Выбрать главу

— I tak was nakryją — powiedział ze smutkiem. — W służbie Imperatora są dziesiątki magów. Tysiące strzelców. Umrzecie.

— Wszyscy kiedyś umrą — powiedziała dziewczyna mag. Miała zachrypnięty, chłopięcy głos.

Ale nie teraz, zaczął błagać w myślach Zamaj.

Heks podszedł. Lekko trącił butem szczęki naczelnika. Kroch zabulgotał, więc zostawił go i usiadł naprzeciwko Zamaja na miękkiej, sprężystej trawie:

— Nie próbuj kłamać, dobrze? Dowiemy się, jeśli skłamiesz.

Zamaj ciężko oddychał. Zaczął zazdrościć Warnikowi, ponieważ ten umarł, nie zdążywszy poznać ni hańby, ni strachu, nawet nie zrozumiał, dlaczego umiera.

— Gdzie lecicie? — niedbale zapytał Heks.

Zamaj oblizał wargi. Chimajryd, położywszy się pasiastym brzuchem na trawie, mieszał w kipiącym kotle, przy którym pięć minut wcześniej kucharzył Warnik.

Heks zamknął oczy. Zamaj jeszcze raz spojrzał na niego. I spuścił oczy, jakby się sparzył.

— Jak zwykle — powiedział, nienawidząc siebie za pośpiech w głosie. — Patrolujemy…

Odległe granice.

— Niezbyt zaszczytna robota, prawda?

— Lepsza niż… wiele innych.

— Rozkazy?

Zamaj rzucił krótkie spojrzenie na czarownicę.

— Odszukać was. Szczególnie ją. A po tym, jak wy… nas… Nieba nie będzie widać od skrzydeł.

— À propos skrzydeł. Jak kierować tymi ptakami?

— Trzeba się długo uczyć — Zamaj uśmiechnął się żałośnie. — Wy ich… nie utrzymacie. A chimajryda one w ogóle na pięć kroków do siebie nie dopuszczą.

Heks spojrzał na czarownicę, która kiwnęła głową.

— Szkoda — przesłuchujący uśmiechnął się. — Ta pałka, która sterczy przed nim z ziemi… co oznacza?

— To laska poganiacza… Laska w ziemi to znak dla niego, żeby siedzieć i czekać. Skrzydlak słucha tego, kto ma w rękach pałkę. Ale wy i tak go nie utrzymacie… Możecie spróbować, ale lepiej nie — Zamaj szerzej rozciągnął wargi.

— On wierzy w to, co mówi — przez zęby wycedziła dziewczyna.

— Dobrze — Heks kiwnął głową. — Co się dzieje w Nagórzu?

— Wojna.

— Imperator do tej pory nie może ujarzmić nowych obywateli?

— Dokładnie nie wiem. Wojska utknęły…

— Co się dzieje w Fier? Dotarł tam Imperator, czy jeszcze nie?

— Nie… Najpierw trzeba ustanowić pokój w Nagórzu. — Zamaj zakaszlał i nagle, czerwieniąc się, z pasją zaczął prosić: — Nie musicie mnie zabijać. Wszystko jedno i tak… Będą nas szukać. Uderzą na alarm…

Drżał z pragnienia, aby być przekonującym. Przesłuchujący potarł koniec białego, złamanego nosa.

— Możliwe, że masz rację.

Zamaj zaczął szybciej oddychać. Powietrze było pełne zapachów, pachniała trawa i woda, a białe obłoki to przesłaniały słońce, to wypuszczały je na wolność.

— Mam zamiar się ożenić — powiedział strażnik szeptem.

Heks kiwnął głową:

— Dobrze… Kiedy powinniście wrócić do ptasznika?

— Jutro o świcie.

— Jeśli nie wrócicie… Czy bywa tak, że patrol nie wraca w uzgodnionym terminie?

— Bywa.

— Co może go zatrzymać?

— Ulewa, burza, silny wiatr… Oni poczekają do południa. Potem wyślą ludzi na poszukiwania.

— Ilu?

— Trzy ptaki… Może więcej, ponieważ te okolice uważane są za niebezpieczne. Tutaj przepadł zbuntowany mag.

— Rozumiem — przytaknął przesłuchujący. — Co jeszcze chciałbyś nam oświadczyć? Jakieś interesujące wieści, w zamian za które można podarować ci życie?

— Eee… — Zamaj oblizał wargi. — Widzieliśmy Heksów. Zwiadowców. Zabito ich.

— Za co wszyscy tak nie lubią Heksów? — Półkrwiak uśmiechnął się. — Nie wiesz czasem?

— Eeee… — Zamaj zakaszlał. — Ja nie… nie….

— Ty ich lubisz? — Szydził półkrwi Heks.

— Eeee… To nie my ich zabiliśmy, to drugi patrol, z naszego zastępu.

— Gdzie to było?

— Na Żółtej Przecince. Wyszli na odkryte miejsce i…

Przesłuchujący przestał się uśmiechać.

— Tak blisko! Dlaczego, jak myślisz?

— Na bagnach znowu brakuje mięsa. — Zamaj mówił szybko, poufnie, trochę pochyliwszy się do przodu. — Gna ich głód. Zwiadowcy wyszli prawie do samej granicy. Bardzo chudzi. Już tak bywało.

— Oni naprawdę są ludożercami?

Zamaj nie potrafił rozstrzygnąć czy miody Heks drwi z niego, czy rzeczywiście oczekuje odpowiedzi.

— Eeee… Tak.

Przesłuchujący spochmurniał.

— Dziękuję… jak masz na imię?

— Zamaj.

— Dziękuję Zamaj. Gdzie znajduje się wasz ptasznik?

— Biała Góra, pół dnia lotu prosto na południe.

— Tam jest baszta?

— Nie. Tam są kwatery naszego zastępu. Nasz dowódca zawiódł się na magach, po tym, jak ten… jeden z nich tak się skompromitował.

— Wasz dowódca?

— Korunch — Zamaj przełknął ślinę i nie wiadomo, po co, dodał — jest bliskim przyjacielem Krocha. Proszę…

— Tak, tak — przytaknął z roztargnieniem Heks. — On podejmie decyzję, żeby wyruszyć na poszukiwania?

— Tak. On ma daną władzę decyzyjną… od samego Imperatora.

— Co z osadą na Kamiennej Strzałce? — zapytała nagle czarownica. Jej głos oczyścił się, stając się dźwięcznym. — Tam nie wybudowali wieży?

— Jaką… osadą? — zapytał Zamaj, domyślając się natychmiast, o czym ona mówi.

Dziewczyna od razu wyczuła nieszczerość, jej ciemne oczy stały się czarne.

— Nie próbuj kłamać.

— Jaska — cicho zwrócił się do niej Razwijar.

Zamaj przełknął ślinę. Osadę, skąd pochodziła zbiegła dziewczyna mag, zmieciono z powierzchni ziemi wiele miesięcy temu. Imperator uznał za niebezpieczne zostawiać przy życiu kilka setek ludzi, którzy stali się świadkami bezkarnego buntu. Zamaj błagalnie spojrzał w oczy Heksa.

— Mów — cicho rozkazał ten.

Zamaj znowu głośno przełknął. Nie uczestniczył w tej karnej ekspedycji.

— Mnie tam nie było — powiedział szeptem. — Ja… nie kłamię. Mnie tam nie było. Ja ich nie… Nie jestem odpowiedzialny za to, co się tam stało!

Dziewczyna poderwała rękę. Zamaj krzyknął, zdawało mu się, jakby jego głowę wsunięto w rozgrzany piec.

— Co?! Co z nimi zro…

I Zamaj umarł, lekko i nawet przyjemnie, ponieważ śmierć była wybawieniem od męki. Heks opuścił arbalet, i ciało strażnika przewróciło się na plecy. U nasady nosa sterczała strzała.

* * *

Przywódcy Krochowi powiodło się gorzej, ponieważ uczestniczył w karnej ekspedycji na Kamienną Strzałkę. Przepytali go szczegółowo, a on, krztusząc się krwią, opowiedział, jak skrzydlaki obniżyły lot i wylądowały w centrum osady. Ludzie stali zbici w ciasny tłum, a jeden unosił nad głową tęczowy papier ze słowami Imperatora, który boleje nad każdym swoim poddanym. Strażnicy nie zaczęli strzelać w imperatorski akt urzędowy, przecież mieszkańcy osady byli obywatelami, chociaż zbuntowanymi. Odczytali wyrok i dopiero potem zabili; wszystkich, którzy sięgali powyżej strzemienia skrzydlaka. Dzieci i podrostków załadowali na galerę, przycumowaną za kamienną mierzeją i wywieźli w niewolę. O małym magu Kroch nic nie wiedział. Najprawdopodobniej przylecieli po niego poprzedniego dnia z samej stolicy.