Выбрать главу

Tylko czasami, kiedy robiło się całkiem nie do zniesienia, płonące pnie podchodziły blisko ku ogrodzeniom osad…

To bajka, pojął Razwijar. To taka sama bujda jak Bagienna Teściowa. Nie było żadnych płonących pni. Były wyszczerbione strzały i ciemne miecze… Heksi niczego nie sieją i nie hodują, nie strzygą i nie doją, oni trudnią się polowaniem jak Nagórni, i wojną… Ludzkie mięso jest tanie na wojnie… Byli tutaj, zostawili swoje strzały i swoje trupy. Pagóraki, plemię rolników, wojujące tylko z lasem, nie poddało się bez walki…

Mamę ukąsiła wiewiórka wiele lat wcześniej. Ona stała się wiewiórką. Gdzie jest teraz?

Podniósł głowę. W ciemnych koronach drzew stopniowo zapalały się światełka budzących się świetlików.

* * *

Łuks rozpalił większe ognisko z dala od poległej osady. Łuna światła przebijała pomiędzy pniami. Chce, żebym zobaczył ogień z daleka, pomyślał Razwijar i uśmiechnął się.

Kiedy wszedł w krąg światła, dziewczyna i chimajryd o czymś cicho rozmawiali. Jaska, chociaż siedziała tyłem, poczuła go pierwsza i odwróciła się strwożona.

Podszedł, uśmiechnął się, opadł na kolana. Pocałował ją w umorusaną popiołem rękę.

— Dziękuję. Znalazłaś dla mnie coś… bardzo cennego.

— Nie ma za co — zdziwiona, wpatrywała się w jego twarz. — A… a gdzie ona jest? Gdzie jest ta wiewiórka?

— Nie wiem — powiedział Heks. — Gdybym to wiedział.

— Razwijar?

— Nie myśl, że straciłem rozum ze smutku. — Usiadł obok. — Wszystko, co się tutaj wydarzyło, zakończyło się wiele lat temu.

Jaska i Łuks wymienili spojrzenia.

— Masz takie oczy — powiedziała cicho — jakbyś był ogromnie szczęśliwy.

— Jestem szczęśliwy — pogładził ją po głowie. — Doskonale wiem, czego chcę. Co mogę. I co należy teraz zrobić.

Dziewczyna i chimajryd patrzyli, nie ważąc się mu przerwać.

— Jaska — delikatnie ścisnął jej dłoń. — Chcę ci powiedzieć jedną rzecz. W plemieniu Nagórenów, którego obyczaje my z Łuksem szanujemy, żona jeźdźca staje się żoną jego brata.

Stałaś się moją żoną, co oznacza, że należysz teraz także do Łuksa.

Chimajryd wyprostował się. Jego smagłe policzki pobladły. Nerwowo oblizał wargi.

— Jak? — cicho zapytała Jaska.

— Według starego prawa — powiedział łagodnie. — Kocham cię i władam tobą. Dzisiaj będziesz należeć do Łuksa. To jego noc.

— Razwijar — powiedziała dziewczyna ledwie słyszalnym, drżącym głosem.

Kiwnął głową, uśmiechając się uspokajająco:

— Tak. Wszystko będzie dobrze. Słowo jeźdźca.

Łuks przesunął się do przodu. Przypadł do ziemi u nóg Jaski, objął jej kolana. Popatrzył na nią z dołu wilgotnymi, płonącymi oczami:

— Kocham cię. Nie bój się mnie. Ja… potrafię być tak delikatny, że nawet sobie tego nie wyobrażasz.

Razwijar wstał i odszedł. Dziewczyna spojrzała na niego nad kędzierzawą głową chimajryda, który śmiał się, całował jej dłonie i coś mówił, ale ona patrzyła tylko na Razwijara osłupiałym, gorączkowym wzrokiem.

Ten przełknął kamyk śliny tkwiący w gardle. Straszliwie chciał krzyknąć: nie! Rozmyśliłem się! Ona jest tylko moja!

— Wierz mi — powiedział szeptem, jakby pokonując nagły ból. — Tak trzeba.

Część druga

Rozdział pierwszy

Patrol na skrzydlakach, zapuściwszy się na dalekie rubieże Imperium, nieopodal miasta Pękaty Bór wpadł w zasadzkę.

Kiedy strażnicy rozłożyli się obok niedokończonej strażnicy, żeby odpocząć i coś przegryźć, mag, strzelec i chimajryd napadli nań znienacka. Gdyby rozpalili ognisko wewnątrz strażnicy, jak na początku zaproponował szczerbaty Warnik, zdążyliby odpalić racę, wypuścić słup czerwonego dymu, wzywając pomocy. Pod ochroną ścian, ostrzeliwując się ze strzelniczych otworów, doczekaliby wsparcia. Ale w środku niedokończonego budynku było ciemno i wilgotno, czuć było pleśnią, za to na łące nad rzeką kusząco zieleniła się trawa. Nie posłuchali szczerbatego i drogo za I o zapłacili.

Warnik zginął pierwszy — zabity strzałem między oczy. Przywódcę Krocha ogłuszył z zasadzki mag. Trzeci, pryszczaty Zamaj, wystąpił samotnie z mieczem, przeciwko chimajrydowi i strzelcowi, w tym czasie, kiedy jego własny arbalet leżał daleko w trawie, pod trupem szczerbatego. Atak był tak błyskawiczny i bezgłośny, że głupi skrzydłak, pijący wodę ze strumienia, nawet się nie spłoszył.

— Kładź miecz na trawę.

Tłusty Kroch leżał na plecach, wybałuszając oczy, nie mając siły się poruszyć. Zamaj czuł, jak leje się z niego pot pod koszulą i kolczugą. Kolczugi zostawili na ramionach, tacy twardziele, a hełmy zdjęli…

Miecz wyśliznął się z dłoni. Podszedł chimajryd i związał Zamajowi ręce na plecach. Kazał siąść i związał nogi. Półczłowiek był jeszcze młody, ale już bardzo rosły i muskularny, ubrany w solidną skórzaną kurtkę z mocowaniami dla krótkich mieczy. Jego pasiasta skóra naznaczona była drobnymi szramami, włosy zaś, wypłowiałe na słońcu prawie do białości, miał ściągnięte z tyłu w krótki warkoczyk.

Nieopodal stał, czekając, strzelec w cienkim, czarnym płaszczu do kostek. Pod płaszczem widoczna była kurtka, poprzeplatana rzemieniami, skórzane spodnie i wysokie buty. Przy boku miał kołczan, w prawej ręce dzierżył wzniesiony arbalet, za plecami zaś rękojeść długiego miecza. Zamaj wpatrywał się w jego twarz i pot po jego plecach pociekł dwukrotnie szybciej, strzelec był bowiem półkrwi Heksem.

Ten sam, zakołatało mu w głowie. Ten sam. A my zasiedliśmy do jedzenia i picia… My, imperatorscy strażnicy, bądź przeklęty Krochu. To on był naczelnikiem, to on jest odpowiedzialny…

Zza omszałego kamienia wyszła i stanęła przy Heksie, wysoka, chuda dziewczyna. Miała odkrytą głowę i krótkie, nierówno podstrzyżone włosy. Ubrana była w taki sam czarny płaszcz, nałożony na szarawą, chłopska sukienkę. Na szczupłym palcu ciemniał pierścień, wystrugany z drzewa. Czarownica, pomyślał Zamaj, tracąc wszelką nadzieję. Żywy z tego nie wyjdzie.

— Już pojmujesz, że żywych was nie wypuścimy — spokojnie powiedział Heks.

Zamaj przytaknął krótkim szarpnięciem głowy.

— To nie powód do smutku — uśmiechnął się Heks.

— Przecież można umrzeć lekko, a nawet w przyjemny sposób.

— Przyjemny to ty… za bardzo… — wystękał Zamaj, patrząc, jak sparaliżowany Kroch wypuszcza bąbelki śliny.

— Twój przyjaciel wszystko słyszy i rozumie, tylko nie może się poruszyć — powiedział Heks. — Nie dogadamy się z tobą, on będzie następny.

Kroch zachrypiał. Zamaj odwrócił wzrok; do dołu płaszcza czarownicy przyczepiły się suche trawki, spod sukienki wystawały męskie sapogi. To za tą smarkulą ganiały patrole nad Strzałką i nad Borem, i nad samym Czarnym Szumem. Widziano ją, jakoby, to tu, to tam, to nawet na Osim Nosie. Przez nią byli usuwani, a nawet karani szanowani, potężni ludzie, zaufani samego Imperatora. To ją od dawna marzył złapać Zamaj. Świetlane perspektywy marzyły mu się wtedy.

Kariera, służba w stolicy, ożenek z umiłowaną Gwen…

Jest jeszcze młody, najmłodszy w patrolu. Jest taki młody, że nie zdążył jeszcze niczego i już nie zdąży. Zamaj popatrzył prosto w oczy Heksa, ale nie mógł wytrzymać jego spojrzenia i spuścił wzrok.