Выбрать главу

Mężczyzna w milczeniu złapał się za głowę.

— Heksi nas zjedzą, a potem sami zostaną wystrzelani z góry przez patrol — drżącym głosem powiedziała kobieta. Z każdej strony śmierć. A dzieci… Dom… Chutor…

— Śmierć jest wszędzie — niedbale powiedział Razwijar. Mogłaś umrzeć już sto razy; w niemowlęctwie z przeziębienia, w dzieciństwie z głodu, mogłaś utonąć, rozbić głowę, zachorować, powiesić się. Ale do tej pory jesteś żywa. Według mnie, to powód do radości.

W drzwiach stała nieruchomo dziewczynka w krótkiej koszulce. Patrzyła na niego błękitnymi oczami.

* * *

Gospodarz miał rację, rzeczywiście trzymali w strachu cały chutor. Odchodzili, wracali, przeczekując obławy z powietrza. Ściągali daninę w postaci odzieży, jedzenia, oręża i strzał oraz sprzętu. Nocowali w domu Akki wdowy i jej ojca. To był najokazalszy dom ze wszystkich. Nikt nie śmiał sprzeciwiać się Razwijarowi — łatwo przejął władzę nad tymi ludźmi. Gdyby zechciał, mógłby zostać wodzem w tym maleńkim chutorze.

I gdyby ich nie prześladowano, nie szukano, nie wypatrywano. Gdyby nie trzeba było tracić czasu i sił na maskowanie, krycie się, kluczenie. Imperatorskie patrole absolutnie nie chciały przeoczyć śladu zbuntowanego maga. Cały Pękaty Bór, wszystkie miasteczka i wioski zostały przeczesane, niby gęstym grzebieniem i tylko na chutor, wciśnięty w ziemię pod samym lasem, do tej pory nie przyszła jeszcze kolej.

Do czasu.

Napad na patrol był niezwykłym zuchwalstwem. Jednak Razwijar wiedział, że tylko atakując można ocalić życie. Ukrywając się, chowając, broniąc — tymi wszystkimi działaniami tylko odwleka się nieunikniony koniec.

W zuchwalstwie był cień ratunku.

* * *

— Zrobiłem wszystko dokładnie. Wszystko według rysunku. Ale nie mam przecież doświadczenia, nigdy wcześniej za coś takiego się nie brałem…

— Dziękuję mistrzu — powiedział Razwijar. — Dawaj, przymierzymy.

Wielkie siodło ze skóry przyślepki legło na grzbiecie Łuksa. Zaciągnęły się rzemienie pod białym, miękkim brzuchem. Razwijar podciągnął strzemiona, umyślnie starając się nie śpieszyć.

Ciasne paski skóry, okrągłe żelazne sprzączki nie poddawały się tak łatwo.

— I jak? — zapytał chimajryda.

— Jeszcze nie wiem — ten obrócił się w prawo i w lewo, jakby chcąc dokładniej przypatrzeć się swojemu ogonowi. — Siadaj, wtedy wszystko się okaże.

Wyszli z warsztatu kaletnika, rzemieślnik pośpieszył za nimi. Na uliczce chutoru, wąskiej ścieżynce pośród porosłych trawą dachów, Razwijar usadowił się w siodle. Drugi raz w życiu siedział w prawdziwym siodle na grzbiecie Łuksa.

— Tutaj można przymocować bagaż — powiedział kaletnik. — Oto kółeczka. Jeśli będzie potrzeba, broń…

— Będzie potrzeba — przytaknął Razwijar. — Łuks, i jak tam?

— Szorstko. Będzie ocierać. Po pierwsze, potrzebny jest popręg.

Razwijar odwrócił się do kaletnika.

— Nic nie mówiliście o popręgu — wymamrotał ten, blednąc.

— Po drugie — kontynuował chimajryd — trzeba, o tutaj, zmienić kształt… No, zdejmij, pokażę.

— Dużo trzeba zmieniać?

— Sporo.

— Mistrzu — z uśmiechem zwrócił się Razwijar do kaletnika. — Do jutrzejszego ranka cała praca musi być zakończona. Zdążysz?

— Tak — ten powoli pokiwał głową. — Oczywiście.

* * *

Obłoki, kanciaste, postrzępione, cały czas niosły się po niebie. Czuł je, nawet nie patrząc w górę.

— Południowy wiatr.

Jaska przylgnęła do jego ramienia. Zajrzała w oczy, nagle liznęła jego ucho, śmiesznie łaskoczącym, ciepłym językiem.

Objął ją jedną ręką.

— Razwijar, posłuchaj — zaszeptała, coraz silniej przyciskając się do niego. — Ja… dzisiaj… to było…

Rozumiał. Była dzisiaj bardzo zmęczona, przeżyła zgubę rodziny. Była katem. Wypłakała się jak mogła i teraz chciała po prostu się ogrzać. Słój ze świetlikami oświetlał ciepłym światłem pokój, w którym nie było niczego, oprócz koślawego stołu i materaca, nabitego suchymi liśćmi.

Pachniało jesienią. Jaska nie potrzebowała słów. Była niezwykle wrażliwa na dotyk.

— Razwijar…

Wstrzymał oddech. Zrobił wszystko, co mógł? Wszystko. Inaczej nie można. Delikatnie dotknął dłonią jej głowy.

— Dzisiaj chcę, żebyś odeszła.

Trochę się odsunęła. Żałośnie rozchyliła usta.

— Razwijar!

— Idź, Jaska — powiedział z ciężkim sercem.

— Zawołasz tę krowę w koronkach!

Dziewczyna zdawała się teraz młodsza niż w rzeczywistości. Śmiertelnie obrażona dziewczynka.

— Tak. Ona mi się podoba.

Jaska zagryzła wargi i nagle uderzyła go w policzek ręką z rozcapierzonymi palcami. Ostre paznokcie podrapały skórę.

— Nauczyłaś się od Łuksa?

Odskoczyła i poderwała ręce. Spięła się, Razwijarowi zdawało się, że widzi, jak drobne iskry prześlizgują się po jej włosach, które teraz unosiły się nad jej głową.

— O tak — powiedział doznając jednocześnie i goryczy i radości. — Jesteś magiem, groźnym, potężnym magiem. Chcę, żebyś się złościła. Żebyś chciała zabijać. Żebyś sprowadziła burzę.

— Mogę cię zabić — wyszeptała, o wiele mniej pewnie niż zamierzała.

— Oczywiście — kiwnął zachęcająco głową. — Zabij.

Dziewczyna zwlekała. Leniwym ruchem podniósł się z materaca, ruszył ku niej, a ona cofała się, dopóki plecy nie natknęły się na drewnianą ścianę. Jej ręce, wzniesione nad głową, opuszczały się coraz niżej.

— I co, zabiłaś?

Zadrżała. Nie dotykając jej rękami, pocałował ją w usta. Jaska opuściła ręce i zapłakała.

— Wyjdź.

Podeszła do drzwi. Odwróciła się przez ramię.

— Wyjdź. Powiedz jej, że czekam.

— Wezwę burzę! — krzyknęła dziewczyna. — Przeciwko tobie! I największa błyskawica trafi prosto w twoje czoło!

— Wspaniale — wytarł z policzka kropelkę krwi. — A teraz idź.

* * *

Spał wszystkiego kilka godzin, ale znakomicie się wyspał. Kobieta nie zasnęła ani na chwilę.

Wyczuł to od razu po jej napiętej pozie. Jak zastygła wczoraj, tak i leżała, nie śmiąc odetchnąć, z gęsią skórką na nagim, smagłym ramieniu.

— Zimno ci?

Jej rzęsy drgnęły. Otworzyła oczy.

— „Jest taki kraj, gdzie kobiety są płynne jak ptasi lot i bezgłośne jak równinne rzeki — powiedział Razwijar. — Ich mężowie są porywczy i odważni…”. Co się stało z twoim mężem, Akka?

— Chodził łapać ryby nad wielką wodę. Kto to widział, mówi, że porwała go Śmierć.

— Aaa — przeciągnął Razwijar.

Kobieta znowu ze zmęczeniem opuściła powieki.

— Jestem podobny do twojego męża?

— Nie — odezwała się bez namysłu. Potem głęboko westchnęła i wreszcie zmieniła pozę. — Był starszy ode mnie. Spokojny. Dobry.

— A ja jestem młody i zły?

Zamilkła. Potem wyciągnęła rękę i dotknęła jego rozdrapanego policzka.

— To ona? Pozwoliłeś na to?