Выбрать главу

Zalał go pot. Zwierzęcy strach Łuksa, którego zamierzali zjeść, udzielił się także i jemu. Z kolei chimajryd wyczuwszy słabszą wolę jeźdźca, znowu ruszył na południowy zachód — krótszą drogą do brzegu lasu.

Mniej gęsta, wolniejsza przestrzeń wśród pni, zakończyła się. Łuks zaplątał się w krzakach i ledwie się z nich wyrwał, zostawiając na gałązkach strzępki odzieży i kłaczki sierści. Trzask gałęzi pod kopytami prześladowców znacznie się przybliżył. Zdawało się, że dwunogie zwierzęta nie męczyły się wcale.

Razwijar zacisnął zęby. Odział wyląduje obok strażnicy. To punkt zbiórki, tam strażnicy zostawiają sobie nawzajem polecenia, tam cały czas szamocze się przywiązany do drzewa skrzydlak, tam siedzą trupy w białych piórach jak w kwiatach…

Szarpnął rzemieniem, nakazując Łuksowi zawrócić.

— Nie! — zawył chimajryd.

— Taak! — Razwijar z całej siły uderzył, zdzielił go w kark. Odległość pomiędzy prześladowcami a uciekającymi z każdą chwilą stawała się mniejsza. Nikt nie strzelał im w plecy. Zapewne prawa Plemienia nakazywały brać przestępcę żywcem.

Spoza gęstych chmur słońce dotknęło horyzontu.

Ledwie uchyliwszy się przed rzuconą włócznią, Łuks wyskoczył na skraj polanki przy samej strażnicy i rzucił się w kierunku rzeki. Heksi wypadli z lasu. Podobnie jak wcześniej, trzymali się łukiem. Zadudniła ziemia pod kopytami, dwunogie jaszczury runęły w dół po stoku wzgórza i, ku przerażeniu Razwijara, wyraźnie nabrały prędkości.

Łuks sforsował rzekę. Z przerażenia włosy sterczały mu dęba, krople zimnego potu zrywały się z czoła, a wiatr rzucał je Razwijarowi w twarz. Przeskoczyli przez trupa strażnika Zamaja i rzucili się dalej w pola, w kierunku chutoru. Heksi, ku jeszcze większemu przerażeniu Razwijara, nie zwrócili uwagi ani na spętanego skrzydlaka, ani na martwy patrol, parli za zabójcą wodza i nic nie mogło ich zatrzymać.

— Już nie mogę — wychrypiał Łuks i w tym momencie potknął się.

Razwijar pożałował, że nie ma ostróg na sapogach. Z całej siły uderzył towarzysza obcasami.

— Ruszaj! Naprzód!

Łuks wciąż biegł, od jego ust odrywała się spieniona ślina. Tętent kopyt za plecami stawał się coraz głośniejszą muzyką — bum, bum, bum — jakby ścigający ich Heksi byli jedną potworną istotą uderzającą jednym ogromnym kopytem w ziemię.

Razwijar obejrzał się. Wyciągnął miecz, prześladowców było kilka dziesiątków i żaden z nich nie został w tyle, żaden nie miał zamiaru przerwać pogoni.

Ich włosy rozwiewały się niczym chorągwie na ramionach, w oczach była — jak zdawało się uciekającemu półkrwiakowi — ciekawość. Do finiszu pogoni pozostało dosłownie kilka chwil.

„Jesień zaciska kleszcze, Ale ty bądź silniejszy…”.

Zrozumiał, że to koniec. Że Akka umrze razem z innymi i jeszcze jedna osada opustoszeje i zostanie spalona, a on nic nie może na to poradzić. W tym momencie niskie obłoki nagle rozstąpiły się, ukazując błękit, i w odblaskach tego błękitu z nieba opuściły się skrzydlaki.

Nie trzy. Nie cztery.

Dwanaście skrzydlaków z jeźdźcami. Cała drużyna przywódcy Koruncha.

Rytm walących kopyt pomieszał się. Heksi rzucili się w różne strony. Razwijar szarpnął rzemieniami, Łuks potknął się i potoczył po ziemi, a za nim, koziołkując, poleciał jeździec. Wiele razy uczono go padać, ale nigdy w skoku. Przywołał wszystkie swoje umiejętności i całe swoje szczęście, żeby nie skręcić karku.

Miękkie, zaorane pole okazało się twardsze niż kamień. Uderzył głową o ziemię i na jakiś czas stracił przytomność, a kiedy przyszedł do siebie, pozostał w tej samej pozycji, leżąc. Heksi rozbiegli się po polu, a skrzydlaki rozsypały się po niebie. Strzały gradem padały w dół i wzlatywały do góry, ziemia była usiana trupami. Dwóch imperatorskich strażników, jeden za drugim, wypadło z siodła i spadali teraz bezradnie machając rękami i nogami.

— Łuks?

Chimajryd leżał z wyciągniętymi rękami i palcami zatopionymi w trawie.

— Żyjesz?!

Półczłowiek jęknął. Poruszył się. Podniósł głowę.

— Leż — wyszeptał Razwijar. — Nie ruszaj się… Cokolwiek by się działo, leż jak martwy!

Podniósł się na kolana. Kości wydawały się całe, jednak to nie miało znaczenia. Choćby z przetrąconym kręgosłupem, choćby z rozbitą głową, Razwijar powinien dostać się do strażnicy.

Ruszył, kulejąc, potem pobiegł. Obok niego mignął oszalały jaszczur bez jeźdźca. Usłyszał świst skrzydeł. Przypadł do ziemi, ale skrzydlak nie gnał za nim — do lasu uciekały rozproszone ostatki oddziału Heksów.

Oddychając z trudem, podniósł się i pobiegł tam, gdzie szamotał się dziko uwiązany skrzydlak, słysząc na niebie krzyki krewnych. Znowu minął martwych strażników. Wpadł do niedokończonego budynku, gdzie na ścianach rosły blade, galaretowate grzyby, gdzie leżało krzesiwo obok petardy — sygnału alarmowego. Stuknął raz i dwa, z trudem złapał iskrę, opuścił do miedzianej czaszy z ostro pachnącym proszkiem…

Proszek zatrzeszczał. Wypełzła pierwsza smużka dym. Pojękując z bólu, czując każdy mięsień w poobijanym ciele, wszedł po kręconych schodach na wieżyczkę, wyjrzał i zamarł.

Skrzydlaki krążyły nad strażnicą. Przywódca Korunch nie przeoczył, oczywiście, ani spętanego ptaka w dole, ani porozrzucanych na widoku trupów z poprzedniego patrolu. Ale Razwijara przestraszyło co innego — nad polem, tam, gdzie został Łuks, miotały się dwa ptaki, ewidentnie wypatrując czegoś na ziemi.

Usiadł na wilgotnej, drewnianej podłodze. Przypomniał sobie, jak bił Łuksa, jak go poganiał, aż piana zbierała się w kącikach ust chimajryda.

— Jeśli cię zabiją, ja… — zaczął szeptem i zachłysnął się. — Proszę. No proszę, bogini Wof… Ktokolwiek… Miedziany Królu, niech Łuks przeżyje!

Czerwony, gęsty dym, znak alarmowy, unosił się nad strażnicą. Wezwanie na pomoc zostało wysłane za późno; patrolowi umarli wiele dni wcześniej. Ale znak został wysłany nie do przywódcy Koruncha, ale do Jaski, ukrywającej się w pajęczym zagajniku. „Wezwę burzę! I największa błyskawica trafi w ciebie!”.

— Proszę — Razwijar konwulsyjnie splótł palce. — Proszę… szybciej, jeśli on jeszcze żyje.

Przez długą chwilę nic się nie działo. Skrzydlaki zniżyły się prawie do samej ziemi. Ci z Heksów, którzy jeszcze ostali się wśród żywych — a było ich niewielu — umierali jeden za drugim.

Potem zadął wiatr i zafalowały jak galareta niskie chmury.

Razwijar usłyszał ostry rozkaz, wydany przez najeźdźcę siedzącego na jednym ze skrzydlaków. Nie rozróżnił słów. Ptaki, krążące nad polem, znowu wzleciały do góry, jakby podchwycone huraganem. Pojął, że Łuks nie żyje, że wszystko stracone i w tym momencie uderzyła błyskawica i ogłuchł od grzmotu.

Skrzydlak upadł niczym ciśnięty kamień. Wydawało się dziwne, że tak lekki ptak może padać tak szybko. Jeźdźcy wypadli z siodeł i lecieli obok. Ptak i jeźdźcy runęli w pole równocześnie i w tym samym momencie pojawiła się druga błyskawica, łącząc niebo i ziemię.

Lunął deszcz. Ogromne białe ptaki miotały się w panice, w zwierzęcym odwiecznym strachu przed mocą natury, jak kilka minut wcześniej miotali się Heksi pod gradem strzał. Nie było słychać ani komend ani krzyków. Błyskawice rozdzierały niebo jedna za drugą, gromy zlewały się w jeden łoskot, który rozrywał uszy. Pole pokryło się mokrymi ptakami i mokrymi piórami.