Выбрать главу

— Oczywiście. To jej prawo.

— Dlaczego tak z nią postępujesz? Ona przecież cię kocha. Wodzi za tobą oczami… Ciągnie ku tobie. Przecież to wiesz.

— Ja też ją kocham. Dlatego nie pozwolę, żeby ją rozstrzelano ze skrzydlaka. Albo żeby ją zarżnęli Heksi. Albo zamęczył głód. Albo wciągnęła pod wodę Śmierć. A przecież nie jestem Imperatorem, żeby na moje pstryknięcie palcami, rozwijały się kwiaty. Trzeba się nieźle nakombinować. Akka spuściła oczy i długo milczała.

— Razwijar — pierwszy raz nazwała go po imieniu.

— Tak?

— Po co ci to? Jestem stara… i wiele lat nikogo nie miałam.

Dotknął wargami jej rzęs. Ledwie zauważalnie zadrżała.

— Niekiedy wierzę, że ty naprawdę możesz nas obronić — wyszeptała z żałosnym uśmiechem.

— Jasne — kiwnął głową. — Wierz w to. Tak będzie mi lżej.

* * *

Obłoki stały się rzadsze i niosły się po niebie jeszcze szybciej, szare i szaroniebieskie w porannym świetle. Niziutki zagajnik, otoczony ze wszystkich stron polami, zdawał się mlecznobiały od pajęczych sieci. Ostatniego pająka zabito tutaj wiele tygodni temu.

Łuks siedział na rozścielonym kocu, naciągnąwszy na ramiona płaszcz. Spoglądał to na zagajnik, to na niebo.

— Gdzie ona jest? — zapytał Razwijar.

Chimajryd wolno, jakby od niechcenia, odwrócił głowę.

— Tam. Gdzie drzewa. Nie wychodziła, zauważyłbym.

— Wiatr jest jak przedtem, południowy.

— Słucham?

— Musieli wracać pod wiatr — Razwijar patrzył na niebo, lekko się uśmiechając. — Tak myślą w ptaszniku i będą czekać na nich do południa. A potem, kiedy wylecą na poszukiwania, wiatr poniesie skrzydlaki bardzo szybko. Dotrą tutaj do wieczora.

— Trzeba uciekać — nerwowo powiedział Łuks. — Posłuchaj… nie rozumiem cię.

Rozmówca uśmiechnął się szerzej.

— Do tej pory wszystko, co robiłeś, okazywało się właściwe — po chwili powiedział chimajryd. — Ale pewnego razu, twoje szczęście… Przecież ono może się rozmyślić, Razwijar.

— Mam nadzieję, że nie dzisiaj — przeciągnął się i zarzucił ręce za głowę. — Dlatego, że w takich tarapatach, panie Łuno Księżyca, do tej pory jeszcze nie byliśmy.

Chimajryd potarł szyję i nerwowo przeczesał się prawą tylną nogą.

— Jaska! — zawołał Razwijar. — Jaska!

W pajęczych sieciach trzepotały jak małe flagi suche liście i pogubione pióra. Dziewczyna wyszła i zatrzymała się w odległości dziesięciu kroków. Miała na sobie starą sukienkę, była okutana w płaszcz, ale i tak marzła — wargi miała sine, nos, przeciwnie, poczerwieniał. Swoim wyglądem wzbudzała litość, ale patrzyła wyzywająco, prosto w oczy Razwijara.

— Dzień dobry, wasza wysokość — powiedział łagodnie.

Jaska nie wytrzymała i spuściła oczy.

* * *

Mistrz kaletnik pracował całą noc i zdążył zakończyć pracę dosłownie w ostatniej chwili.

Razwijar zobaczył panikę w jego oczach, kiedy okazało się, że siodło krzywo leży na grzbiecie chimajryda.

— Zrobiłem dokładnie tak, jak rozkazaliście… Jak narysował wasz…. pan Łuks…

Razwijar wyciągnął klingę. Majster zastygł w miejscu nie śmiąc nawet się cofnąć, w tym momencie chimajryd, kręcąc się jak w pogoni za własnym ogonem, odezwał się:

— Nierówno zaciągnąłeś! I popręg zjechał!

Razwijar poluzował wszystkie rzemienie i jeszcze raz je ściągnął. Bolały go palce, za to siodło leżało teraz jak ulał. Misrz nabrał w końcu tchu, choć na czoło wystąpiły mu kropellki potu.

Razwijar dał mu złotą monetę, nie mając pojęcia o jej prawdziwej wartości, wskoczył na siodło i po półgodzinie już mijali niedokończoną strażnicę.

Nad wodą podnosiła się mgła. Na brzegu walały się białe pióra. Skrzydlak, spętany siatką, przykuty łańcuchem do pnia drzewa, wyrywał się i miotał całą noc. W gniewie złamał i rozdeptał laskę z gałką, ale na nic mu się to nie zdało. Nie był w stanie odlecieć, ponieważ wyrwanie z ziemi stuletniego drzewa było ponad siły, nawet dla tak gigantycznego ptaka.

Zobaczywszy jeźdźca na chimajrydzie, skrzydlak nastroszył pióra i krzyknął, szeroko otwierając dziób.

— Poczekaj — powiedział do niego Razwijar. — Oni przybędą dzisiaj wieczorem.

Łuks nic nie powiedział. Zasady etykiety, podniesione do rangi prawa, nie pozwalały czworonożnemu otworzyć ust, zanim nie zwróci się do niego jeździec.

Ciała strażników, porozsadzane wokół ogniska, były przykryte ciemnymi płaszczami. Z daleka wyglądało to tak, jakby odpoczywali na postoju. Na trójnogu wisiał zakopcony kociołek w zaciekach z kaszy. Nad głowami siedzących postaci krążyły owady.

Tam, w dalekim ptaszniku, już wszczęto alarm. Strażnicy siodłają swoje skrzydlaki — trzy, a może i cztery. Możliwe też, że sam dowódca Korunch poprowadzi oddział. Odpowiedzialna robota. Razwijar przypomniał sobie, że patrolowy, którego z Jaską przepytywali, był bliskim przyjacielem dowódcy. Pryszczaty Zamaj nie kłamał, gotów był zeznać wszystko, co chcieli, w zamian za życie. Miał zamiar się ożenić… Możliwe, że naprawdę kochał narzeczoną?

Łuks przeskoczył przez rzeczkę, nieomal mocząc łapy. Naciskając piętami, Razwijar kazał mu zagłębić się w las. Wcześniej, siedząc na grzbiecie chimajryda, zawsze pamiętał, że jest ich dwóch; teraz, w siodle ze strzemionami, czuł się dziwnie samotny. Towarzysz milczał, podporządkowując się ruchom jego ręki i nie pytał, gdzie i po co idą. Jego łapy stąpały po leśnych wykrotach jak po równej drodze, a Razwijar pochylał się, przepuszczając gałęzie nad głową.

Jak wygląda dowódca Korunch? Zapewne nie jest młody. Jaki miał wyraz twarzy, kiedy zobaczył, że mieszkańcy zbuntowanej osady starają się ochronić za pomocą imperatorskiego dokumentu?

— Tak zdecydowałem — powiedział na głos.

Łuks to przemilczał.

Wiatr, jak przedtem, południowy, huczał, tam na górze, ponad koronami. Tutaj, w lesie, jego porywy były ledwie odczuwalne. Łuks bezgłośnie przeskakiwał przez zwalone drzewa, przypadając do ziemi, przeczołgiwał się pod zwisającymi gałęziami. Czuł kierunki, nie patrząc ani na słońce, ani na gwiazdy, ani na kępy mchu.

Teraz wylecieli, myślał Razwijar. A południowy wiatr niesie ich tutaj.

Wędrowcy zmierzali na północny wschód. Łuks zaczął nerwowo rozglądać się na boki.

Nasłuchiwał, szedł wolniej niż wcześniej. Wyszukiwał wijące się dróżki. Razwijar zaciskając pięty nakazał mu iść szybciej. Chimajryd przelotem zerknął na niego przez ramię, ale nic nie powiedział.

Razwijar pomyślał o Jaśce… Nie, nie wolno mu teraz o niej myśleć. Zaczął myśleć o Akce, o tym, jak długo sprzeciwiała się jego władzy i wreszcie się poddała. Przypomniał sobie, jak patrzył nazajutrz jej ojciec, człowiek już niemłody, który wiele doświadczył. Bał się Heksów bardziej, niż najeźdźców i ui skrzydlakach. Wystrzegał się wypowiadania ich nazwy, żeby nie ściągnąć na siebie nieszczęścia. Kiedy po raz pierwszy zobaczył Razwijara, pobladł jak śmierć, nie dlatego, że len był uzbrojony, zły i gotowy zabijać. A tylko dlatego, że len był Heksem i broń jego — długi miecz z ciemnym ostrzem należała do Heksów.

Łuks znowu zwolnił. Jego pasiasta skóra drgała w napięciu. Kręcił głową, jego ręce spoczywały na rękojeściach mieczy na pasie.

— Nie wyciągaj broni, dopóki nie powiem — przemówił Razwijar. Chimajryd skorzystał z okazji, uznając jego słowa za zaproszenie do rozmowy: