Dziewczyna spała. Ognisko dogorywało. Razwijar leżał na plecach i patrzył w gwiazdy.
— O czym skłamałeś, przecież mnie możesz powiedzieć?
Razwijar nachylił się do samego ucha towarzysza:
— Najprawdopodobniej jej osada już nie istnieje, a wszyscy mieszkańcy są martwi.
Łuks wstrzymał oddech.
— Przez nas? — zapytał ledwie dosłyszalnie.
— Co za różnica?
— No… Gdybyśmy jej nie porwali…
— Ona godna jest tego, by żyć i być wolną.
— A ci ludzie… Ich jest więcej…
— Łuks — Razwijar uniósł się na łokciu. — Nie ma miarki, która by mierzyła życie. Nie może sto istnień być ważniejszych niż ona. To nie tak.
— Dlaczego? Przecież sto kling jest lepszych niż jedna.
— Nie są lepsze. A ty masz sto rąk?
Zamilkli.
— Razwijar — zapytał Łuks tak samo cicho. — Dokąd my idziemy? Po co?
— Do Czarnego Szumu.
— A co tam jest?
— Rodzina. Ojciec.
— Słyszałeś, co mówią. Przepadł Czarny Szum. Może i ludzie już tam nie mieszkają. Same tylko potwory. A twój ojciec… Gdyby żył, to czy sprzedaliby cię w niewolę?
— On jest martwy. Ale i tak tam jest.
— Ale przecież my żyjemy. Po co tam iść?
Razwijar zamknął oczy i… zobaczył szorstki policzek ojca i żelazny kolczyk w maleńkim, ciemnym uchu. Policzek zasłaniał sobą cały świat, potem odsunął się i przed chłopcem pojawił się długi stół na skraju pola z falującym zbożem. Za stołem siedzieli mieszkańcy wsi w kolorowych koszulach i sukienkach; starsi w ciemnoniebieskich, młodzież w jasnych, błękitnych, a dzieci w jaskrawoczerwonych jak kropelki krwi.
Narzeczony, ubrany na biało, siedział u szczytu stołu, a obok niego posadowiona była gliniana kukła przebrana w szaty narzeczonej; białą suknię, wyszytą złotymi nitkami, z naszyjnikiem z wężowych skórek. Wszyscy udawali, że kukła to naprawdę narzeczona. Ojciec szepcze Razwijarowi na ucho: to, żeby zwieść Bagienną Teściową…
Zdrzemnął się tylko na chwilę. Ognisko jeszcze nie zdążyło wygasnąć. Rozejrzał się, nie pojmując, gdzie się znajduje. Dawno już sny–wspomnienia o domu nie były tak wyraziste, tak fizycznie odczuwalne. Dotknął twarzy, skóra pamiętała jeszcze dotyk kłującego policzka…
Jego własny policzek porósł krótką, szorstką brodą i już prawie nie kłuł.
— Głupio — wyszeptał.
— Głupio? — żywo odezwał się nieśpiący Łuks. — Tak przecież mówię, że iść do tego Szumu…
— Głupio całą weselną ucztę spędzić obok glinianej lalki — uśmiechnął się do swoich myśli Razwijar — Łuks… jak to jest u was, w jaki sposób Nagóreni się żenią? Jaki macie obrządek?
— Idą do Jeziora Urodzaju — odpowiedział ten po chwili. — Wchodzą w wodę po szyję. I…
I to wszystko.
— Wszyscy czworo?
— Niekoniecznie. Najpierw jeździec, jego brat i pierwsza żona, potem jeździec, jego brat i druga… Albo od razu we czwórkę, jeśli narzeczone umówione są razem…
— „Mówiąc o urodzaju, Nagóreni mają na myśli rodzenie dzieci. Oni nie uprawiają pól i ogrodów, trudnią się bowiem polowaniem; urodzajność to dla nich zdolność samicy do przynoszenia młodych…”.
— Razwijar… — Łuks przełknął ślinę. — Czy ona ci się podoba?
—Tak.
— Oddasz mi ją… na drugą noc?
Zapadło milczenie.
— Razwijar?
— Potem porozmawiamy — odparł, odwrócił się na bok i udał, że śpi.
Na drugi dzień pod wieczór dotarli do granicy — nowej, ledwie co oznaczonej. Tu też sterczał słup z tęczowym dokumentem, obwieszczającym, że ziemie i ludzie na południu podlegają Imperatorowi, a na północy wkrótce będą podlegać i że w tym miejscu zostanie wybudowana tymczasowa imperatorska strażnica.
— Czy kiedyś Imperium zagarnie cały świat? — zapytała Jaska.
— „Świat jest tak wielki, że nie możesz sobie tego wyobrazić, drogi czytelniku. Najgroźniejsze imperium na jego mapie nie większe jest niż odcisk dziecięcej rączki na niebie” — powiedział Razwijar.
— „Drogi czytelniku?” — Jaska trwożnie na niego zerknęła.
— Z kim ty rozmawiasz?
— Czytam na głos książkę.
— Jaką?
— „Drogi i podróże”. — Razwijar westchnął. — Idziemy.
W milczeniu przeszli granicę i zatrzymali się przy ścianie lasu, który był wyższy i gęstszy niż wszystkie, które do tej pory przeszli a także wyraźnie ciemniejszy.
— Zatem to jest Pękaty Bór? — ponuro zapytał Łuks.
— Jeszcze nie — Razwijar rozejrzał się. — No już, szybko. Idziemy.
Odczekał, aż Jaska wcześnie rano wyruszy nad rzeczkę myć się. Poszedł za nią, rzeczka była spokojna i niezbyt głęboka, dziewczyna podeszła do wody, po kostki grzęznąc w mule. Weszła po kolana, przysiadła, zaczęła się myć, sycząc przez zęby, woda bowiem była zimna.
Umywszy się, drżąc z zimna, dziewczyna odwróciła się, żeby wrócić. Razwijar stał przed nią na brzegu. Po prostu stał i milczał.
Zmieszała się.
— Zzzimno —. powiedziała szczękając zębami.
Z wysiłkiem wyciągając nogi z mułu, poszedł do niej. Woda podniosła się do kolan.
Zatrzymał się; zdawało mu się, że jego rozogniona skóra zagotuje rzekę, ale ona cały czas tak samo płynęła, rozczesując długie wodorosty, unosząc w dół szczapki i rzadkie, suche liście.
— Posłuchaj, Razwija… ar — ze strachem wymamrotała Jaska. — Może…
Wziął ją na ręce. Krople odrywały się od jej bosych stóp, rozchodziły się po wodzie kręgi, przecinały się, zlewały.
Wyniósł dziewczynę na brzeg. Ułożył na trawie. Jaska dygotała. Położył się, zwaliwszy na nią, przycisnął między ziemią, a swoim ciałem, ogrzewając. Pętając.
— Nie milcz — wyszeptała. — Powiedz cokolwiek!
— Moja — powiedział Razwijar. I stało się wedle słów jeźdźca.
W jego życiu było wiele kobiet. Przelotem wspomniał, jak po raz pierwszy spotkał dziewczynę Dżal. Jak całował bezimienną, pokorną dziewczynę nazwaną przez niego Skrzydlaczkiem. Suche trawki wbijały się w kolana i łokcie, niby ostre pióra z materaca oberżystki; dla żadnej nie był pierwszym i dla żadnej nie był władcą, a dziewczyna mag nigdy wcześniej nie zaznała mężczyzny.
Pokonując jej słaby, wynikły ze strachu, sprzeciw uczynił z niej kobietę i uczynił ją swoją kobietą. Na jedną chwilę zobaczył szybujące miasto Mirtie na horyzoncie, złote iglice i turkusowe łuki, białe mosty i malinowe obłoki, podświetlone słońcem. Żałośnie krzyknęła — cicho, jakby bała się go rozgniewać.
— Moja — powtórzył Razwijar przyciskając ją do ziemi. I dodał: — Żona.
Las zmieniał się z każdą godziną wędrówki. Iść prosto już od dawna stało się niemożliwe — trzeba było lawirować między zaroślami, a niekiedy przecinać sobie drogę w splotach pędów.
Kindżały się stępiły, Razwijar i Łuks opadli z sił. Potem zrobiło się lżej. Zdawało się, że dotarli do porzuconej drogi. Co i rusz trafiały się maleńkie, czyste jeziora.
Korzenie i gałęzie zamieniały się tutaj miejscami, zapominając o własnym przeznaczaniu.
Gałęzie wrastały w ziemię, korzenie ciągnęły się ku niebu. Ukazywały się ich oczom podziemne nory — najpierw wąskie i maleńkie, a potem duże i coraz częściej napotykali tunele, do których człowiek mógłby wejść nie pochylając się. Łuks był bardzo wesoły od rana, paplał, a czasami nawet śpiewał i często spoglądał na Jaskę.