się uczył.
— I stanie się potężnym magiem?
— Tak.
Dziewczynka zamilkła.
— A ja — powiedziała ostrożnie — też mogłabym…
— Oczywiście. Gdyby dowiedzieli się wcześniej, że jesteś magiem — przysłaliby skrzydlaki i po ciebie.
— Zawieźliby mnie do pałacu — ciągnęła Jaska. — Podarowaliby sukienkę… z aksamitu… z drogocennymi kamieniami, wyszytą złotem…
— Tak.
— I uczyliby, jak prawidłowo czarować…
— Tak. I kiedy byś umarła, to zostałabyś złożona w grobowcu magów, w katakumbach pod pałacem samego Imperatora. Oni tam leżą, każdy ze swoim pierścieniem na palcu i mało który z nich umarł śmiercią naturalną.
— Dlaczego? — po chwili zapytała Jaska.
— Dlaczego leżą w katakumbach?
— Dlaczego nie „śmiercią naturalną”?
— Nie wiem — przyznał się Razwijar. — Może służba u Imperatora jest taka niebezpieczna.
Widziałem trzech magów, nie licząc ciebie. Jeden zginął na moich oczach, a drugi był już martwy, kiedy go… spotkałem. A trzeci… trzeciego ogłuszyłaś.
— Nie wygląda na to, żeby byli aż tacy potężni — nieoczekiwanie szyderczo powiedziała Jaska. — Akurat wszyscy tak szybko umarli. A ten trzeci, przecież on mnie nie poczuł, nie zrozumiał. Może dlatego, że mały pogryzł mu palec…
— Zrozumiał w ostatniej chwili — wtrącił sie Łuks. — Miał taki wyraz twarzy!
— To druga strona potęgi — powiedziało ton ciszej Razwijar. — Magowie tak przyzwyczajają się do swojej mocy, że zaczynają nie doceniać… prostych ludzi. Nas. A przecież powinni być mądrzy.
— Ja będę mądra — po chwili milczenia powiedziała Jaska.
— Zobaczymy — Razwijar uśmiechnął się. — Obiecałaś.
Przeszli przez Pękaty Bór, kryjąc się przed ludzkim spojrzeniem, nikogo nie spotykając i nie wypytując. Okolice były dzikie i pustynne, każda osada była ogrodzona wysoką palisadą. Na wąskich i długich jak wstęgi polach wyrastały kłujące zboża, a w zagajnikach hodowano wielkie pająki, zapewne na mięso. Jedyne miasto, jakie wypadło na ich drodze, było po prostu większą osadą z przekrzywioną bramą, ze zwalonymi pod murem kupami śmieci.
— To cały czas jest jeszcze Imperium? — zdziwił się Łuks.
Razwijar pokazał mu drewnianą basztę, wznoszącą się ponad murem miejskim:
— Tutaj mieszka miejscowy mag, a w samym mieście namiestnik.
— W baszcie nikogo nie ma — powiedziała Jaska. — Czuję to, tam jest pusto.
— Czyli jeszcze nie zdążyli go przysłać.
Nie zbliżali się do miasta, obeszli je pod osłoną wzgórza i ruszyli dalej. Łuks był zamyślony.
— To znaczy tak — powiedział wreszcie. — W Nagórzu… myślisz, że tam też wybudowali basztę?
— Myślę, że tak.
Więcej nie zagajał na ten temat, ale Razwijar widział po jego spuszczonej głowie i zachmurzonym czole, że nadal myśli o rodzinie.
Za to odezwała się Jaska:
— A jeśli w naszej osadzie wybudują basztę, jeśli Kamyczek… Mój siostrzeniec… wyrośnie i przyślą go do nas? Jako maga? Tak przecież może się stać, prawda?
— Prawda — powiedział Razwijar.
Jaska uważnie popatrzyła mu w twarz:
— Powiedz jeszcze raz.
— Prawda — uśmiechnął się.
Dziewczynka potrząsnęła głową. Jej delikatne nozdrza rozszerzyły się gwałtownie:
— Nieprawda! Teraz łżesz. Łżesz!
Razwijar stanął. Zatrzymał się także Łuks. Jaska zmieszała się, jej twarz poczerwieniała na chwilę. Cofnęła się o krok:
— Wybacz. Ale kłamiesz, mówisz nieprawdę.
— Jak to wyczuwasz? — zapytał po chwili milczenia.
Dotknęła palcem nosa:
— Ja… z pewnością czuję. To zapach.
— Przepadliśmy z kretesem — wymamrotał Łuks.
Dziewczynka szybko przeniosła wzrok na chimajryda. Potem znowu na jeźdźca, nachmurzyła się:
— Dlaczego nie mogą go do nas przysłać?
— Chodźmy — powiedział Razwijar. — Czas iść.
Posłuchała, chociaż bardzo nie miała ochoty. Okrążyli pajęczą plantację. Na przedzie szedł zamyślony Łuks, za nim — pogrążona w swoich myślach, dziewczynka. Razwijar patrzył na jej drobne plecy, patrzył, jak ostrożnie przedziera się w ślad za chimajrydem, schylając się pod gałęziami, odsuwając od twarzy strzępki starej pajęczyny, lekko stąpa porwanymi trzewikami po szarej, jakby pokrytej popiołem, ziemi.
— Czyli Kamyczka nie mogą przysłać do nas, do osady? — uparcie zapytała znowu, kiedy zostawiwszy miasto daleko w tyle, usiedli odpocząć i coś przegryźć.
— Nie mogą — zgodził się Razwijar.
— I w tym twoje kłamstwo?
Spojrzał na nią z ukosa:
— Tak.
Gwałtownie wciągnęła powietrze:
— Nie. Ty znowu kłamiesz, czuję to!
Łuks zagwizdał.
— Bardzo dobrze, że jesteś naszym przyjacielem, Jaska — poufnie oznajmił Razwijar. — Ponieważ niebezpiecznie być twoim wrogiem.
Poczerwieniała, jakby ktoś ochlapał ją farbą:
— Dz…dziękuję. Zatem powiedz… W czym jeszcze łgałeś?
— Wątpliwe jest, czy w waszej osadzie wybudują basztę.
— To prawda — wciągnęła powietrze nosem. — To prawda… Nasza osada jest całkiem malutka, mało w niej ludzi, to nie miasto…
Razwijar milczał.
— Dobrze — uśmiechnęła się i uspokoiła. — To znaczy, szkoda. No nic… Posłuchaj, a wcześniej mnie okłamywałeś?
Podsunął się do niej bliżej i objął za ramiona:
— Jaska… Mężczyzna od czasu do czasu powinien okłamać kobietę. To prawo natury.
Udawaj, że wierzysz, dobrze?
Przycisnęła się do niego. Objęła za szyję. Przylgnęła.
— Co żeś nałgał Jasce? — szeptem zapytał Łuks.