Strażnikom oznajmiono, że osada jest winna buntu. Przywódca spełnia rozkazy, jest na służbie.
On tylko wypełnia rozkazy, robi, co mu każą…
Kasza z mięsem, którą mieli zamiar zjeść na obiad ludzie z patrolu, wykipiała i wylała się na ognisko. Zapachniało spalenizną.
W czasie przesłuchania, ręce strażnika rwały darń z korzeniami. W końcu umarł. Jaska patrzyła na niego, dopóki nie minął ostatni skurcz, dopóki ciało nie wyciągnęło się na rozmokniętej w trawie kaszy. Kiedy było po wszystkim, dziewczyna podniosła się i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę brzegu.
Łuks ją dopędził, objął i coś szeptał do ucha. Dziewczyna najpierw starała się wyrwać, ostro, nawet brutalnie, a potem wtuliła się w niego i rozpłakała. Łuks, trzęsącą się dłonią gładził ją po głowie. Razwijar był mu niezmiernie wdzięczny. Chimajryd zrobił to, co należało, tym samym zostawiając jeźdźcowi czas do namysłu.
Podniósł głowę. Obłoki rozciągnęły się po niebie, przyrumienione, w napięciu wygięte jak żagle. Tam, na wysokościach, gnał je silny wiatr. Słońce przedzierało się przez nie i gasło.
Powierzchnia wody, o sto kroków od ogniska, połyskiwała ostrymi iskrami.
Nie mógł uwierzyć, że Heksi są tak blisko. Jego plemię i zabójcy jego rodziny. Ludożercy z bladymi, pociągłymi twarzami, z wysokimi kośćmi policzkowymi, z wydatnymi łukami brwiowymi. Sami przeciwko całemu światu, zabijali ich wszyscy, którzy byli dostatecznie silni, by móc to zrobić. Złoci rozgromili flotę Heksów na przedpolach Mirtie i gnali po morzu, aż dobili resztki zastępów na wybrzeżu. Wojska Imperium metodycznie tępiły jaszczurze plemię wszędzie na całym swoim terytorium. Heksi ogryzali opustoszałe wioski i miasta, czasami wygrywali bitwy, ale nigdy — wojny.
Nie byli tępymi dzikusami. Nawet w Imperium wiedzieli, że są oni wytrawnymi rzemieślnikami, a w rękodziele ze skóry i metalu nie mają sobie równych. Nigdy nie uznawali nad sobą niczyjej władzy. Podbici i pozbawieni ziem, zagnani na bagna, jedli żmije i siebie nawzajem, a potem wdarli się do Czarnego Szumu… Piętnaście lat temu.
Razwijar pociągnął dłonią po twarzy. Rozejrzał się. Ciała w srebrzystoczarnych zbrojach walały się wokół dogasającego ogniska. Nieopodal, obok otwartych siodłowych toreb, leżały hełmy z delikatnymi siateczkami z metalowych kółeczek, służącymi do osłony twarzy. Skrzydlak wciąż spacerował po przeciwległym brzegu rzeczki. Obok, wbita w mulisty brzeg, sterczała pałka z gałką.
Jaska ucichła. Łuks kołysał ją jak dziecko i ponad jej czarnymi, splątanymi włosami rozpaczliwie patrzył na Razwijara.
Ten podszedł do nich. Położył jedną dłoń na głowie dziewczyny, a drugą na ramieniu chimajryda.
— Pomścimy ich.
— Ona nigdy nikogo nie pytała — jakby przepraszając, powiedział Łuks. — Ona…
Razwijar kiwnął głową:
— Zemścimy się. Ale nie należy więcej płakać. Nie należy się też chować. Zaczęliśmy wojnę.
Jaska… popatrz na te obłoki.
Podniosła posłusznie ku niebu zaczerwienione oczy w otoczce pozlepianych długich rzęs.
— Pamiętasz, co obiecałem zrobić, jeśli jeszcze raz powiesz mi „nie mogę”?
Z przestrachem spojrzała mu w twarz.
— Razwijar… ulituj się nade mną.
— Nie.
Łuks spochmurniał.
— Czego ty chcesz? — rwącym się głosem zapytała Jaska.
— Widziałem maga, który straszną ulewą niemal zmył ze skały ogromny zamek… Łuks także go widział.
Dziewczyna milczała.
— Magowie potrafią władać chmurami. Chcę, żebyś przywołała i rozpętała burzę.
— Ja nie…
Zagryzła wargi.
— Pomyśl o tym — łagodnie powiedział Razwijar.
Dziewczynka, która wybiegła z domu za swoimi sprawami w jednej, krótkiej koszulce, jęknęła, cofnęła się, przytuliła się do ziemnej ścianki. Chutor krył się przed ludzkimi oczami, pokryte darnią dachy ścieliły się prawie równo z ziemią. Osada przeżyła wiele nieszczęść, ale, widocznie, jeszcze nie wszystkie w swojej historii. Nie wszystkie.
Razwijar przeszedł obok wbitej w ścianę dziewczynki w dół, do ziemianki. Bez pukania pchnął drzwi. Kobieta pochylona nad warsztatem tkackim, ze strachem podniosła głowę.
Podskoczyła:
— Panowie… Czekaliśmy na was… Ojciec! Straż…
Razwijar odrzucił metalową siatkę, przykrywającą twarz. Weszła Jaska z hełmem pod pachą i Łuks w srebrzystoszarej kolczudze, kolorem bardzo pasującej do pasiastej sierści grzbietu chimajryda. Kobieta straciła dar mowy i opadła za stół, jakby podcięło jej nogi.
Zaskrzypiały plecione drzwi, prowadzące do sąsiedniego pokoju. W pośpiechu wszedł mężczyzna, jeszcze nie całkiem stary, ale krępy i przygarbiony jak człowiek, który całe życie spędził pod niskim sufitem. Ujrzawszy nieproszonych gości, zamarł.
— To na kogo czekaliście? — Razwijar patrzył na kobietę.
— Na patrol — z trudem przemówił mężczyzna. — Widzieliśmy… Akka widziała, jak polecieli do strażnicy.
— Ucieszyliście się?
— Patrol nas nie cieszy — powiedział mężczyzna, wyduszając z zaciśniętej krtani każde słowo.
— Różnie bywa — Łuks uśmiechnął się. — Chcieliście się nas pozbyć? Oczekiwaliście, że nas nareszcie zlikwidują?
Siedząca kobieta bała się poruszyć. Przed nią na warsztacie leżała delikatna koronka o skomplikowanym, misternym wzorze. Na podstawkach paliły się dwie przezroczyste czarki ze świetlikami, oświetlając pokój i rękodzieło.
— Nie wzywaliśmy strażników — nie zwracając uwagi na Łuksa, mężczyzna patrzył Razwijarowi w oczy. — Teraz wy odejdziecie, a nas zabiją za pomoc zbiegom — jego głos drgnął — spalą chutor i…
— Nie wy pierwsi i nie ostatni — Jaska nagle podniosła głowę wyżej. — Spalili mój dom i dom Razwijara. Dlaczego wasz powinien ocaleć?
Łuks położył jej rękę na ramieniu. Dziewczyna szarpnęła się w tył, przywaliła głową w ścianę, zmrużyła oczy. Tkaczce zadrżały wargi.
— Możliwe, że spalą — łagodnie powiedział Razwijar. — A może i nie. Może odejdziemy, a może zostaniemy tutaj. Jedno mogę powiedzieć na pewno: nagrodzimy tych, którzy są nam przychylni i ukarzemy wszystkich pozostałych.
Stanął obok tkaczki. Ta skuliła się jeszcze bardziej.
— Akka, piękna robota. Podoba mi się ten wzór.
— Dziękuję — rozpaczliwie wyszeptała kobieta. — Posłuchaj…
Ujął ją za podbródek. Przechylił głowę do tyłu, przytrzymał tak, żeby patrzyła mu w oczy.
Spazmatycznie zaczerpnęła powietrza:
— Ty… zgubisz wszystkich. Za co? Czy nie byliśmy… dla ciebie… gościnni?!
— Gościnni? Ty na razie nie. Jeszcze nie. Ale masz szansę.
Jaska odrobinę odwróciła głowę. Popatrzyła na Razwijara, przeniosła spojrzenie na Łuksa. Jej ramiona podniosły się i opadły.
— Przepadliśmy — z przeczuciem klęski wyszeptał mężczyzna.
— Jaka ty jesteś piękna, Akka — powiedział Razwijar, spoglądając w zrozpaczone oczy tkaczki. — Chciałbym, żebyś dzisiaj wieczorem nałożyła tę koronkę.
Oczy Jaski zwęziły się. Odwróciła się.
— Możesz trzymać w strachu nasz chutor — przemówił ponownie mężczyzna, patrząc prosto przed siebie. — Może nawet uda ci się raz pobić patrolowych. Ale co… co zrobisz, jeśli przyleci cały zastęp?
— Zastęp? — Razwijar w końcu puścił podbródek tkaczki. — Oczywiście, że przyleci. Ale nie powiedziałem wam jeszcze wszystkiego. W lesie pojawili się Heksi. Na Żółtej Przecince, tak powiedzieli strażnicy.