— „A staniesz się silniejszy od śmierci” — dźwięcznym głosem dokończył starzec. — „Tylko silniejszy”. Myślałem, że kłamiesz i nie umiesz czytać.
Wziął zwitek z rąk Razwijara i ostrożnie włożył z powrotem do futerału.
— Był wielkim człowiekiem, twój pradziad. Nie chcieliśmy dla jego wnuczki takiego losu…
Ale wyszło lepiej, niż się spodziewaliśmy. Witaj z powrotem, synu.
„Wypalili las. Wygonili zwierzynę. Przekleństwo wisiało nad nimi i nad nami. Ogień oczyścił to miejsce”.
Powrócili myśliwi. Kilka żmij, kilka chudych pająków, maleńki ptak, podobny do pisklęcia czerkuna, Heksi naprędce przygotowali mięso na polowej kuchence, jedli żarłocznie. Razwijar bardzo chciał zejść z siodła, nogi zdrętwiały mu zupełnie, ale nikt nie śpieszył z zejściem z wierzchowców. Ten, kto chodzi na swoich nogach jest „mięsem”.
„…I było dużo mięsa. Trzeba było oczyszczać je rytuałami, jak oczyszcza się mięso słabych zwierząt, jedzących trawę”.
Czytał rękopis, zapisany na skórze wroga. Widział, jak w mglistym półmroku, do osady wdzierają się jeźdźcy na dwunogich zwierzętach. W rękach trzymają włócznie i pochodnie.
Dachy zajmują się ogniem, kobiety krzyczą. Mężczyźni chwytają za topory i łuki…
„Pożeracze trawy śmieli obnażyć stał przeciw Plemieniu. W te dni zabiliśmy więcej, niż było nam potrzebne, niż mogliśmy zjeść”.
Łuks ledwie radził sobie z dygotaniem i ostatnimi siłami zmuszał się do milczenia. Razwijar wolno odwrócił skrawek znakomicie wyprawionej ludzkiej skóry z kanciastymi, przylegającymi jeden do drugiego, znakami.
Mignęła mu przed oczami przywołana w pamięci twarz rudowłosej dziewczyny, ciotecznej siostry. Rozpłynęła się i przepadła na zawsze. Wyobraził sobie, jak wysoko na niebie, ponad obłokami, lecą na północ skrzydlaki. Trzy, a może i cztery. „Imperator boleje nad każdym swoim poddanym”.
— Na co ty czekasz? — wychrypiał Łuks. Jego przerażenie sięgnęło zenitu: przemówił do jeźdźca pierwszy. — W imię bogini Wof… W imię wszystkiego na świecie… Proszę, UCIEKAJMY!
Heksi zakończyli szybko posiłek i zebrali się wokół starca. Razwijar podniósł głowę, prawdopodobnie nad lasem zbierały się chmury: słońce znikło, chociaż było jeszcze daleko do zachodu.
— Ej, półkrwiaku!
Razwijar wolno podjechał i oddał starcowi zwitek.
— Co jest tam, za lasem? Co tam widziałeś?
— Ludzie — krótko odpowiedział Razwijar. — Granica Imperium.
— Odkryta okolica?
— Pola, zagajniki.
— Po wydarzeniach na Żółtej Przecince nie wyjadę na odkryte miejsce — powiedział jeden z mężczyzn, z łukami brwiowymi podobnymi do zakręconych rogów.
— Pamiętam, chwała Gwierowi, gdzie kończy się las — powiedział starzec, zakręcając na palec połowę swojej rzadkiej brody. — W dawnych czasach nie było tam żadnej granicy… Jer-al, przyprowadź półkrwiakowi dzieciaka Reji, tego z pierwszego miotu. On nosi dobre siodło — wydał dyspozycję, po czym podjechał do Łuksa i nagle uszczypnął go w ramię, żylastą, białą ręką. Ten szarpnął się tak, że Razwijar ledwo utrzymał się w siodle.
— Chimajryd — powiedział starzec z dziwnym wyrazem twarzy. — Dwa razy więcej mięsa.
Dużo zdążyłeś przeczytać, Rjezwi–arr?
— Czytałem kronikę. O tym, jak Plemię pojawiło się w Czarnym Szumie w poszukiwaniu swoich wrogów.
Łuks stał struchlały, jakby jego łapy wrosły w trawę. Razwijar na moment zmrużył oczy.
Wersy, nerwowo wypisane na ludzkiej skórze, już nigdy nie zatrą się w jego pamięci.
— „Pożeracze trawy śmieli obnażyć stal przeciw Plemieniu — powiedział cicho. — W te dni zabiliśmy więcej, niż było nam potrzebne, niż mogliśmy zjeść”.
Młody Heks podjechał do Razwijara, prowadząc za lejce dwunogie osiodłane zwierzę.
— Dzisiaj nocujemy tutaj — władczo powiedział starzec. — Kobiety, rozpalcie wielki ogień… A ty co, synu, nauczyłeś się kroniki, jak dzieci uczą się hymnów?
Razwijar uśmiechnął się:
Uniósł się na strzemionach, jakby miał zamiar przeskoczyć z siodła w siodło i w ostatniej chwili usiadł ponownie.
— Jedno pytanie, wodzu. Byłeś wtedy w Czarnym Szumie?
— Prowadziłem Plemię — sucho odpowiedział starzec.
— Napisano o tym w kronice, dalej. Nie pośpieszaj się w czytaniu, nie bądź wolny w działaniu. Przesiadaj się, dzisiaj w czasie kolacji będziemy mieli czas porozmawiać o…
Razwijar pokręcił głową:
— Już nie będziemy mieli czasu.
Jego miecz świsnął, ledwie nie odrąbując Luksowi ucha. Starzec złapał się za głowę, jakby starał się utrzymać rozsieczoną czaszkę, Razwijar uderzył piętami Łuksa, ale okazało się, że ten był jak sparaliżowany. Dopiero po chwili, kiedy wzleciały w powietrze miecze Heksów, chimajryd skoczył z miejsca, przeleciał przez gęste zarośla krzewów i runął w las.
Luks pędził i w biegu modlił się do bogini Wof. Miotał się z boku na bok, obchodząc pnie.
Bez siodła i bez strzemion Razwijar już dziesięć razy spadłby z jego grzbietu. Gałęzie uderzały go w twarz, chroniąc oczy, pochylił się do pleców chimajryda, którego nie trzeba było popędzać.
Pogoń była całkiem blisko i słychać ją było wyraźnie. Długonogie zwierzęta z łuskowatą skórą prawie nie ustępowały Luksowi w szybkości i zwinności, a miały większe obycie wśród leśnej gęstwiny, podczas gdy Nagóren dorastał na bezleśnych stokach gór.
Heksi rozsypali się po lesie niczym strzały rzucone z kołczana, chcąc wziąć zbiegów z dwóch stron w kleszcze. Z prawej strony, zza krzaków, wynurzył się jeździec na dwunogim jaszczurze, jego włócznia była skierowana w bok Łuksa. Ten szarpnął się, a Razwijar prawie nie patrząc, zamachnął się mieczem. Włócznia wbiła się w pień pod nogami chimajryda, bo w ostatniej chwili zdążył ją przeskoczyć. Miecz Razwijara przeciął pustkę, a on sam ledwo utrzymał się w siodle. Tam, gdzie przed sekundą był prześladowca, z gęstego poszycia wyrwało się trzech następnych. Trzaskały gałęzie pod trójkątnymi kopytami. Łuks wrzasnął przeraźliwie i rzucił się przed siebie, odbijając się potężnymi łapami od omszałych kamieni, powykręcanych pni, a czasami — zdawało się Razwijarowi — wręcz wzlatując i pędząc w powietrzu.
Heksi znowu rozsypali się w półkole, starając się zamknąć obręczą uciekających. Nie zostawali w tyle, a odległość zdawała się nie zmniejszać. Łuks pędził, pojękując w biegu ze strachu — instynkt wiódł go z lasu na odkryte miejsce.
Razwijar łagodnie naciągnął rzemienie na jego plecach, zmuszając go do skrętu w prawo.
— Nie! — wychrypiał ten. — Nie mogę…
— Tak! — Razwijar ścisnął piętami jego boki. — Rozkaz! Ruszaj!
Bał się, że strach chimajryda weźmie górę nad wolą jeźdźca, ale Łuks zawrócił. Teraz szedł prawie dokładnie na zachód, tam, gdzie wkrótce zajdzie słońce.
Ale słońca nie było widać, niebo nad gałęziami było zaciągnięte chmurami, a południowy wiatr nad wierzchołkami drzew zmienił się na południowo–wschodni.
Łuks zaczął ciężko dyszeć. Pogoń nie zostawała w tyle. Jeśli w pierwszej chwili Razwijar obawiał się, że zaniechają pogoni, teraz stało się dla niego jasne, że nie docenił przeciwnika.
Doszło do zabójstwa wodza, do zabójstwa dokonanego przez współplemieńca, któremu okazano zaufanie. Razwijar nic nie wiedział o prawach Heksów stosowanych w podobnej sytuacji, ale im dłużej ciągnęła się pogoń, tym bardziej stawało się jasne, że takie prawa istnieją.