Выбрать главу

Sięgnął po miecz, ale broni nie było, nie było nawet pochwy. Czerwony słup dymu podpierał chmury, przyzywając nie wiadomo kogo, nie wiadomo komu na pomoc. Razwijar wyszedł z budynku i poszedł — pobiegł — w ulewie, do miejsca, gdzie zostawił towarzysza.

Chimajryd leżał na boku, woda ciekła po jego sierści, pozlepianej w strąki.

— Łuks!

W huku wyładowań nastąpiła przerwa. Niebo oczyściło się ze skrzydlaków. Te, które nie zostały strącone, zdołały wyrwać się w górę, nad obłoki.

— Łuks…

Objął go, bojąc się dotknąć sterczącej z ciała strzały. Chimajryd był zimny i mokry.

— Łuks! Proszę! No proszę!

Półczłowiek otworzył oczy. Zamrugał. Rzęsy pozlepiały się w strzałki.

— Zranili cię?! — wykrzyczał Razwijar, cały czas jeszcze głuchy od grzmotu.

— Nie wiem — szeptem powiedział leżący. — Powiedz… Co się stało?

* * *

Odzyskał swój miecz. Obejmując Łuksa za ramiona, niemal zarzucając go na siebie, obchodząc trupy ludzi, jaszczurów i ptaków, dotarł do zagajnika.

— Jaska! Dziewczyny nie było.

— Jaska. Jaskaaa!

Obszedł cały zagajnik i znalazł ją. Leżała nieprzytomna. Wziął ją na ręce, wyniósł na pole, w prześwitach między chmurami pojawiło się wieczorne niebo. Od budynku strażnicy szedł, kołysząc się, człowiek z mieczem w opuszczonej ręce. Razwijar ostrożnie położył Jaskę na ziemi.

Idący z naprzeciwka człowiek zatrzymał się. Jego srebrzystoszara kolczuga była ozdobiona szeregiem symboli, oznaczających zapewne stopień wojskowy, co nie dziwiło, był już bowiem niemłody.

— Przywódca Korunch — z radosnym uśmiechem przemówił Razwijar.

Mężczyzna przeniósł wzrok z jego twarzy na leżącą dziewczynę. Potem na Łuksa. Znowu spojrzał mu w oczy:

— A ty kto? Heks? Czarownik?

— „Imperator boleje nad każdym swoim poddanym”. — Razwijar uśmiechnął się i podniósł swój miecz.

Walczyli w milczeniu, nie tracąc sił ani na wyrafinowane, efektowne obroty i uniki, ani na popisywanie się techniką ciosów. Nie gardzili podstępnymi wybiegami. Obaj dążyli do celu najkrótszą drogą, a celem była śmierć przeciwnika. Przywódca Korunch poczuł słabość w obronie Razwijara i ruszył do ataku, przyciskając go, zmuszając do cofania się po nierównej, mokrej ziemi, gdzie tak łatwo można było się potknąć. Ten udał, że traci równowagę, w ostatniej chwili pochylił się, prześliznął pod świszczącą w powietrzu klingą i przywódca dostał cios w samą krtań.

Korunch umarł w ciągu kilku chwil — na kolanach, u stóp swojego przeciwnika. Razwijar odwrócił się i zobaczył, że Jaska odzyskała przytomność. Wetknął w ziemię swój zakrwawiony miecz, nachylił się nad dziewczyną i wziął ją na ręce.

Rozdział drugi

Ogromną tratwę zalewały fale. Rozpołowione pnie drzew, mocno związane jeden z drugim, to z nagła wznosiły się nad wodą, to pogrążały się w pianie. W centrum tratwy umocowany był statek, bardziej podobny do dwóch, połączonych ze sobą koryt. Nad nim, w miejscu masztu, wznosiło się koło łopatkowe. W wielkim, podwójnym bębnie ponuro chodzili ludzie, wprawiając w ruch, długie, wąskie łopaty. Takie tratwy znakomicie sprawdzają się na wewnętrznych morzach, ale teraz, przy silnym bocznym wietrze i niespokojnej wodzie, chodzącym w kole ludziom było ciężko.

Zbliżała się jesień. Remysz, handlarz drzewem, postanowił zaryzykować ponownie i powtórzyć wyczyn, który w zeszłym roku przyniósł mu bajeczny zysk. Zakupił bowiem towar na brzegach Pękatego Boru, gdzie znakomity las marnuje się bezpowrotnie, gdzie głodny chłop gotowy jest wyrąbać drzewa za kęs czerstwego chleba, gdzie drewno jest tak kusząco tanie, że można przecierpieć, dla przyszłego zysku, długą podróż po zewnętrznym morzu — do samego Osiego Nosa. W zeszłym roku Remysz zaryzykował, wynajął załogę i zarobił tyle, że pozostali handlarze drewnem ledwie nie pogryźli z zawiści swoich wioseł. Drugim razem flisacy dobrali się doskonali, i drzewo trafiło się wspaniałe, ale szczęście odwróciło się od Remysza i teraz spóźnił się z zakończeniem sezonu żeglownego przez Osi Nos.

Co i rusz łamało się koło łopatkowe. Wiatry szydziły, odpychając tratwę do tyłu — na odkrytych wodach była zupełnie niesterowna. Remysz zaczynał pojmować, że w minionym roku po prostu niesłychanie mu się powiodło, że był to jeden przypadek na tysiąc, podarunek od losu i że teraz, z powodu własnej głupoty, stracił ten podarunek i jest całkowicie zrujnowany.

Na wewnętrznym morzu, na dalekich, kamienistych wyspach, za drewno płacono tęczowymi imperatorskimi realami. Tam towar rozpływał się jak masło, a portfel pęczniał, napełniając się pieniędzmi. A tutaj, na bezludnych, lesistych brzegach, drewno było tylko pływającym śmieciem.

Załoga utyskiwała, zaczęła szemrać, że nieźle byłoby wcześniej dostać wypłatę.

Znowu złamało się koło. Naprawić je na fali nie było szans. Wymyślając sobie nawzajem i pracując wiosłami, flisakom ledwie udało się zagnać pływający stos drewna do spokojnego, głębokiego portu za Kamienną Strzałką i tutaj Remysz zabrał na okręt pasażerów.

Było ich troje. Chimajryd, od razu zwracający uwagę, panna w czarnym płaszczu i trzeci, wysoki, o bladej twarzy i badawczych, nieruchomych oczach. W jego rysach było coś niepokojąco obcego, Remysz nie mógł dociec, co dokładnie. Flisacy stukali młotkami, wymieniając roztrzaskaną łopatę, kiedy ten z dziwnymi oczami, wybrawszy odpowiedni moment, przeskoczył z mierzei na tratwę.

Remysz, na wszelki wypadek, chwycił za nóż. Handel to niebezpieczne rzemiosło, każdy z jego flisaków umiał także walczyć, wewnętrzne morze roi się od piratów, którzy chcą wyręczyć cię w sprzedaży twojego drzewa. Pewnie stąpając po gładkich pniach, nieznajomy podszedł bliżej.

— Weźmiesz pasażerów, handlarzu. Płacę złotem.

Pokazał trzy monety. Remysz zamyślił się, rzadko brał na pokład pasażerów. Monety były naprawdę złote, z tych starych, które tłoczyło się w zburzonym mieście długo przed Imperium.

Takie pieniądze do tej pory były w cenie.

— Jesteś fartowny? — zapytał Remysz przez zęby.

— Bardzo — bez uśmiechu odezwał się wysoki człowiek.

— A dokąd chcecie płynąć?

— Do portu. Jakiegokolwiek.

Później Remysz dziwił się własnej ustępliwości. Nieznajomy mówił tak spokojnie i pewnie, trzymał się tak władczo, jakby to handlarz prosił go o zajęcie miejsca na tratwie, a on, pasażer, miał zdecydować, czy uszczęśliwić flisaków, czy nie.

— Dobrze, wsiadajcie — powiedział Remysz.

Wysoki człowiek kiwnął głową i wrócił do swoich towarzyszy. Pochylił się w kierunku kobiety, siedzącej na kamieniu, wziął ją na ręce i przeskoczył przez niespokojną powierzchnię wody, rozdzielającą brzeg i skraj tratwy. Remysz pomyślał, że nieznajomy jest bardzo zwinny, ale dlaczego — Szuu to wie — nosi tę babę na rękach? Czy ona jest kaleka?

W ślad za nimi wskoczył chimajryd, osiodłany, obwieszony bagażem. Remysz spostrzegł arbalet, przytroczony do siodła i pochwy na bokach półczłowieka. Pokręcił głową, popatrzył na pieniądze w ręce i wrócił do załogi. Robota była żmudna i męcząca, kiedy jedna łopata została wymieniona, okazało się, że trzasnęła druga. Ledwie uporali się z tym; zarządził odpłynięcie.