— Pajęczynkę naprzędę, wydziergam chusteczkę…
Dziewczynka przeszła obok drewnianego wieszaka, na którym była naciągnięta pajęczyna, obmywano ją z lepkiej pajęczej śliny i wywieszano, żeby się suszyła. Z pajęczyn pleciono koronki, firanki na okna, dziergano sukienki…
Razwijar przeszedł obok spalonego, porosłego mchem drzewa. Stracił dziewczynkę z oczu, przyśpieszył, czując za plecami, jak sapią zdyszani Jaska i Łuks.
Dziewczynki nie było. Na pewno. Skąd się wzięła? Wspomnienia… Cienie.
Szedł szybko, teraz po kolana w lodowatej rosie, a z góry padały ciepłe krople. Plamy światła, odblaski, świetliki. Ścieżka znikłaby już z powierzchni ziemi, ale dawno temu ktoś wyłożył ją płaskimi kamyczkami…
Plaskały po kamyczkach bose pięty. Dziewczynka, jego cioteczna siostra, biegnąc zerwała garść trawy.
— Dudki, dudki, dudki–piszczałki…
Mrucząc piosenkę, odgryzła od pędu wierzchołek i korzeń. Pokręciła w palcach, podniosła do ust, dał się słyszeć cichy, krótki świst. W odpowiedzi zaklaskała nad głową wiewiórka.
Dziewczynka roześmiała się. Razwijar przypomniał sobie, że dudki z trawy mogą zwabiać leśne zwierzęta, które są dobre.
Znowu przyspieszył kroku, bojąc się stracić swoją przewodniczkę z oczu. Dziewczynka wyszła z lasu na pole. Pojawiło się prawdziwe niebo z obłokami, mieniły się w słońcu kłosy.
Szedł teraz przez młody las, w którym gdzieniegdzie jeszcze rosły kłoski, drobne i zdziczałe, ciasno przyciśnięte jeden do drugiego jak resztki rozbitej armii.
— Dokąd idziesz? — głośno zapytała Jaska za jego plecami. Nie obejrzał się.
Po odległym krańcu pola biegła postać na szczudłach. Wyobraził sobie, że za biegnącym człowiekiem ścieli się po ziemi ruda fala ognistych grzbietów, niosą się puszyste ogony…
Mgnienie. I biegnący człowiek przepadł, przepadły i wiewiórki, ale dziewczynka cały czas szła przed nim, a jej rude włosy podrygiwały w rytm kroków.
— Razwijar, posłuchaj…
— Poczekaj, nie przeszkadzaj!
Ścieżka ponownie pogrążyła się w leśnym gąszczu.
Na zewnątrz pozostał słoneczny dzień. Nad koronami, na niedosiężnej wysokości rozlewa się oślepiający blask. Tutaj, w dole, panuje zielonkawy półmrok i rzadkie promienie, niczym szprychy, snują się w tym półmroku, wodząc po listowiu punktami jaskrawszych błysków.
Ogniste punkty budzą we włosach idącej dziewczynki rude iskry.
— Razwijar, co z tobą?!
Jaska wyprzedziła go i zagrodziła mu drogę. Wpatrywał się w jej twarz, z trudem ją poznając.
— Tutaj… nie ma żadnej magii? — zapytał z wysiłkiem.
— Gdzie? To jest po prostu bardzo stary las, w którym kiedyś był pożar… Ludzie rozbiegli się przerażeni… Ich strach zaplątał się tutaj, w gałęziach… Czuję to, tak, ale to nie magia. To po prostu… Razwijar, co z tobą? Czyżbyś do tej pory wierzył, że twoja osada ocalała?!
A ty wierzysz, że twoja osada ocalała, chciał zapytać, ale powstrzymał się.
Łuks stał na uboczu z opuszczoną głową, a jego napięta skóra drgała. Razwijar pojął, że nie słyszał jego głosu już od kilku dni. Popatrzył przed siebie, ścieżka wiodła przez półmrok między drzewami, ale dalej widać było prześwit, niestety ruda dziewczynka zdążyła już odejść daleko…
Pobiegł jej śladem i prawie ją dogonił.
Dziewczynka odwróciła się. Pomachała ręką. Ruszyła w kierunku domu. Weszła po dwóch stopniach na próg, dotknęła ciężkich drzwi, uchyliła je…
— Zaczekaj!
Weszła do domu.
Próg z dwoma kamiennymi stopniami poczerniał od dawnego pożaru. Drzwi nie było, jak nie było ścian i dachu. Pośród trawy i krzaków ciemniał, niczym spopielony szkielet, kadłub pieca.
Przez pozostałości domowych sprzętów rósł las.
Wszystko, co sprawiało, że był wolny w niewoli, co mu się śniło, co go radowało — w jednej chwili przepadło na zawsze. Już nigdy w życiu nie zobaczy, jak ojciec biegnie na szczudłach wzdłuż miedzy i jak mienią się w słońcu kłosy. Nie przypomni sobie twarzy matki i rudych włosów siostry. Wszystko, co pięknym obrazem tkwiło w jego pamięci, przepadło w tym właśnie momencie. Od tej pory, wspominając las, zobaczy spalone ruiny. Rodzinny dom przyśni mu się tylko w koszmarach.
Wetknął miecz głęboko w ziemię.
— Razwijar!
Jaska położyła mu rękę na ramieniu. Błagalnie zaglądała w jego pochyloną twarz. Coś mówiła, widział jak poruszają się jej wargi. Podszedł Łuks i przytulił się ciepłym bokiem, kosmyki włosów przylgnęły do czoła chimajryda, oczy patrzyły błagalnie.
Wzdrygnął się, Jaska wołała go, żeby wszedł. Wejść do tego domu, zaraz po tym, jak weszła tam, otwierając nieistniejące drzwi, ruda dziewczynka… Wejść, żeby zobaczyć wszystko, co zostało po ludzkim życiu…
— Tam jest schowek — Jaska patrzyła mu w oczy. — Coś ukrytego. Skarb.
— Albo mogiła — powiedział Razwijar.
— Albo… — cofnęła się. — Powinniśmy…
Uśmiechnął się:
— Kto powinien?
Stalowe ostrze omal się nie złamało, wyciągając z fundamentów czarny, omszały kamień.
Pod kamieniem była pusta przestrzeń. Schowek, którego Razwijar nie pamiętał i o którym nie mógł wiedzieć, ponieważ maleńkim dzieciom takich rzeczy się nie pokazuje.
W jamie, owinięte zetlałą tkaniną, leżało kilka złotych monet i drewniana figurka. Razwijar wziął ją do rąk. Była to zabawka wyciosana z twardego drewna, wiewiórka z oczami z zielonych szkiełek. Drewno pociemniało i gdzieniegdzie zostało naruszone przez korniki, ale zielone oczy patrzyły jasno i nawet wesoło.
W brzuchu wiewiórki były maleńkie drzwiczki. Odsunął miniaturowy rygielek żelaznej zasuwki. Zabaweczka otworzyła się jak kufer. W środku leżały dwa kosmyki włosów. Jeden długi, szorstki i czarny. Drugi, dziecięcy, także czarny, ale miękki. Oba przewiązane sznurkiem.
Razwijar odwrócił się. Łuks i Jaska stali obok. Chimajryd patrzył, mocno zaciskając wargi.
Dziewczyna powstrzymywała się od płaczu.
— Odejdźcie — poprosił szeptem.
Odeszli. Zeszli z ganku z dwoma stopniami. Razwijar ostrożnie zamknął zabaweczkę-kuferek, znowu spojrzał w zielone oczy drewnianej wiewiórki. Wiele lat przeleżała pod kamieniem, ale jej mordka do tej pory zachowała wyraz wesołej beztroski.
Skulił się, przycisnął zabaweczkę do piersi i przesiedział tak prawie godzinę.
Potem wyprostował się. Postawił wiewiórkę przed sobą i popatrzył w jej zielone oczy.
— Miedziany Królu — głos nawet mu nie drgnął. — Miedziany Królu. Weź, co jest mi drogie. Daj, czego potrzebuję.
Zdawało mu się, że z góry bije słup światła. Każdy liść, każda trawka i każdy kamień rzuca oddzielny, wyraźny cień. A Razwijar stoi w oślepiającym snopie i patrzy przed siebie szeroko otwartymi oczami.
Potem światło powoli odeszło, ale ciepło pozostało. Ślepe owady z lasu przylatywały do tego ciepła, biły w gorące policzki i padały na ziemię.
A może to nie były owady, tylko czyjeś dusze. Albo po prostu nocne strachy. Albo przypadkowe myśli. Razwijar siedział nad otwartym schowkiem i myślał, dopóki w lesie się nie ściemniło.
Babka opowiadała, że w dawnych czasach las występował przeciwko najeźdźcom. Ludzie rąbali i wypalali drzewa, żeby siać swoje zboża, a nocą do osady przychodziły płonące pnie i wyciągały rolników z pościeli. A potem, kiedy ludzi przybyło, las stał się posłuszny i zamilkł.