Łuks, jak wcześniej szedł przodem, nie oglądając się. Przelotnie zerknąwszy na jego tył, Razwijar przyciągnął dziewczynę do siebie i pocałował. Ta zamarła. Odsunął się gwałtownie i lekko popchnął ją do przodu. Poszła, co i rusz oglądając się przez ramię.
— Razwijar…
— Tak?
— Kim ty jesteś? Opowiesz mi, kim jesteś?
— Opowiem.
— Posłuchaj, ja się ciebie bałam… niepotrzebnie.
— Cóż, nie wiem czy tak zupełnie niepotrzebnie — roześmiał się.
— Jeśli na nas napadną, zabijesz ich? Sam jeden, wszystkich?
— Kto na nas napadnie? — Razwijar zwiększył czujność.
— Czujesz coś w lesie?
Ostrożnie powąchała powietrze:
— Wydaje mi się, że w pobliżu nikogo nie ma. Tylko drobne zwierzęta, ptaki, żmije…
— A na górze?
— Pusto — jej głos stał się pewniejszy. — Zgubili nas. Nigdy nie znajdą.
— W takim razie zrobimy postój — chwycił ją za porwany kaptur i przyciągnął do siebie.
— Teraz?
— Tak — roześmiał się radośnie. — Łuks! Postój! Czas na polowanie!
Chimajryd zamarł. Potem, cały czas nie odwracając głowy, skoczył w bok i zniknął za ścianą splątanych lian.
— Razwijar?
Była noc. Leżeli w ciemnościach, a całkiem blisko, pod niskimi gałązkami krzaka palił się rój świetlików. Las był pełen zacisznych zakątków, alków, altanek, zaułków; las szanował cudze tajemnice. Cenił prawo do prywatności.
—Tak?
— Jak tam moja rodzina? Siostra? Brat? Co oni robią?
— Nie wiem — odpowiedział Razwijar i w jego słowach nie było kłamstwa.
Jaska westchnęła.
— Ci ludzie z wozu, którzy uciekali… Którzy umarli wiele lat temu. Oni uciekali z Czarnego Szumu.
— Domyśliłem się.
— Tam stało się coś złego.
— To oczywiste..
— Nie boisz się tam iść?
— Czego mam się bać?
— Majaków, widm. Płonących pni. Heksów.
— Sam jestem Heksem.
— Ty nie — w jej głosie dał się słyszeć strach.
— Nie boję się majaków i widm. Pluję na płonące pnie. Nie bój się.
— Razwijar…
— Tak?
— Łuks bardzo… nie rozumiem. Może on jest zazdrosny? Ci chimajrydzi, oni są… ludźmi?
Mają uczucia jak ludzie?
— Tak — wolno powiedział Razwijar. — I uczucia, i wszystko inne. Rodzą ich zwyczajne kobiety.
Jaska ze zdziwieniem zamilkła.
— On jest twoim… przyjacielem?
— Jest moim bratem. — Patrzył, jak świetlik nad jego głową zmienia kolor z turkusowego na szmaragdowy.
— Razwijar…
— Tak?
— Po prostu podoba mi się twoje imię. Mogę je powtarzać i powtarzać. Mogę je śpiewać.
Ja… gdyby wszystko powtórzyło się raz jeszcze, postąpiłabym tak samo. Pobiegłabym za tobą boso. Popłynęłabym… Kocham cię. Nawet kiedy… mnie boli.
Miała bardzo delikatną skórę. Każde mocniejsze dotknięcie zostawiało ślad. Razwijar przysunął usta do jej karku.
— Tak boli?
Naprężyła się pod nim i zadrżała.
— A tak?
Migotały świetliki, ich chłodne odcienie stawały się ciepłe i na odwrót. Jaska oddychała głęboko, uśmiechała się i rozmazywała łzy.
— Chodźmy spać… Śpij dobrze, wasza wysokość. Śpij, moja dziewczyno.
I zasnęli, spleceni w objęciach.
Na drugi dzień szli powoli, chociaż droga stała się o wiele łatwiejsza. Poszycie było coraz rzadsze, pojawiała się przestrzeń między pniami. Wędrowcy szli wzdłuż niekończącej się kolumnady, przez ogromną, mroczną salę z wysokimi sklepieniami.
Razwijar kroczył, nie patrząc pod nogi, czasami potykając się. Obrazy z jego przeszłości, jaskrawe i wyraźne, były teraz bardziej realne od lasu, przez który się przedzierali. Ten zdawał się przezroczysty, zwłaszcza rano, kiedy mgła unosiła się na wysokość człowieka, a Jaska tonęła w niej i szła uczepiona jego ręki.
Mgła przerzedziła się. Wzeszło słońce. Dziewczyna, jakby tego nie zauważyła, nie puszczała jego ramienia. Musiał wręcz ciągnąć ją do przodu, tak często zatrzymywała się, a nawet cofała.
— Przed nami coś jest… źle pachnie.
Znaleźli przewróconą furmankę. Kupę szmat. Kilka strzał z ciemnymi, wyszczerbionymi grotami.
— Heksi — powiedział Razwijar.
Chwilę później natknęli się na starą mogiłę. Wzgórek zapadł się, zarósł trawą, z ziemi sterczało zardzewiałe ostrze kosy.
— Tam, przed nami, jest ktoś żywy?
— Zależy kto — mgliście odpowiedziała Jaska. — Nie wiem.
Zaczęli napotykać obszary wypalonego lasu. Młoda zieleń pokryła pogorzeliska, ale nie do końca. Wędrowcy napotkali spalony pień, wyciągnięty z ziemi, opierający się na korzeniach jak na długich, guzełkowatych nogach. W pniu, z jakiegoś powodu, tkwiło wiele strzał.
— Omińmy go — szeptem poprosiła dziewczyna. Obeszli pień, nie zbliżając się do niego.
Nadchodził wieczór.
— Jakoś strasznie tu nocować — zaczęła Jaska słabym, ale demonstracyjnie dziarskim głosem. — Może… — przerwała i stanęła jak wryta.
Przed nimi widniały zielone zarośla, tworząc ścianę z posplatanych liści i pędów.
— Tam coś jest — głucho powiedziała dziewczyna i potarła nos. — Pachnie… Odejdźcie!
Nie podchodźcie tam!
Jeździec i chimajryd jednocześnie dobyli broni.
— Wróg? — zapytał Razwijar.
Jaska poruszała nozdrzami.
— Nie wiem. Nie rusza się.
— Trup? — zapytał ponownie i opuścił klingę.
— Bardzo duży. To nie człowiek.
Razwijar zacisnął zęby i ruszył ku ścianie z poprzeplatanych liści. Uderzył i odskoczył. Za zieloną, gęstą zasłoną nie było nic, oprócz kamienia. Ośmielony uderzył jeszcze raz i jeszcze, wykrzesał iskrę i nagle cofnął się. Z prześwitu wyłoniła się ciemna twarz.
Jaska za jego plecami krzyknęła. Ten zadrżał; ani mech, ani wilgoć nie tknęły Martwego Posągu. Ogromny człowiek leżał na boku z zamkniętymi oczami.
— Spokojnie, nie ma niebezpieczeństwa — powiedział Razwijar, starając się, aby jego głos brzmiał pewnie. — To „martwy posąg”. Pamiętam go.
— On jest żywy — dziewczyna przełknęła ślinę. — Nie rusza się… ale jest żywy. Kto to?
— Olbrzym — Razwijar rozrąbał mieczem gałęzie, liście padały na twarz posągu i zsuwały się po gładkim policzku. Pokazał się podbródek, na którym można było rozróżnić krótką ufryzowaną w loki brodę. — Stara historia. Zabił go mag… ogłuszył. Wielki Mag. Ponad sto lat temu. Moja mama w dzieciństwie widziała, jak olbrzym unosił powieki.
Jaska cofnęła się jeszcze kilka kroków.
— Magowie mogą… tak?
— I nie tylko… — Wpatrywał się w kamienną twarz, starając się odczytać wściekłość albo rozpacz, albo ból powalonego, ale olbrzym był obojętny. — Magowie mogą… Posłuchajcie, to rozdroże. Teraz powinienem już poznawać okolicę.
— Nazbieram kwiateczków, ufarbuję koszulę…
Dziewczynka szła boso po ścieżce, kroczyła przed Razwijarem tak, że widział jej rozsypane na plecach rude włosy. Chciał ją zawołać, ale nie śmiał. Między nim, a dziewczynką było prawie piętnaście lat różnicy.