Выбрать главу

Dziewczyna szła, opierając się na ramieniu Razwijara, zamyślona i blada. Jej nozdrza drżały.

— Czujesz coś? Patrol?

— Nie. Co innego. Cuchnie.

— Pogoń?

— Nie.

— Daleko?

— My do tego idziemy… Zbliżamy się.

Chimajryd zatrzymał się:

— Dlaczego nie mielibyśmy najpierw ustalić, co to za zapach, w kierunku którego idziemy? I dopiero potem…

— Jak wyjaśnimy? Stojąc w miejscu?

— Jak myślisz, to niebezpieczne? — zapytał Łuks dziewczynę.

Ta przełknęła ślinę, podnosząc wzrok na Razwijara:

— Kochasz mnie?

— Tak.

— Powiedz jeszcze raz.

— Tak.

Przytuliła się do niego. Jej nozdrza się rozszerzyły.

— Czuję się magiem — powiedziała, silnie mrużąc oczy.

— Dopiero teraz.

— Czyli on mówił prawdę — Łuks nerwowo się uśmiechnął i znowu zerknął na towarzysza.

— Jaska — Razwijar pogłaskał dziewczynę po głowie.

— Prowadź nas po zapachu. Niczego się nie bój.

* * *

Znaleźli tunel pod korzeniami, głęboki i zbutwiały. Zapalili suchą gałązkę; pod sklepieniami z poplątanych korzeni i mchu wiele lat wcześniej znaleźli swoją zgubę ludzie. Wóz na dwóch kołach leżał na boku, wokół walały się ciała, co najmniej dziesięć, a bezbarwna trawa wyrastała przez obnażone żebra.

— Patrzcie — powiedział Łuks.

Wyciągnął z jednego trupa krótką, szeroką klingę. Żebra zatrzeszczały.

— Dobra rzecz — rozciął ostrzem powietrze. — Patrzcie, tam są jeszcze inne!

Jaska stała, wczepiona w ramię Razwijara, który trzymał przed sobą palącą się gałąź.

— Możesz się dowiedzieć, co tu się stało?

— I tak wszystko jasne — chrapliwym głosem wyjaśnił Łuks. — Jedni to kupcy. Drudzy rozbójnicy. Jedni drogo sprzedali swoje życie. Drudzy…

— Zbiegowie — cicho powiedziała dziewczyna. — To nie kupcy… Oni uciekali.

— Przed czym?

— Nie wiem. Oni uciekali… gnał ich strach. Uciekali jak zwierzęta przed pożarem.

— Przed pożarem? — powtórzył Razwijar.

Przypomniały mu się wijące płomienie nad dachem ojcowskiego domu. Palił się dom i paliła się cała wieś, ale kto ich podpalił?

— Razwijar — zmienionym głosem powiedział Łuks. Stał nad jednym z trupów. Ten leżał na boku, ściskając w kościanej ręce bardzo długi, prosty miecz. Czarne włosy przeplotły się z trawą.

Chimajryd patrzył mu w twarz.

Gałązka dopalała się. Razwijar ostrożnie wyswobodził rękę. Dziewczyna niechętnie rozwarła palce. Podpalił drugą gałąź. Zrobiło się jaśniej. Stały się widoczne oddzielne przedmioty w stosie rupieci z wozu; żeliwny garnek, tłumoczek z przegniłymi szmatami. Jaska miała rację. To nie byli kupcy. To byli uciekinierzy.

— Popatrz na niego — powiedział Łuks.

Razwijar podszedł i popatrzył w twarz nieboszczykowi. Twarz prawie się nie ostała, szczerzyła się czaszka, ale łuki brwiowe były tak szerokie, że nie miał cienia wątpliwości.

— Heks.

— Widziałeś ich kiedykolwiek?

— W zwierciadle.

— No, ty tak nie wyglądasz— wymamrotał chimajryd. — Nie każdy rozpozna, tylko ci co wiedzą…

— Kto to taki „Heks”? — zapytała dziewczyna.

— O, jeszcze jeden — Razwijar przewrócił na plecy nieboszczyka. — Łuks… Pozbieraj broń, jaką tylko znajdziesz. I idziemy stąd. Jaska, idziemy.

* * *

Szli do zmroku, chcąc odejść jak najdalej od tunelu z nieboszczykami. I dopiero, kiedy Jaska powiedziała, że już prawie nie czuje tego zapachu, zatrzymali się na nocleg.

— Świetliki — powiedział Razwijar.

Wysoko na sklepieniu lasu paliły się dwa jaskrawe punkciki, niebieski i opałowy.

— Dalej będzie ich więcej — mimowolnie się uśmiechnął. — Pamiętam.

Łuks bardzo się denerwował. Siedział, obejmując rękami ramiona. Patrzył na ogień. Jaska pociągnęła nosem:

— Co z tobą?

— Nic, nic — uśmiechnął się z wysiłkiem. — Razwijar…

— Słucham?

Przez jakiś czas patrzyli na siebie. Potem Łuks spuścił wzrok.

— No, właściwie to nic… Ty decydujesz. Ty jesteś jeźdźcem.

Długi, ciemny miecz, wyjęty z ręki martwego Heksa, okazał się bardzo wygodny, idealnie wyważony. Razwijar, jak potrafił, wyczyścił go z błota i rdzy, ale ostrze nie stało się jaśniejsze.

Szeroki miecz, wyciągnięty z piersi nieboszczyka, Łuks wziął dla siebie. Milcząc szedł przodem, kręcił młynki klingą, ścinał cienkie gałązki. Prześlizgiwał się przez wąskie przejścia pod korzeniami. Przedzierał się przez ogromne pnie drzew, zwalonych, lecz wciąż żywych, wypuszczających nowe pędy. Długi tunel, przez który przyszło im się przedzierać bliżej obiadu, okazał się dziuplą w ciele niewyobrażalnie starego drzewa. Razwijar chciał krzyknąć do Łuksa, żeby poczekał, ale ten, nie oglądając się za siebie, dał nura do dziupli. Posypało się próchno, zadrżała pajęczyna, rozciągnięta w gałęziach nad głowami. Zamarł. Wydawało mu się, że słyszy ciężkie dyszenie, odgłosy walki, padanie ciała…

Chimajryd wyszedł z drugiej strony. Razwijar zobaczył, jak wynurza się i jak wcześniej nie ogląda się za siebie, idzie po odkrytym prześwicie, a jego ogon strąca kawałki trawy.

— Co mu jest? — cicho zapytała Jaska.

— A dlaczego pytasz?

— On… Jakby go coś bolało.

— Czujesz to? Po zapachu?

— Nie — powiedziała dziewczyna, ściągając brwi. — Po prostu widzę.

— Ta droga nie jest łatwa. — Razwijar, zacisnąwszy zęby, ruszył w cuchnącą wilgocią dziuplę. — Ale jesteśmy już blisko.

Czekał na chwilę, kiedy otaczający ich las stanie się lasem ze snów i wspomnień.

Wspomnienia były pierwszą rzeczą, jaką dał mu Miedziany Król, a możliwe, że i najcenniejszą.

Ludzie, których pamięta, nie mogli zniknąć zupełnie. Drzewa i kamienie nie mogły przepaść.

Nawet księgi, które zapisywał w pamięci, stawały się realne; ze swoją oprawą, zakładkami, szorstkimi, szeleszczącymi stronicami. A przecież jego wspomnienia nie były księgą. To było życie; z jaskrawymi kwiatami, z trawą pod stopami, z chropowatą korą pod opuszkami palców.

Nie wierzył, że to życie mogło zniknąć bezpowrotnie. Coś zostało, mówił sobie. Jeszcze trochę i poznam te miejsca.

Jaska szła, rozdymając nozdrza.

— Co jest przed nami? Czujesz coś?

— Nnnie wiem — stawała się coraz bardziej niepewna. — Coś tam jest.

— Ludzie?

— Nie wiem. Nnnie sądzę. Rozumiesz, mnie przecież nikt nie uczył…

— A ty znowu swoje?

Wyszli na otwartą przestrzeń i Razwijar wypróbował swój nowy miecz. W biegu rozciął lianę, zwisającą z gałęzi, zwinnie ściął ze starego pnia korę i mech. Wyobraził sobie wrogów, otaczających rodzinny dom i zabił ich wiele razy pod rząd.

— Jesteś żołnierzem — powiedziała Jaska, obserwująca go z radosnym strachem.

Odchrząknął. Podobały mu się jej słowa, a szczególnie wyraz twarzy. Nigdy wcześniej nikt tak na niego nie patrzył.